Monthly Archives: Marzec 2011

Wiosna, panie sierżancie!

Poszłam dziś do Jókai parku tropić dla Was wiosnę w Siófok. Oj, daje na całego. Tu już od dłuższego czasu temperatury oscylują wokół 20 st. C, więc wszystko kwitnie, pączkuje i zieleni się na potęgę. Ale co ja tam będę gadać – ostatnio były elaboraty, to dziś spring-komiks. Odmeldować się do oglądania!

Trawniki buzują zielenią, a całe usiane są stokrotkami.

Stokrotka po węgiersku nazywa się százszorszép, co w dowolnym tłumaczeniu oznacza "po stokroć piękna".

Botanik ze mnie żaden, więc tu się nazwy skończą - takie tam ładnie się złoci.

Ten też, jakkolwiek mu na imię, poczuł zew natury.

Część Jókai parku nosi nazwę Ogrodu Japońskiego - to są rośliny właśnie z niego, ale nie wiem, ile mają wspólnego z Japonią.

Siófocki bonzai, za nim japońskie oczko wodne odporne na tsunami.

Czysty artyzm, ale w Siófok jest mnóstwo potężnych drzew i nie ma ich jak inaczej sfotografować.

Bratki nie dość, że przetrwały całą zimę, to teraz kwitną ze zdwojoną siłą.

Strasznie lubię ten park, może to przez te sosny...

Oglądam to wszystko z taką radością dziecka, które odkrywa świat na nowo. Jakbym drugie życie dostała.

A jednak coś dopowiem na koniec. Gdy ładowałam te zdjęcia, przyszedł mi do głowy jeden z najpiękniejszych wierszy, jakie znam (ukłony z Siófok dla Pawełka):

Krzysztof Kamil Baczyński  – Lasem

Chodzę lasem, zostawiam nie ślady, lecz tropy
i sapię w wąskiej norze oddechem włochatym.
Czy to prawda, że żyłem rybą przed potopem
i że jestem dziś wilkiem kochającym kwiaty?
Jakże płyną te sosny? sierść ma zapach ostry.
Patrzę wam prosto w oczy, a krok mój jest wiekiem.
Gdzie las się kończy nagle fioletowym ostem –
– myśliwy z psem, który też był kiedyś człowiekiem.

listopad 1940 r.

 


Świniobicie po węgiersku

Wiem, że temat wysyłania  świnek na tamten świat budzi bardzo skrajne emocje, ale po części właśnie dlatego chciałabym uczciwie opisać swoje odczucia. Na wstępie uprzedzam, że będą zdjęcia, na których jest przemoc i krew, więc dzieci prosi się odgonić do ich ulubionych gier komputerowych, gdzie krew jest tylko wirtualna.

Jestem warszawianką, w życiu nie widziałam świniobicia w Polsce. Lubię i jem mięso, łączę w ciąg logiczny żywe zwierzę z kotletem na talerzu. Nie gloryfikuję zabijania, ale przyjmuję, że tak jest urządzony ten świat. Pierwszy raz w życiu byłam na świniobiciu na Węgrzech, było to ponad rok temu. Odbywało się ono na wsi w dość kameralnym gronie. Gospodarzom pomagali sąsiedzi i rodzina. Myślałam, że będzie gorzej, prawdę mówiąc, tymczasem wcale nie była to jakaś krwawa jatka. Ba, przyglądały się wszystkiemu kilkuletnie zaledwie dzieci, traktując to, co się dzieje, z właściwą dzieciom naturalnością.

Wczoraj byłam na świniobiciu zorganizowanym dla grupy turystów – znów z zawodowego obowiązku, bo takie właśnie imprezy HelkaTours oferuje swoim klientom, więc chciałam sama się przekonać, jak wygląda program. Udaliśmy się do Szántódpuszta – tam gdzie niedawno odbywała się w piwnicach degustacja palinki.

Świnka przyjechała jako pierwsza.

Dla porządku dodam jeszcze, że tak naprawdę to już ostatni dzwonek na świniobicie, bo robi się za ciepło. Impreza zaczynała się dość późno, bo o godz. 9 rano, świniobicia urządza się raczej o godz. 7, myślę, że to był ukłon w stronę turystów, żeby ich tak nie zrywać o świcie. Obowiązkowo też połączone są z degustacją palinki, choć tu czekał nas o wiele bogatszy program.

Z przyczepki zwierzę szybko trafiło do mini chlewika.

Świnkę przetransportowano do zagródki, a cała grupa ruszyła w ślad za nią w głąb puszty. Tu goście zostali poczęstowani palinką (Irsai Olivér – to gatunek winorośli, a więc palinka była z wina) oraz chlebem ze smalcem posypanym słodką papryką, z czerwoną cebulką i świeżymi ogórkami. Degustację tym razem prowadził mój znajomy – Árpi. Najtrudniejszy moment, czyli wyciągnięcie zwierzęcia na plac i zabicie go, trwał dosłownie ułamek sekundy. Świnka otrzymała jeden cios w głowę młotkiem zakończonym szpikulcem, padła bezgłośnie, a wówczas jednym ruchem poderżnięto jej gardło.

Árpi zmierza z palinką na miejsce pierwszej degustacji.

Zwierzę ginie w mgnieniu oka od jednego precyzyjnego ciosu.

Krew wylewająca się z poderżniętego gardła też zostanie wykorzystana. Wampiryczne zapędy nie tylko my mamy z naszą czarną polewką.

Uwierzcie mi, że nie ma w tym nic z jakiejś perwersyjnej przyjemności patrzenia na śmierć zwierzęcia. Ja raczej odnoszę wrażenie, że Węgrzy starają się zabić je błyskawicznie i naprawdę tak jest. Chodzi oczywiście też o to, by świnka się możliwie najkrócej stresowała. Nie byłam nigdy w rzeźni, ale obawiam się, że promocyjna szynka z Tesco więcej wycierpiała. Co istotne – nie wszyscy Węgrzy lubią świniobicia, a przynajmniej nie w całości. Są tacy, którzy mdleją na widok krwi, ale lubią jeść mięso. Dlatego program jest tak skonstruowany, że każdy może uczestniczyć w tej jego części, która mu odpowiada. Jeśli nie chcemy patrzeć na moment zabijania, możemy dołączyć do grupy później, a organizatorzy zadbają, żebyśmy się w międzyczasie nie nudzili!

