Monthly Archives: Styczeń 2011

Kto sprząta po curlingu?

Balaton jest nieobliczalny, a granie wszystkim na nosie najwyraźniej sprawia mu przyjemność. Ze stoickim spokojem znosi wszelkie lekceważące epitety, jakim jest obdarzany, by w najmniej spodziewanym momencie pokazać  jeśli nie pazury, to przynajmniej jęzor. Lodowy jęzor.

Balaton, kiedy chce, udowadnia, kto tu rządzi.

Pod wpływem wiosennej aury zaczął się grzecznie topić i kruszeć, ale wystarczyło, że w nocy zawiało, a wykonał nieoczekiwany desant na ląd niczym alianci w Normandii.

Tu nie można się nudzić - każdego dnia nowe widoki gwarantowane.

Efektownie poukładał lodowe bloki na brzegu. Ku ozdobie, to na pewno. A jak go znam, to i dla czystej zabawy. No, popisywać się swoją siłą też bardzo lubi. Śmieje się jak nic serdecznie, obserwując zaskoczone miny spacerowiczów.

Konkurs na lodowe rzeźby Balaton na pewno by wygrał w konkurencji free style.

Ale ja łobuza za dobrze znam, by w tych psotach nie dopatrywać się ukrytego sensu. Bacznie badam lodową armię. Ha, tu cię mam! W każdym plastrze lodu jak rodzynki w cieście wtopione są kamienie, którymi jeszcze parę dni temu rzucano z molo. I tak po curlingu sprzątać nikt nie musi. Balaton jednym ruchem ułożył umocnienia z powrotem na swoje miejsce.

Państwo czegoś nie zgubili? Bo to chyba tu leżało...


Niezły bigos

Zawsze z życzliwym rozbawieniem obserwowałam rodaków żyjących na obczyźnie, którzy dostawali ślinotoku na widok polskiej kiełbasy, popadali w błogostan, wlewając w siebie barszczyk i oddawali pół królestwa za marynowane grzybki. Czegóż ja nie woziłam, od ćwikły przez żółty ser po krówki. Choć i tak najdziwniejsze zamówienie miał mój kolega odwiedzający znajomą w Norwegii. Prosiła o… pietruszkę. Taką w korzeniach, na wagę. Kupił, mimo obaw że prześwietlający bagaże wezmą go za niepoczytalnego terrorystę. Na miejscu znajoma zaprowadziła go do sklepu, a tam pietruszka na sztuki sprzedawana jak awokado, jeden rachityczny korzonek 10 zł.

Ponieważ spokojnie egzystuję bez pietruszki i ćwikły, nie podejrzewałam się o jakieś polskie kulinarne tęsknoty. A jednak i mnie dopadło. No karnawał bez bigosu to jak chłop bez interesu. Na Węgrzech bardzo popularne są wszelkiego rodzaju octowe marynaty, ale jako że prócz korniszonów można kupić i kiszone ogórki, więc pełna optymizmu ruszyłam do sklepu po kiszoną kapustę. Żebym się nie zdziwiła. Nie, no kiszona. Tylko że w occie.

Bigos - niby prosta sprawa, ale nie na Węgrzech.

Ryzyk-fizyk, bo już oczywiście widziałam armię Węgrów błagających mnie znad bigosu o rękę. Z mozołem wypatrzyłam jeszcze jakąś kiełbasę, która nie miała dodatku papryki, ale i tak pachniała salami wbrew nazwie kolbász (o, jakimż poematem jest toruńska…) i do dzieła! Kapusta okazała się bardziej kiszona niż się tego po niej spodziewałam, co dało nową nadzieję na rychłe zamążpójście. Ocet definitywnie przegrał starcie z hektolitrami wody użytej do płukania. W dodatku nie znalazłam ani śladu tartej marchewki, maniakalnie w Polsce do kiszonej kapusty dodawanej, a moim zdaniem nadającej się do bigosu jak wegetarianin na dyrektora masarni.  Rychło zatem wybaczyłam Węgrom ich octowe grzeszki.

Węgierska kapusta po kąpieli - jeszcze będą z niej ludzie.

