Monthly Archives: Luty 2011

Puszta wcale nie jest pusta

Choć Polakom może się tak wydawać – węgierska preria po horyzont, parę kurnych chat, nieco bydła i nuda jak w polskim filmie. Kto by tam chciał taki skansen oglądać. A muszę przyznać, że ja sama przeżyłam spore zaskoczenie.

W okolicach Balatonu taki obiekt jest tuż obok Balatonlelle, w miejscowości Rádpuszta. Jakoś nie udawało mi się do tej pory do niego dotrzeć, choć wiedziałam z opowieści mojego wspólnika, że warto. Traf chciał, że na zimowe ferie przyjechała grupa z Polski wypoczywać z HelkaTours. I poprosili mnie, bym im w puszcie służyła za tłumacza i przewodnika. Ucieszyłam się niezmiernie.

Węgierskie bydło szare jest to zwierz absolutnie nieprawdopodobny.

Roczny Jonasz odurzony wrażeniami i świeżym powietrzem w końcu usnął ku uciesze rodziców.

Teren jest naprawdę rozległy i niezwykle malowniczo położony wśród pagórków pełnych winnic. Pogoda nam sprzyjała, bo choć luty, było +15 st. C i świeciło piękne słońce. Szybko zaczęliśmy zdejmować kurtki. Obsługa szybko podpowiedziała, jakie są dokładnie możliwości – gdzie do bydła, gdzie do bryczek, gdzie do wina, o której będą pokazy i że knajpa stoi dla nas otworem.

Kurtek jako pierwsze zaczęły pozbywać się dzieci...

Owce śruborogie mają po prostu rogi skęcone w modne loki. Nie używają lokówek.

Słowem, dobra organizacja, chętnie służą pomocą, ale dają gościom pełną swobodę. Zgubić się tam nie sposób, sami widzimy kolejne atrakcje na horyzoncie. A każdy może sobie zwiedzać w swoim tempie. Zwierząt jest naprawdę sporo i to przedziwnych gatunków. Robi to wrażenie dość fantastycznego świata. Domków, domeczków, chat bez liku. Atrakcji do wyboru do koloru, bo zobaczymy czikosów (zwanych „pusztańskimi kowbojami”), którzy ujeżdżają konie, można się przejechać przez pusztę bryczką. Dzieci pogłaszczą osiołki, dorośli podegustują wina, a wszyscy pokosztują węgierskich smakołyków (pycha!). W sumie rzadko zdarzają się takie atrakcje, że dobrze się bawi cała rodzina – dorośli, dzieci, panowie, panie.

Zabudowania naprawdę jak z folderu, ale nie ma to nic wspólnego z nudnym skansenem.

Umiejętności czikosów budzą respekt. Pokaz jest mieszanką dobrego show i porcji historii.

Osiołki również są zdania, że Polak Węgier dwa bratanki...

Warto wiedzieć:

– w Rádpuszta dogadamy się po angielsku

– w restauracji można skorzystać z bezprzewodowego darmowego internetu

– Rádpuszta jest czynna codziennie przez cały rok, nie trzeba robić wcześniej rezerwacji

– dojazd do niej jest bardzo dobrze oznakowany

– na pewno na wycieczkę warto wybrać się, gdy jest ładna pogoda, bo teren jest obszerny, a większość atrakcji – pod gołym niebem

Ogromna winnica, mimo że w nowoczesnym budynku, dobrze wpisuje się w krajobraz.

Z turystów niby sobie nic nie robią. A jednak odprowadzały nas tęsknym wzrokiem.


Tylko Ikarusa nie uświadczysz

Balaton jest akwenem z gruntu egalitarnym. Bez trudu godzi wymagania bywalców Monte Carlo, jak i tych, którzy wysupłują ostatni grosz na wakacje u zaprzyjaźnionych gospodarzy w sąsiednim województwie. To powszechne równouprawnienie rzuca się w oczy zwłaszcza zimą, gdy Balaton zamarza. I jeździ się po nim wszystkim. No, powiedzmy, że wszystkim.

Lodowisko po horyzont. Dla wszystkich, za darmo. Można pożyć. I pojeździć.

Jeden z pierwszych pojazdów to figlik, czyli plastikowy 3-kołowy motorek, na którym chętnie pomykają węgierskie smyki. Na lodzie nie spisuje się wcale gorzej niż na asfalcie czy na trawie. Nie trzeba opon zimowych.

Trójkołowy motorek na lodzie sprawdza się idealnie. Podział na pojazdy letnie i zimowe na Węgrzech nie obowiązuje.