Pije się, gada się, na citroenie chleb ze smalcem...

Pije się, gada się, na peugeocie chleb ze smalcem...

Następnie świnkę obkłada się słomą i podpala, aby usunąć z niej szczecinę. Słomę wykorzystywano tradycyjnie, dziś częściej używa się palników. Tu mieliśmy okazję zobaczyć jedną i drugą metodę, bo palnika użyto wyłącznie na „poprawki”.

Chyba wolę patrzeć na takie tradycyjne metody niż na kulisy nowoczesnego przemysłu mięsnego.

Chyba wolę patrzeć na takie tradycyjne metody niż na kulisy nowoczesnego przemysłu mięsnego.

Czego nie udało się wypalić, trzeba poprawić przy użyciu palnika.

Przeszliśmy do piwnicy, gdzie odbywała się dalsza degustacja palinki. W kolejności Árpi zarządził: jeżynową, morelową, jagodową, winogronową, wiśniową i z czarnej porzeczki. Tempo było tym razem jak najbardziej rozsądne, a Árpi ma gadane jak mało kto. Umie o palince mówić pasjonująco i z poczuciem humoru, bo – jak wyznał mi potem z rozbrajającą szczerością – kocha to, co robi. Na przykład opowiadał o tym, jak palinka oddziałuje na zmysły: najpierw oceniamy ją wzrokiem – jaki ma kolor, czy jest klarowna; potem wąchamy, jaki ma aromat; następnie kosztujemy, by poznać jej smak. A co ze zmysłem słuchu? Aby i dla ucha było coś przyjemnego, trzeba się stuknąć kieliszkami!

Zaczyna się degustacja palinki w piwnicach. Mistrz ceremonii - Árpi.

Grupa zatem niespiesznie degustowała, racząc się wędzonymi balatońskimi rybami  (tu wędzenie ryb nie jest zbyt popularne, ale organizator ma bezpośrednie dojście do wędzarni, a poza tym lubi oferować gościom różne nowości), wędlinami (jeszcze nie z dzisiejszej świnki) i serami żółtymi, wśród nich także wędzonymi (wędzone sery żółte są jak najbardziej popularne na Węgrzech). A wszystko pod domowy, wiejski chleb.

Wędliny, ryby, sery - prosto i konkretnie.

Goście jedzą, a Árpi opowiada o palince.

W międzyczasie na podwórku trwało oporządzanie świnki. Kto chciał, mógł wyjść i popatrzeć. Bardzo mi się podobało, że nie traktują tu turystów jak szkolnej wycieczki. Na wstępie wszyscy zostali poinformowani, jaki jest w zarysie program i jakie atrakcje są przewidziane, aby każdy mógł dowolnie dysponować swym czasem. Najważniejsze, żeby wszyscy dobrze się bawili. Ale przyznam, że wprawa, z jaką chłopcy ćwiartowali mięso, była absolutnie fascynująca.

Jeśli ktoś chciał, mógł w szczegółach dalej obserwować losy świnki.

Horror nie gorszy niż można co dzień zobaczyć w mediach. Najnowsza narzeczona Dr House'a.

Czyszczenie, ćwiartowanie - trochę roboty jest, zanim schabowy trafi na talerz.

Zawodowcy przy pracy. Żaden nie miał na imię Leon.

Po degustacji udaliśmy się w stronę pola do puszta-golf. To, jak wspominałam, odmiana golfa wymyślona przez Holendrów. Za dołki robią wkopane w ziemię wiaderka, piłki są wielkości piłki ręcznej, a kije są zakończone drewnianymi chodakami. Przyznam, że trochę się pukałam w głowę – pod wpływem jakich używek jakiś Holender to wymyślił?! Ale choć brzmi głupawo, okazało się naprawdę przednią zabawą. Zgodnie z zapowiedziami organizatora tych, którzy skusili się na grę, nie mogliśmy długo nakłonić do powrotu. Ponoć nieraz czekali z kolacją na rozemocjonowanych zawodników.

Golfiści już się schodzą...

Zaciekła walka - bynajmniej nie z wiatrakami.

Zaciekła walka - bynajmniej nie z wiatrakami.

Kto nie chciał grać, mógł pospacerować po puszcie. Warto wspiąć się na wzgórze, na którym stoi kościółek pod wezwaniem św. Krzysztofa. Miejsce znane jest m.in. z tego, że odbywają się tu msze dla kierowców i święcenie aut. Ale ja polecam ze względu na cudowny widok na Balaton i Półwysep Tihany!

Kościółek, a może raczej okazała kapliczka w puszcie.

Wedle napisu - kaplica, wybudowana w 1735 r., przebudowana w 1820 r., poświęcona św. Krzysztofowi.

To tu na tyłach kościółka gromadzą się kierowcy, aby poświęcić swoje auta.

Ze wzgórza rozciąga się przepiękny widok na Balaton.

Na drugim brzegu, dokładnie na wprost - opactwo benedyktynów na Półwyspie Tihany.

Gdy wróciliśmy, zaczęło się już przetwarzanie świnki w konkretne produkty. Mięso zostało zmielone na kiełbasy, czekał już ryż i cebulka do produkcji kaszanki (ryżanki – chyba powinnam powiedzieć). Ale Waszą uwagę chciałam zwrócić na skwarki. Po węgiersku nazywają się tepertő albo töpörtyű. Czym są skwarki, to niby każdy wie. Ale Węgrzy kroją słoninę w grubą kostkę i smażą, tak że powstają duże chrupiące skwary. Coś na kształt „chipsy przyszły”. To jest bardzo popularna, słona przegryzka pod wino i palinkę. Do kupienia na wagę na festynach i w dobrych sklepach mięsnych. Pycha i logiczne, bo tłuszcz pozwala więcej wypić. Spróbujcie koniecznie!