Salami, znaczy ta niby kiełbasa, się miłościwie rozpadło, znikając w bigosowych odmętach. Cienias, parę godzinek na gazie i po nim (już mówiłam, że toruńska to Doskonałość Roku?). Honor wędlin ratował boczek. Mięsiwa genialne, ale od czego ma się znajomą panią w mięsnym. Od kiedy jej opowiedziałam, że w Polsce tej zimy było -20 st. C, podtyka mi kąski, jakbym z Sybiru wróciła. Świeża kapusta, której nigdy nie daję, a która miała ratować sprawę, okazała się zbędna. Dwa jabłka, suszone śliwki i łyżka cukru ostatecznie zbliżyły me dzieło do ideału. Znaczy w zasadzie to pół flaszki wina zbliżyło je do ideału. A jakby ktoś podważał jego polską polskość i chciał zgłaszać mój bigos do IPN-u, to suszone grzybki były z Sulejowa (ukłony dla zbieraczy i dostawcy). Wyszło genialnie. No jest ciut inny niż w Polsce, ale to wiem ja, a nie ci, przez których żołądek zamierzam trafić do serca i innych organów.

Bigos nie rybka, a też lubi pływać.


Dubaj nad Balatonem

W Siófok szukają ropy. Operacja przeprowadzana jest z rozmachem, choć bez wielkiego rozgłosu. Odwierty obejmują nie tylko centrum miasta, ale i nadbrzeże Balatonu. Nadzieje związane z tą inwestycją są ogromne, gdyż dla nękanego kryzysem państwa jest to szansa na błyskawiczne zasilenie budżetu i rychłe odzyskanie pozycji europejskiego mocarstwa. Jak łatwo się domyśleć, prace skutecznie popiera Viktor Orbán, a węgierska ropa to jego tajny plan na utarcie nosa unijnym krytykom.

Oczy Europy skoncentrowane są na Budapeszcie, a to w Siófok dokonuje się gospodarczy cud.

Szacuje się, że błotniste tereny, na których wyrosło Siófok, stały się nie tylko idealną bazą dla leczniczych źródeł termalnych, ale i kryją w sobie bogactwo innych, o wiele cenniejszych złóż naturalnych. Biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie są one bardzo rozległe (gorące źródła też są tu co krok), szybko podjęto decyzję o odwiertach w centrum miasta, co pozwoli nieużywaną wieżę ciśnień zamienić w jeden z najbardziej nietypowych, ale i największych szybów wiertniczych. Ta charakterystyczna budowla powstała w 1912 r., więc szykuje jej się piękna rocznica setnych urodzin.

Na szczycie naftowego szybu powstać ma obrotowa kawiarnia. Winda napędzana będzie silnikiem Diesla.

Zarazem z miejsca tuż obok ruszyła budowa imponującego wieżowca HungarOil, który ma być siedzibą zarządzającej kapitałem spółki, a zarazem nowoczesnym centrum handlowo-rozrywkowym. Miejski konserwator zabytków nie zgodził się jednak, by przewyższył on swymi rozmiarami wieżę ciśnień. W momencie jej powstania ustanowiono bowiem, że pozostanie najwyższą budowlą w mieście do momentu zawalenia.

Już teraz czynsze za wynajem lokali w tym prestiżowym miejscu wynoszą krocie.

Jak wspominałam na wstępie, prace trwają też na wybrzeżu. W całości rozkopana została centralna Nagy Strand, czyli główna plaża. Tu jednak prace mają wyłącznie charakter odkrywkowy, przeznaczenie terenu pozostanie zgodne z pierwotnym. Już w maju br. pokryta nową murawą plaża czekać będzie na turystów, obiecująco zaś brzmią zapewnienia władz miasta, że w związku z eksploatacją ukrytych pod nią złóż, wstęp na plażę będzie darmowy.

To wyłącznie badania rozmiaru złóż węgierskiej ropy. Z początkiem sezonu plaża będzie jak nowa.