Absolutnym hitem jest „fakutya” czyli „drewniany piesek” (dosłowne tłumaczenie). Rodzaj sanek, którymi jeździ się wyłącznie po lodzie. Niekoniecznie po Balatonie, bo nie jest to wynalazek przypisany do tego regionu. Z całą stanowczością jednak podkreślmy, że sam pomysł na drewnianego pieska jest dziewiczo węgierski jak kostka Rubika.

Przy brzegu działa wypożyczalnia "drewnianych piesków" - chętnych nie brak.

Fakutya wypożyczymy za 300 forintów (4,50 zł) za godzinę. Zabawa przednia bez względu na wiek. Na piesku można poruszać się z pomocą łyżwiarza, który robi za napęd, bądź można samemu odpychać się kijkami od lodu. Można też kijkami odpychać łyżwiarza, jeśli jest zbyt lodowaty. Niektórzy mają własnego pieska, zupełnie nie drewnianego. Słowem – każdemu wedle potrzeb.

Sie jedzie... Wygląda przezabawnie i trudno dojść, czy lepiej pchać, czy być pchanym...

Umiesz liczyć, licz na siebie, a w zasadzie na kijki w ramach balaton walking.

Węgierskie psy bardzo chętnie spacerują po lodzie.

Po zamarzniętym Balatonie z wózkiem się jeździ jak po parku. Przeloty na bojerach są równie naturalne, jakby się pchało rzeczoną spacerówkę przez plac zabaw. Można kręcić piruety na łyżwach, można balansować na szpilkach. Pod sam brzeg podjedziemy samochodem. Ja wiem, że polska fantazja podpowiadałaby, aby wjechać z fasonem na taflę, ale takich ułanów nie widziałam. Węgrzy bardzo poważnie traktują kwestie bezpieczeństwa. Na całym lodowisku są ratownicy, regularnie jest też mierzona pokrywa lodu.

Węgierska mama na spacerze z dziećmi. Mnie wózkiem po Śniardwach nie wozili.

U nas zimą surfuje się po necie, tutaj - po Balatonie.

15 cm - taka jest grubość lodu na Balatonie, choć w dzień słońce przygrzewa do +15 st. C.

Jasne, że tak nierozsądnie spalone kalorie należy pieczołowicie uzupełniać. Ubytki powstałe w masie społeczeństwa w wyniku faktu, że obywatel schudł, bo się ruszał, nadrobimy spożywając pieczone kasztany, chleb ze smalcem i grzane wino. Aby uzupełnianie rezerw przebiegało sprawniej, stoły do konsumpcji ustawiono na środku zamarzniętej tafli. Tylko w wiadomych celach trzeba niestety na brzeg, jak król – piechotą.

Pieczone kasztany najlepsze są w Siófok. Po węgiersku nie nazywają się popcorn.

To może piknik na środku jeziora? Konkurs na najbardziej oryginalną kawiarnię Balaton wygrywa w cuglach.


Bareja wiecznie żywy

Od jakiegoś czasu próbuję uporządkować mój pobyt na Węgrzech od strony formalnej. Unia Europejska wiele spraw ułatwia, ale choć nikt mnie tu nie ściga, chciałabym się odciąć od statusu wiecznej turystki.

Zaczęłam od ubezpieczenia zdrowotnego. Niby dezynfekuję organizm płynami wysokoprocentowymi, ale nigdy nie wiadomo, na ile taka homeopatia działa. Wydawałoby się, że nic prostszego, jeśli ktoś z własnej kieszeni chce bulić na ten bandycki system. Akurat. Tona dokumentów od pozwolenia na pobyt przez węgierski NIP po meldunek. Oj, nie zachęca to do osiedlania się w kraju bratanków. Ale jeszcze nie psioczę, bo nigdy nie byłam obcokrajowcem w Polsce i nie wiem, z jaką czułością traktuje Węgrów NFZ.

Wypełnianie formularzy po węgiersku to czysta poezja.

Najprościej zacząć od meldunku. W końcu mam tu mieszkanie, nie powinno być problemu. Od znajomych Węgrów wiem, że załatwia się to od ręki w 5 minut. Idę do urzędu miasta w Siófok. Oczywiście jestem miłą sensacją, takiego przypadku jeszcze nie mieli, ale po burzliwych naradach zapada wyrok, że mam jechać do stolicy regionu czyli Kaposváru. Bagatela 60 km. Dostaję kartkę z godzinami pracy urzędu i telefonem.

Urząd nie pracuje w podanych godzinach. Szczęściem numer telefonu się zgadza. Meldunek to betka. Wystarczy dowód tożsamości, wypełniony wniosek, znaczki skarbowe i… aktualne ubezpieczenie zdrowotne. Tia… A Barei to nie za dużo żeście się naoglądali?!