Może to porąbana robota, ale jeść się chce...

...niektórym na tyle, że wyjadają surową masę mięsną. Befsztyk tatarski po węgiersku.

Czego nie wyjedli, trafia do naturalnych kiszek...

...i zamienia się w pęta kiełbasy.

Tak się robi węgierskie chipsy.

Towarzystwo opuściliśmy po godz. 13, wkrótce zjawić się miała cygańska kapela, cały czas serwowano palinkę, piwo, wino i grzane wino. O godz. 17 miała się zacząć „uczta po świniobiciu”, a zabawa na pewno potrwała do nocy. Nie nudzili się, to pewne, jak również to, że nikt głodny ani spragniony stamtąd nie wyszedł.

W międzyczasie cały czas trwał poczęstunek w piwnicy.

A jak ktoś zmarzł, móg uraczyć się grzanym winem.


Palinka – kurs pędzenia i picia

Obiecałam poświęcić palince osobny wpis. Trunek ten zasługuje na niego w pełni, bo to węgierska duma i chluba. My zaś jako naród nie wylewający za kołnierz dobrze, abyśmy wiedzieli, jak ją pić i – choćby w przybliżeniu – skąd się wzięła. Oczywiście klientom HelkaTours zapewniamy zajęcia praktyczne.

Jak wspominałam, mam znajomego o imieniu Árpi, który produkcją palinki trudni się zawodowo. Przeszłam u niego już niejedno solidne szkolenie, a zdobytą wiedzą chętnie się podzielę. Árpi w znakomitej większości robi palinkę tak, że klient dostarcza mu owocowy zacier, a on go przetwarza na alkohol. Palinkę można zrobić praktycznie z każdych owoców, oczywiście im są słodsze, tym więcej alkoholu nam wyjdzie. Najpopularniejsze palinki na Węgrzech to śliwkowa, gruszkowa, brzoskwiniowa. Ale Árpi nie tylko świetnie zna się na procesie produkcji, ale też lubi eksperymentować. Dzięki niemu pokosztowałam palinek, jakie zdumienie budzą nawet wśród Węgrów – figowej, z tarniny, z kiwi czy z piwa (sic!).

Kocham maszyny. A ta jest naprawdę jedną z moich faworytek. Cudo i cuda umie!

A zatem zacier. Wczoraj pędziliśmy przez cały dzień palinkę śliwkową. Prawdę mówiąc spośród różnych zacierów, jakie widziałam, akurat śliwkowy wygląda dość mało apetycznie (choć smakuje dobrze – kosztowałam już wielu!). Z beczek stojących na podwórku, które przywiózł klient, odmierza się porcję na jedno pędzenie (wybaczcie, jeśli brakuje mi polskich określeń, ale o palince uczyłam się tylko po węgiersku).

Wygląda tak sobie, ale będzie z tego trunek-marzenie!

Árpi odmierza właściwą ilość zacieru na kolejną rundę pędzenia.

Jeśli ktoś przywiezie owoce z pestkami (śliwki, wiśnie, morele itd.), Árpi ma maszynę, która oddziela miąższ od pestek. W uproszczeniu kręcący się w niej wał działa na zasadzie siły odśrodkowej, wyrzucając owocową masę na zewnątrz bębna wyglądającego jak sito. Ale najbardziej nieprawdopodobna jest dokładność tego urządzenia – na zdjęciu pestki po oczyszczeniu przez maszynę. Nie ma na nich ani jednego włókna!

Cudowna maszyna do drylowania, przywodząca jakoś na myśl Pegaza...

Szczerze mówiąc, to człowiek by tak nie obgryzł dokładnie.

Załadunek do maszyny, jeśli zacier jest za gęsty, dolewamy wody. Kadź wypełniona po brzegi, można zaczynać proces produkcji. Z tych dwóch rurek widocznych na zdjęciu jedna to „prysznic”, druga jest „mieszadłem” – kręci się tak, jakby ktoś łyżką wazową w zupie mieszał.

Apetyczne śliweczki tuż przed przemianą w motyla spiritualiów.

Ładujemy najpierw wiadereczkiem...

...a potem wprost z beczki.

Jeśli zacier jest za gęsty, można dolać wody. Metalowa rurka obok "prysznica" to mieszadło.

Pod kadzią, w której ląduje zacier, jest płaszcz wodny, a niżej – palenisko. Ogień podgrzewa wodę, woda podgrzewa zacier, a ten paruje, by się cudownie przemieniać w tak pożądane procenty. Do pieca oczywiście trzeba regularnie dorzucać. Zapas drewna na podwórku mówi najlepiej o skali produkcji. Tam się drewno tnie na mniejsze klocki, a wewnątrz jest maszyna (genialna w swej prostocie!), która polana rozszczepia na szczapki. Zawsze jak ją widzę, przypomina mi się jeden z moich ulubionych dowcipów: jak się robi małe dziewczynki? Tak jak małe deseczki – rżnie się duże!

Drewna po horyzont. Tu nawet bożonarodzeniowe drzewka działają w służbie ludzkości.

Żeby się napić, trzeba się niestety narobić.

Większe polana trzeba rozszczepić na małe deszczułki.

Jeden ruch tłoka i gotowe!

Jak proces pędzenia ruszy, możemy podglądać przez okienko, co się dzieje. Ale oczywiście ten alkoholiczny bulaj to nie jedyny element kontrolny – maszyna ma mnóstwo wskaźników pozwalających sprawować pieczę nad tym, co się dzieje. Jedno „przepędzenie” trwa 2,5 – 4 godziny, wszystko zależy od rodzaju owoców. Ale to nie znaczy, że w międzyczasie się nudzimy. Pędzenie palinki wiąże się z ogromem papierkowej roboty, której nikt nie kocha, ale dodatkowo pod każdą szerokością geograficzną mężczyźni nie mają do niej głowy/serca/i uważają, że jest po innym organie. Najbardziej pasjonującą stroną tego biznesu zajmuje się Ildi, żona Árpiego.