Niech pierwszy rzuci kamieniem…

Zaobserwowałam w Siófok swoisty sport narodowy – jak Balaton zamarznie, wyłuskujemy kamień z umocnień brzegowych i kto dalej rzuci. Nie powiem, efektowne. Istny curling, tyle że szczotą nikt drogi nie pucuje. A kamienie tkwią, dobitnie dokumentując pobite rekordy. Jest to sport bardzo egalitarny, rzuty trenują szkolne wycieczki przy milczącej zgodzie wychowawców, jak i dziadkowie zabawiający wnuki czy zakochane pary bez względu na wiek. Co do tych ostatnich myliłby się ten, kto by sądził, że trzeba pchnąć kamulcem niczym kulomiot, by zaimponować damie serca. Damy też miotają. A zatem prawdziwe równouprawnienie.

Grunt to dobry zamach...

Mnie bardziej zastanawia fakt, co potem – wiosną, w początkach lata? Już teraz idzie odwilż i kamienie niechybnie wylądują na dnie. Czy to rozmontowane molo ktoś potem naprawia? Żmudnie zbiera węgierskie rekordy i z powrotem układa na miejsce jak klocki, którymi bawiła się niesforna gromadka pacholąt?

Kamienie zapadają się w topniejący lód.

Na myśl przychodzi mi tylko Józsi. Robota dla niego jak znalazł. Józsi latem pilnuje porządku na przyportowym wybrzeżu. Tu nie wolno się kąpać, przepływać w kierunku płatnego kąpieliska, a tym bardziej przełazić na nie przez ogrodzenie – wszystkie metody wyślizgania Józsiego widziałam na własne oczy. Ale na jego widok sama mam ochotę płynąć wpław przez port. Oblicze myślą nieskażone, muskuły wyrzeźbione we wzory chemiczne, kultura wykidajły z baru siódmej kategorii nałożone na dramatyczny kryzys wieku średniego. Józsi bez zbędnych ceregieli wyrywa turystki spotkane na swej drodze, operując w tym celu podstawowymi zwrotami niemieckimi i rosyjskimi. Kein Problem, nu dawaj! Rada bym była zobaczyć, jak sprząta po curlingu.

Miejsce pracy Józsiego.

A poza tym świeci słońce i lody puściły. W ciągu dnia jest dobrze ponad 10 st. C. Węgrzy wciąż słabo rozumieją moje zachwyty nad tutejszą pogodą. Może urządzić im jakieś study tour do Polski? Karnawał w Suwałkach, bal na dworcu w Koluszkach, nocleg w Kutnie… Szczerze przyznam, że i mnie dziwnie w tym nowym klimacie. Żegnajcie korporacyjne zarazy z klimatyzacji! (myślicie, że koncerny farmaceutyczne wspierają tajniacko air conditioning? ) Nie chorowałam tej zimy ani razu, ale najfajniejsze to słońce. Jadąc na Węgry po raz pierwszy, w przewodniku Pascala wyczytałam, że Węgry to kraj w Europie o największej liczbie dni słonecznych w roku, co wydało mi się wówczas wierutną bzdurą. A dziś zaczynam wierzyć. Taka fototerapia zimą to cud!

Zimę naprawdę można polubić, gdy jest tyle słońca.

Widok z siófockiego molo w stronę Półwyspu Tihany.


Na Bugu we Włodawie przybyło 5

Ktoś jeszcze pamięta te fantastyczne komunikaty o stanie wód? Nieuchronnie mi się przypominają na widok siófockiej śluzy. Krótkie wprowadzenie: z Balatonu wypływa jedna jedyna rzeka – Sió, która wpada do Dunaju. Liczy sobie 120,8 km, więc nie w kij dmuchał. Siófok zaś dokładnie znaczy: ujście rzeki Sió, a entuzjastów historii zainteresuje zapewne fakt, że do 1790 r. miasto nosiło nazwę Fok. Pierwsza śluza, jaką postawiono na Sió, była drewniana i powstała w 1863 r.

Śluza na Sió ma prawie 150 lat.

Śluza jest zarazem mostkiem, który prowadzi do bazy głównej Żeglugi Balatońskiej. Nieupoważnionym wstęp wzbroniony, chyba że służbowo na statek, a kto by chciał węgierskim wilkom morskim spokój burzyć, wpierw zmierzyć musi się z wilczurem. Kot jest TW, idę o zakład.