Okno na świat alkoholi.

Bez tej żmudnej pracy nikt by się nie napił.

Nie takie to proste – na ścianie milion pozwoleń, które było trzeba uzyskać. Ale też medale, które udało się zdobyć. I aniołek – bożonarodzeniowy prezent od zadowolonych niemieckich klientów, który sprawuje łagodną pieczę nad całością przedsięwzięcia.

Wszystko w majestacie prawa - czemu u nas śliwowica jest wciąż księżycówką?

Árpi bardzo szybko zaczął zdobywać nagrody - w pełni zasłużenie, bo zna się na rzeczy jak mało kto.

Z pomocą niebios duch w spiricie nie gaśnie.

Alkoholomierz będzie się powoli pogrążać – gdy zniknie zielona podziałka, palinka będzie miała ok. 80%. To jest produkt końcowy, dolewa się potem do niej wody, by rozcieńczyć ją do 45 – 50%. Najpierw zaczyna płynąć cieniutkim strumyczkiem, by po chwili zamienić się w całkiem przyjemny potok.

Teraz podziałka wskazuje na ok. 20% i stopniowo zaczyna się zanurzać.

To jeden z bardziej podniecających momentów - zaczyna płynąć napój bogów!

Ale profesjonaliści czekają na naprawdę porządny strumień.

Owocowe resztki, które zostały po skończonym procesie produkcji, wyrzucane są z maszyny na zewnątrz do pojemnika na odpadki. Te Árpi ładuje na trabanta przerobionego własnoręcznie na wywrotkę i zwozi w jedno miejsce. Árpi  jest bardzo zdolnym mechanikiem, a trabant stanowi niemałą atrakcję w jego biznesie.

Trudno się dziwić, że taki trabant budzi euforię wśród klientów.

Już mówiłam, że Węgrzy to uzdolniony naród wynalazców? Wszystkie prawa zastrzeżone!

Ten uśmiech mówi wszystko - szczęśliwi, którzy mają taką pracę!

Po każdym procesie trzeba maszynę przepłukać – nie ma znaczenia, że cały czas robimy palinkę z tych samych owoców. Te pozostałości psułyby smak kolejnego destylatu. Prawdę mówiąc nie wszyscy producenci tego rygorystycznie przestrzegają i stąd często nie dość doskonały smak palinki.

Jak zawsze - diabeł tkwi w szczegółach. Od nich zależy jakość produktu końcowego.

A na koniec – weźcie sobie do serca, bo zadziwicie niejednego Węgra! – jak należy palinkę degustować. Profesjonalny kieliszek powinien mieć kształt tulipana. Palinka nie może być zbyt schłodzona – temperatura pokojowa (czytaj: panująca w pokojach zamkowych – to się odnosi także do wina!) czyli 16 – 19 st. C. Jeśli palinka jest zbyt chłodna, nie poczujemy jej aromatu. Kieliszek trzymamy za nóżkę, ale jeżeli podają ją w chłodnej piwnicy, można kieliszek ogrzać w dłoni jak koniak.

I teraz najważniejsze: jak naleją nam palinki, bierzemy kieliszek, przechylamy go pod kątem 45 st. i powoli obracamy, trzymając za nóżkę, tak aby alkohol rozlał się po ściankach. Następnie stawiamy go do pionu, chłoniemy aromat i pijemy mały łyk. Trochę trzymamy w ustach, aby poczuć owocowy aromat i przełykamy. Walnięcie lufy po polsku do dna nie wchodzi w grę! Potem najlepiej chwilę porozmawiać – chodzi o to, żeby powietrze zaczęło krążyć w buzi, nosie, gardle. Po chwili w pełni poczujemy owocowy bukiet. Wtedy można pić dalej (nadal małymi łyczkami – taki kieliszek należy wychylić na ok. 3 razy). Palinki się nie popija, ani nie robi się z niej drinków. Podczas degustacji wskazane jest przepicie poszczególnych rodzajów wodą, dla wypłukania ust i odświeżenia kubków smakowych. Dobrze też – jeśli jest taka możliwość – wypłukać kieliszek wodą.

Tak przechylamy kieliszek i powoli nim obracamy, aby palinka oblała ścianki.

Zbrodnią absolutną, która Árpiego doprowadza do palpitacji serca, a niestety jest ten proceder praktykowany nawet przez rodowitych Węgrów, jest kręcenie kieliszkiem z palinką tak, jak to robimy z winem. Nigdy, zapomnijcie!!! Jak zobaczycie tak kręcącego osobnika, macie prawo roześmiać mu się w nos i udzielić lekcji! Jeśli w ten sposób zakręcimy palinką, poczujemy tylko alkohol, a nie poczujemy zapachu owoców. A w palince chodzi o owoce. Ona jest gęsta jak oliwa, przechylona rozleje się idealnie po ściankach, uwalniając swój aromat. Jeśli  nadal nie czujemy owoców, a tylko spirytus, to znaczy, że palinka nie jest dobrej jakości.

Kręcą - jak winem - tylko dyletanci. Popisujcie się tą wiedzą, bo naprawdę nie każdy Węgier to wie!

Na zdrowie! I skończę jak Witkacy: ten tekst pisałam pod wpływem 50-procentowej śliwkowej.

Kamień węgielny - tego dnia w tym miejscu wystartował pierwszy proces przemiany darów ziemi w płynne niebo.


Autem przez świat

Alternatywny tytuł miał brzmieć: „Znajdź 10 szczegółów, którymi różnią się te obrazki…”, ale był za długi. Do rzeczy: po moich samochodowych przygodach na Sycylii myślałam, że na drogach Europy już mnie nic nie zdziwi. Tam prułam przez wyspę wypożyczonym Fiatem Stilo kombi, wioząc 4 członków naszej załogi i 6-letnią Matyldę, która w razie zatrzymania nas przez carabinieri miała się kłaść pod siedzenie. Według Włochów był to idealny sposób na przewóz nadprogramowego dziecka w 5-osobowym samochodzie. Tego, do czego służy czerwone światło, musiałam już nauczyć się sama. Lekcja była szybka, jak się raz nieopatrznie zatrzymałam na rzeczonym, a zszokowany kierowca za mną omal nie wjechał mi w dupę. Usłyszałam filmową wiązankę i pojęłam w mig: czerwone oznacza „rozejrzyj się”, a nie „zatrzymuj się”, baranie! Jazda na włoskich blachach odbierała mi taryfę ulgową, na szczęście jestem blondynką, co trochę ratowało sprawę. Ale jak się już wczułam w to burdello bum bum, to dawało radę.

Węgry z ich CK organizacją i świetną siecią dróg były ostatnie, które podejrzewałabym o jakieś niespodzianki. O święta naiwności! Język sobie wymyślili po…, to czemu by nie odcisnąć swego huńskiego piętna na organizacji ruchu?

Byłam w Siófok parę razy samochodem, z musu bardziej, bo choć uwielbiam prowadzić, to jednak pociągiem fajniej – jedna noc i budzi się człowiek na miejscu. Drinka wychyli wieczorem, rozsiądzie się wygodnie, rozproszy, do toalety pójdzie i wciąż jedzie… Autostrada prosta sprawa, ale tak po mieście to się wiele nie najeździłam. Dopiero teraz, jak mieszkam na stałe, przyszło mi się skonfrontować z rzeczywistością i swoimi umiejętnościami.

Najpierw myślałam, że się zagapiłam. Nie zagapiam się za kółkiem, ale w końcu każdemu może się zdarzyć. Potem przyszło mi do głowy, że na pewno rosło tam drzewo. Nie rosło. To może ukradli? Nic z tego, tutaj złomiarze też koncentrują się na drogach żelaznych. Po prostu jeśli jedziesz drogą z pierwszeństwem przejazdu, to się nie spodziewaj na niej jakiegoś znaku, który cię o tym poinformuje.

Aż chciałoby się powiedzieć, że najciemniej pod latarnią.

Odruchy wyuczone w Polsce każą mi traktować takie skrzyżowanie jako równorzędne. Grzecznie się zatem zatrzymuję, by spojrzeć, czy ktoś nie jedzie z prawej. Jedzie. To stoję. On się zatrzymuje. Debil – myślę – nie wie, gdzie prawa, gdzie lewa. Ale że koleś młody i ewidentnie balatońska przystojniacha, co to rzadko strony myli, tak w łóżku, jak i na drodze, to zaczynam nabierać podejrzeń. Rozwiewa je lekko zniecierpliwiony klakson za mną, więc przejeżdżam przez skrzyżowanie. Klakson nie był natarczywy i nie usłyszałam ani jednego bluzga pod nosem, tylko posłano mi serdeczny uśmiech. No ale tu jestem nie dość że blondynką, to z polską rejestracją, a Węgrzy jak wiadomo Polaków kochają, a Polki w szczególności.

I czego tak stoi, jak jest z prawej?!

No stoi, bo ma znak. Nie widzicie? Szukać, szukać na obrazku!

Ten sam znak z czytelniejszej jakby strony.

Ta krótka przygoda obudziła we mnie żyłkę detektywa. Sprawa zaczęła się powoli wyjaśniać. Jeśli ja mam pierwszeństwo, to ci z podporządkowanej, tak z prawej, jak i z lewej, ale wiadomo, że prawa nas interesuje, mają znak „ustąp pierwszeństwa” bądź „stop”. Pionowy lub poziomy, wymalowany na jezdni. A zatem dojeżdżamy do skrzyżowania i szybko wypatrujemy znaku dla tych z prawej. Stojący jest bardzo czytelny z tej perspektywy, no nie ma siły, spróbujmy spojrzeć z boku na kartkę papieru. Zanim pod odpowiednim kątem zacznie przypominać jakąś figurę geometryczną, jesteśmy już na środku skrzyżowania.  Nie ma znaku pionowego? To szybko szukamy, czy im czegoś na jezdni nie wymalowali. Nie ma co, to dobry pomysł, by ćwiczyć refleks. Jest ciągła linia, uff… Nie ma nic? To znów w poszukiwaniu pionowego. Jest, cholernik, za drzewem – ciuciubabki mu się zachciało!

Wszystko jasne, mamy się zatrzymać...

...ale ten skąd wie, że ma pierwszeństwo?

No przecież wyraźnie widzi znak dla kierowców wyjeżdżających z podporządkowanej, że o linii nie wspomnę.

A łyżka na to niemożliwe… Ja też lubię wyzwania, ale żeby tak sobie życie utrudniać? Eureka! Węgrzy nie mają skrzyżowań równorzędnych, masz pierwszeństwo, dopóki jakiś znak go nie odwoła. Logiczne, prawda? Radość z odkrycia trwała krócej niż przejazd przez skrzyżowanie. – Kati, no co ty, mamy mnóstwo równorzędnych skrzyżowań, takich, co nie ma znaków i pierwszeństwo mają ci z prawej.

Zaczęłam się zatem dopytywać Węgrów, jak sobie radzą z tym dziwnym systemem. Odpowiedzi ścięły mnie z nóg niczym potężna lufa domowej palinki. Otóż system jest bardzo logiczny. Czytelny. Przejrzysty. A poza tym każdy, kto tu mieszka, wie, która droga ma pierwszeństwo (sic!). No dobra, ci z Budapesztu też się czasem zastanawiają, to od razu wiadomo, że przyjezdny.