Z taką wartą nie ma żartów...

Informacje o stanie wód – profeska, w przeciwieństwie do tablic na dworcu Keleti , które każą biec 2 km do pociągu, który właśnie odjechał i to w przeciwnym kierunku, ta jest prawdomówna jak abiturientka katolickiego liceum. Oczywiście żal, że tylko wyświetla, a nie mówi. Wyobraźcie sobie „w Zawichoście ubyło 4” usłyszeć po węgiersku… Znów krótkie wyjaśnienia: Kiliti to dzielnica Siófok – kiedyś było samodzielną wioską, ale przyrosło. W Siófok jest śluza (zsilip) w Kiliti jest zapora wodna (duzzasztó). Na tablicy zaznaczono, że obie są otwarte. Przez siófocką śluzę woda wypływa z prędkością 30,3 m3/s., a przy zaporze w Kiliti stan wody w Sió wynosi 211 cm. Po prawej Balaton: średni stan wody 121 cm, średnia głębokość 3,69 m, temperatura wody 2,7 st. C. Błagam, niech się nikt mnie nie pyta, czym różni się stan wody od głębokości, bo ja jestem blondynką. Przeczytałam w wikipedii, ale nie zrozumiałam.

Do mnie i tak najbardziej przemawia rysunek, zwłaszcza że napisali, gdzie jest Balaton.

Sió upodobali sobie wędkarze – obok siófockiego molo brzeg rzeki to najpopularniejsze miejsce do łowienia ryb. Dla mnie, rodowitej warszawianki, fascynujące jest takie wędkowanie w centrum miasta. Jakby pójść na karpie do Łazienek. Przypomniały mi się też afery z początków naszego szturmu na Wyspy Brytyjskie, jak się okazało, że Polacy wędkują, gdzie tylko mogą, zamiast jak normalny człowiek kupić sobie fish and chips. Słowem w kwestii moczenia kija na Węgrzech odnajdziemy się bezbłędnie. I celowo używam tego dwuznacznego określenia, ale o tym innym razem.

Sie łowi, sie pije, sie gada... Oj, naprawdę Bratanki!


No to jazda!

Nie będzie obiektywnie. Nie będzie do końca serio. Raczej do śmiechu i ku rozrywce. Oto rusza HelkaTours Blog! Od jesieni, kiedy to piękniejsza połowa HelkaTours zamieszkała na stałe w Siófok, życie nad Balatonem co dzień dostarcza emocjonujących zdarzeń. Ta połowa jest oczywiście polską połową, bo druga połowa jest Węgrem, rodowitym mieszkańcem nadbalatońskiej stolicy.

Życie na emigracji bywa zabawne, życie na węgierskiej emigracji jest przezabawne. I to nie tylko ze względu na język – zwłaszcza w wydaniu urzędowym bardzo przyjazny – ale i na codzienne odkrywanie, ile w nas jest z tych Bratanków. No, k… , jest, bo akurat nasz przecinek znaczy dokładnie to samo, ale zarazem pytają, czy jak jest -26 st. C to to boli?!

Od wczoraj w Siófok, jak i na całych Węgrzech panuje iście wiosenna pogoda. Jest +10 – 14 st. C i naprawdę pachnie wiosną. Ale jak mój wspólnik zaciągnął się głęboko tym powietrzem i westchnął z rozmarzeniem: „wiosna, uwielbiam…” – w połowie stycznia, to ja ryknęłam śmiechem.

A gdzieś między wierszami mam nadzieję zdołacie wyłowić informacje, które może okażą się przydatne podczas wojaży na Węgrzech, pomogą Wam zagiąć w towarzystwie jakiegoś mądralę albo dodadzą skrzydeł na nowy dzień świadomością, że gdzieś jakaś laska ma pod węgierską górkę. I to na własne życzenie!

To słynna siófocka wywłoko-wierzba, która niejedno widziała i słyszała

Spośród chmur w końcu wyłonił się północny brzeg Balatonu

Nie tak źle być łabędziem - jedzenie samo do ciebie przychodzi

To Ducati dobitnie przypomina, że jesteśmy na południu Europy

Zupełnie jakby przed pierwszą wiosenną burzą