Typowe, logiczne skrzyżowanie.

Oczywiście mamy na nim pierwszeństwo, o czym wyraźnie mówią znaki (ten niski słupek na wysepce koło latarni to znak stop).

Wzięłam się na ambit. Regularnie robię rundkę po mieście, ucząc się skrzyżowań na pamięć, by już wkrótce mknąć przez Siófok z zamkniętymi oczami, zostawiając za sobą skrzyżowania poprzecznie nierozwiązywalne z oniemiałymi na widok pl-ki i blondi Węgrami. Niech się śmieją z budapesztańczyków.


15 marca Święto Narodowe

Pierwszy raz przeżyłam narodowe święto węgierskie na Węgrzech. Raz przeżyłam w Warszawie i owszem, są całkiem huczne obchody na Bemowie (to dzielnica stolicy swe imię czerpiąca od Bema, jak się łatwo domyśleć, który to jest na Węgrzech uwielbiany). Ale nijak się to ma do węgierskiego świętowania.

Na Węgrzech tego dnia wszyscy tłumnie świętują.

Że był festyn, to już wiecie. Wczoraj miało być apogeum uroczystości na głównym placu Siófok. Oficjałki, przemówienia, występy zespołów dziecięcych. Nie ukrywam, że wybierałam się z umiarkowanym entuzjazmem na tę fantastyczną imprezę, tym bardziej, że dnia poprzedniego dogłębnie degustowałam palinkę.

W oczekiwaniu na rozpoczęcie uroczystości.

Stawiłam się jednak punktualnie o godzinie 10.00 na placu. A tam ochoczo, ale dopiero się wszyscy schodzą. Schodzili się tak ze 40 minut. Słońce grzeje, picie się kończy, prawie chciałam robić odwrót. Wytrwałam i warto było.

Uczestnicy schodzili się z lekkim opóźnieniem.

Zaczęło się od hymnu. Potem było krótkie przemówienie w tonie „o nasi bohaterowie! jakie męstwo! cóż za odwaga!”. Tymczasem Wiosna Ludów, której wybuch wczoraj Węgrzy upamiętniali, się dość tragicznie skończyła, ale konsekwencje tego zrywu przemawiający zmilczał. W sumie, jak mi uświadomił potem jeden z moich przyjaciół z Polski, u nas w podobnym duchu mówi się o naszych walkach, choćby o powstaniu warszawskim. Także odkryłam kolejną wspólną nam cechę.

Spojrzenie na historię też potrafi jednoczyć nasze narody.

Kulminacyjnym punktem programu były występy dzieci  z siófockich szkół i powiem wprost – byłam zachwycona! Żadna tam nudna akademia – tańce, recytacje, pokazy, inscenizacje. Strasznie skomplikowana choreografia i wszystko w wykonaniu 7-9-letnich maluchów, no było kilkoro 13-latków. Ileż oni się musieli przygotowywać?! Ile prób nauczyciele z nimi musieli odbyć?! Czapki z głów! Byli fantastyczni  i szkoda, że u nas nikt nie próbuje uczyć dzieci historii w ten sposób. Nie mówiąc o tym, że łatwiej będzie im potem zdobywać świat, jeśli od małego mierzą się z własną tremą i umiejętnościami.

Pokaz tańców ludowych.

Inscenizacja wydarzeń z 15 marca 1848 r.

Skomplikowana choreografia i liczebność grupy artystów wymagała talentu i skupienia.

Słowem: małe miasteczko, rozmach imprezy imponujący. Tłumy, pewnie w dużej mierze składające się z rodzin małych artystów, ale to bez znaczenia. Ludziom się chce, nie są w Tesco, nie siedzą przed telewizorem, wolą wyjść na miasto i spotkać znajomych. Bardzo mi się podoba życie w Siófok.

Impreza przyciągnęła węgierskie patriotki - od najmłodszych...

...po trochę starsze.

Po skończonych pokazach przemieściliśmy się na placyk obok, gdzie pomiędzy dwoma szkołami – podstawową i liceum – jest pomnik upamiętniający wydarzenia z 15 marca, pod którym tradycyjnie składa się tego dnia wieńce. Jak to z wieńcami bywa – kolejka długa, orkiestra gra, dostojnie i z honorami.

Orkietra miejska umilała czas oczekiwania w kolejce do złożenia wieńców.

Wieczorem zaś z portu w stronę miasta ruszył pochód z pochodniami. Naliczyłam ze 300 osób – znów zaskoczenie, że taka zgrana to społeczność. Idą, śpiewają i wcale nie mają po 100 lat. Dużo było nastolatków, rodzin z małymi dziećmi. Może dlatego że kraj to boleśnie doświadczony przez historię, tak ważne jest dla nich przekazywanie tradycji następnym pokoleniom, a te wcale nie traktują tego jako obciach.

Ogniście rozświetlony korowód przemaszerował ulicam Siófok na zakończenie święta.


Piwnica Pod Baranami

Byłam wczoraj na profesjonalnej degustacji palinki. Zaprosił mnie znajomy Węgier, który dla HelkaTours organizuje tego typu programy, żebym zobaczyła, co będziemy oferować turystom. Bywałam już na degustacjach, choć bardziej kameralnych – mam znajomego, który pędzi palinkę, zawodowo i jak najbardziej legalnie, bo Węgry to normalny kraj. Znajomy ma na imię Árpi i towarzyszył mi na wczorajszej imprezie, bo sam był ciekaw, co porabia konkurencja.

Towarzystwo degustacyjne zaczyna się schodzić...

Plan był taki, że spotykamy się w ponad 200-letnich (sic!) piwnicach, które są położone w Szántódpuszta, obok puszty, jak sama nazwa wskazuje. Piwnica nosi miano Adama, a nie Barana, ale jako że dość rozśpiewanie było, to jakoś mi się tak skojarzyło. Miało być zwiedzanie piwnic, degustacja, puszta-golf i potem kolacja, do której przygrywać będą Cyganie. Tylko do golfa nie doszliśmy, bo jak się wszyscy rozdegustowali, to nie było kim zwiedzać. Znaczy degustacja się powiodła. W telegraficznym skrócie powiem, że chodzi o odmianę golfa, którą ponoć wymyślili Holendrzy. Tylko że u nich pewnie się nazywa depresja-golf. Pole nie jest tak rozległe, dołków jest o wiele mniej (bo ja byłam i widziałam!) i chyba generalnie łatwiej się w to gra. Może być fajna zabawa.

Tak wygląda wejście do przybytku rozkoszy.

Pusztę można zwiedzać w sezonie - piękna okolica i zabytkowa zabudowa po horyzont.

Piwnice olśniewające. Árpi mnie ochrzanił, że się za lekko ubrałam – na szczęście tym razem nie miał racji, bo napalili w piecu i było zaskakująco ciepło, ale to słuszna uwaga. Na degustację należy się ciepło ubrać, bo w piwnicach zawsze panuje chłód! Ciężko o tym pamiętać zwłaszcza upalnym latem, ale Węgrzy wiedzą, co mówią.

Stoły w zabytkowej piwnicy czekają na gości.

Piec, bardzo charakterystyczny dla Węgier, tzw. piec czikosza, bez problemu ogrzewał ogromne pomieszczenie.

Fantastyczne korytarze doprowadziły nas do miejsca degustacji. Rząd kieliszków i flaszek obiecywał nie lada atrakcje. Palinka była firmy Zimek. O palince to Wam kiedyś napiszę elaborat, ale dziś będzie skrótowo: to węgierska wódka robiona z owoców. Ma 40 – 50 volt. Jest bezbarwna, ma smak i aromat owoców, z których powstała. Najpopularniejsze rodzaje to gruszkowa, śliwkowa, brzoskwiniowa. Ale na takich degustacjach chodzi o to, że można pokosztować mniej znanych rodzai. I tak było 5 różnych palinek, wymieniam w kolejności serwowania (bo to oczywiście bardzo ważne, żeby te o intensywniejszym aromacie były później): jeżynowa, jagodowa, malinowa, wiśniowo-winogronowa, winna (ta ostatnia jest robiona z wytłoczek winogron, które pozostają po produkcji wina, często leżakuje w beczkach i ma złocisty kolor jak koniak). Dobre… Moja ulubiona to malinowa, ale wiśniowa też była rewelacyjna.

Długi ciąg piwnic pełnych obiecujących beczek - marzenie każdego degustatora..

Co nie leżakuje w beczkach, leżakuje w butelkach - koneserzy oceniają rocznik.

W międzyczasie przedstawiciel firmy przynudzał o wszystkich tych palinkach. Ale Polacy go na szczęście nie będą rozumieli, a ja go przetłumaczę po swojemu. Bo on mówił strasznie ciekawe rzeczy strasznie nieciekawie. Ale użył jednego ładnego porównania, że palinka jest jak tulipan, który kocha ciepło i na widok słońca się otwiera, tak i ona swój bukiet rozwija pod wpływem ciepła. To prawda! Bliżej jej do koniaku niż polskiej wódki, która – chyba dopiero teraz to odkrywam – musi być zmrożona, żeby nie pachniała!

Pan mówi, panowie degustują. Zrobię lepiej, bo bigla mu brak i kobiety u boku.

Jeszcze jedno zastrzeżenie – trochę mocne było tempo. Degustacja trwała niecałą godzinę, lufy były słuszne i leciały średnio co 10 minut. Potrafię wypić, ale mówię szczerze, że raczej się tu nie pieszczą. Na szczęście była tradycyjna węgierska zagrycha czyli chleb ze smalcem i czerwoną cebulką, posypany słodką papryką.

Zaczyna się niewinnie, a smalczyk ratuje życie.

A potem przeszliśmy do sali restauracyjnej, gdzie już zaczęło się biesiadowanie. W cenie (ok. 60 zł) było jedzenie, za dalsze napoje trzeba było płacić. Wybaczcie, że przysmaków nie obfotografowałam, ale strasznie nie lubię robić zdjęć w knajpach – ludzie jedzą, a tu im ktoś fleszem po oczach… Deser tylko cyknęłam, jak Árpi po królewsku poszedł piechotą. Zatem uwierzcie na słowo, że była pyszna zupa, coś jak nasza jarzynowa ze śmietaną, tylko zamiast jarzyn, których było węgierskim zwyczajem jak na lekarstwo, pływały w niej solidne kawałki indyka. Zupa serwowana była w wazach, po wazie na 4-osobowy stół, można było jeść w opór (nie udało nam się wazy opróżnić, mimo że panowie raczej sobie nie krzywdowali). Potem był bufet – oczywiście też w opór – sandacz z ryżem, gulasz z jelenia z grzybami leśnymi i kluseczkami oraz faszerowana kapusta. Pycha! Szczerze mówię, karmią dobrze. Poznałam nawet szefową kuchni – oj, wiecie, jak u mamy. I na koniec deser: lody podane w wydrążonych jabłkach, pierwszy raz takie kuszące cudo widziałam.

Jakby komuś za gorąco było...

Cały czas do kolacji przygrywała cygańska kapela. Węgrzy są bardzo muzykalni, wielu potrafi pięknie śpiewać, więc to było swoiste karaoke, bo ktoś prosił o jakiś utwór, a następnie go odśpiewowywał. No takich atrakcji gościom HelkaTours nie zapewnię, nie że piosenki takie trudne, tylko głos mam marny. W pewnym momencie gospodarz wtajemniczył orkiestrę, żem Polka, i najpierw zaczął się we mnie znacząco wpatrywać, a potem nie wytrzymał i spytał, czy poznaje?! Co poznaję??? Okazało się, że ich poprosił, żeby jakiś polski kawałek zagrali, ale w życiu tego nie słyszałam. Chyba za słabo znam polską muzykę cygańską. Także obiecuję, że będą ładnie grali, ale na „Jadą wozy kolorowe” nie ma co liczyć.

Chóralne śpiewy to znak szczególny węgierskich imprez.

Z dwóch łyżek do zupy bez problemu robi się węgierskie kastaniety.

Nad tyloma flaszkami to każdy by piał...


Sezon festiwalowy rozpoczęty!

Poszłam dziś w południe nad Balaton na spacer, bo zrobiła się piękna pogoda. Słońce świeci jak zawsze, ale temperatura skoczyła do 18 st. C. Prawdziwa wiosna. Doszłam do portu i oniemiałam – pierwszy festiwal w Siófok w tym roku! Niby mogłam się spodziewać, bo we wtorek, 15 marca jest święto narodowe i w związku z tym zaczął się długi weekend, ale jakoś nigdzie nie reklamowali, że będzie festyn z tej okazji. A z drugiej strony na tyle już powinnam znać Węgrów, żeby wiedzieć, że kiermasze, festyny i festiwale to ich sport narodowy.

Biesiadne ławy pod błękitnym niebem i chłodne piwko - aż chce się żyć!

Festiwale przy siófockim porcie to niechybny znak, że nadszedł kres zimy.

Nie ma co, klimat im sprzyja. U nas przecież nierzadko wianki się rzuca, szczękając zębami. Poza dobrą pogodą, która jest konieczna do balowania pod gołym niebem, festiwalowymi elementami obowiązkowymi są jedzenie, picie, produkty regionalne i atrakcje dla dzieci, żeby nie przeszkadzały w piciu. Wszystko odnalazłam i tym razem. Domowe placki, mięsiwa z grilla, palinka – przysmaki długo by wymieniać. Kupić można wytwarzane tradycyjnie wędliny, sery, miody.

Węgrzy robią nie tylko przepyszne kiełbasy, ale i sery - hodują inne rasy, więc mleczne wyroby różnią się od naszych produktów.

Specjalnością węgierską jest miód kasztanowy - jeśli tu przyjedziecie, skosztujcie koniecznie!

Rozrywek dla dzieci nie brakuje, więc można podjeść i napić się w spokoju.

Rodzice muszą się tylko dobrze trzymać za portfel, bo pokus dla najmłodszych jest bez liku.

Rdzennie węgierscy są też Indianie, którzy pojawiają się na każdym festynie w Siófok. Mają nie tylko swoje stoisko, ale i repertuar dobrze mi znany spod warszawskiego metra. Kto by pomyślał, że ojczyznę przywodzić mi będą na myśl peruwiańskie fujarki.

Tańczący z wilkami próbują się na trwałe wpisać w balatoński krajobraz.

Atrakcją, z jaką nie spotkałam się w żadnym innym kraju, a tu niezwykle popularną jest „głaskanie zwierzątek”. Polega to na tym, że zwierzątka zamknięte są w niewielkich zagródkach, można podejść i pogłaskać. Atrakcja jest darmowa i oblegana. Myliłby się ten, kto by myślał, że tylko przez dzieci. Dorośli też głaszczą, wracając pewnie myślami do szczęśliwych chwil dzieciństwa. Zwierzątka są różne, jak się da, to są tematycznie związane z imprezą. A zatem na festiwalu wielkanocnym głaszcze się baranki, na festiwalu jajek – kurki, na św. Marcina, kiedy to je się gęsinę, można pogłaskać małe gąski itd. Ale widziałam też lamy podczas Zielonych Świątek. Dziś pogłaskać można było kucyki. To chyba jakaś aluzja do skarlałych Wielkich Węgier, jak się domyślam. Na marginesie tylko dodam, że u nas dodatkową atrakcją byłby zielony przykuty do każdego festiwalowego drzewa w obronie praw zwierząt.

Koń w wersji pomniejszonej uświetnia święto narodowe Węgier, również pomniejszonych.

Ta mała Węgiereczka nie umie jeszcze ocenić rozmiarów kucyka, tak jak nie doświadcza jeszcze trianońskiej traumy.

Najpiękniejszą częścią składową festiwali są oczywiście Węgierki. Może nie mają tyle witamin co Polki, ale składników mineralnych na pewno im nie brakuje.

Blondynka od tyłu.

Brunetka z przodu.

Jako że jest naprawdę wiosna, nad Balaton wyległy tłumy spacerowiczów. Na trawnikach zakwitły stokrotki, latają biedronki, a kaczki z radością obserwują topniejące lody. Tylko patrzeć, jak wszystko się zazieleni.

Nie przelansować się po molo w taką pogodę to prawdziwy grzech!

Ewentualnie można poleżeć na trawie bez cienia nadziei na złapanie wilka.

Jedni leżą, inni pracują - stocznia w porcie działa pełną parą.

Botanik ze mnie żadny, ale te stokrotki nie są normalne, żeby kwitnąć zanim się trawa zazieleni.

Spacerując po ścieżkach należy uważać na spacerujące biedronki.

Balatonowi nie pozostało nic innego, jak się roztopić.

Moja ulubiona wywłoko-wierzba chyba się pierwsza weźmie za zielenienie.

Oczywiście miasto już zostało oflagowane. Flagi wiszą na ulicach, jak i na prywatnych domach. Święto, o którym wspominałam na wstępie, upamiętnia wybuch Wiosny Ludów na Węgrzech w 1848 r. Powstanie, mające doprowadzić do wyzwolenia spod austriackiego panowania, zostało krwawo stłumione przy pomocy wojsk rosyjskich. Jego ostatnim dowódcą, który z ocalałymi oddziałami przeprawił się do Turcji, był Józef Bem – na Węgrzech absolutnie uwielbiany i nazywany Ojczulkiem.

Siófok całe wystrojone z okazji narodowego święta.

Patrioci wywieszają flagi na balkonach.

Prawdziwi patrioci wznoszą toasty za Ojczulka Bema.