Monthly Archives: Maj 2011

Czy w szparze jest pieczywo?

Siófok to królestwo supermarketów, choć trudno powiedzieć, że to specyfika akurat tego jednego nadbalatońskiego kurortu. Tanich sklepów samoobsługowych nie brakuje nigdzie na Węgrzech, co znacznie ułatwia zawiadowanie urlopowym budżetem.

Siófok liczy sobie 24 tys. mieszkańców – w sezonie ponoć ta liczba zwiększa się 5-krotnie. Przez cały rok jednak czynne są 2 supermarkety Spar w centrum miasta (oddalone od siebie o góra 50 m), całodobowe ogromne Tesco, obok Tesco jest Aldi, a po drodze jeszcze Penny. Ciut w bok leży Lidl, nieopodal centrum otworzono Tesco Express. Pejzaż uzupełnia jeden Rossmann i dwa DM (DrogerieMarkt). Szybko przestałyśmy z przyjaciółką wozić jakiekolwiek kosmetyki na wakacje (bo wiadomo, co dziewczynom zajmuje najwięcej miejsca), tylko wszystko kupowałyśmy na miejscu – za te same lub mniejsze pieniądze niż w Warszawie.

Podoba mi się, że nawet supermarket wpisuje się w tutejszą architekturę.

Ale też starałyśmy się zawsze robić zakupy w supermarkecie, zaopatrując się tam w żelazną rezerwę na kacowe śniadanie albo wilczy głód po imprezie w środku nocy. Bo alternatywą są małe sklepiki spożywcze, które na Węgrzech nazywają się ABC, ale jest w nich pioruńsko drogo, jak w spożywczaku u pani Krysi na deptaku w Międzyzdrojach. Nie udawajmy jednak, że człowiek na urlopie jest wzorem zapobiegliwości. Raz zatem z porannych alkoholowych odmętów wyrwało mnie pytanie mojej przyjaciółki: „czy w szparze jest pieczywo?”. W myślach możliwie jak najszybciej zrobiłam przegląd wszystkich możliwych szpar, w których mógłby się schować choćby najnędzniejszy rogalik, ale jako że nie doszłam do żadnych przytomnych wniosków, spytałam mało rezolutnie: „w jakiej szparze?!?!”. Ryk śmiechu otrzeźwił mnie dokumentnie. Chodziło o Spar. A pytanie nie było pozbawione sensu, bo choć w Sparze jest pieczywo, to Węgrzy raczej kupują je w rozlicznych piekarniach  (w ścisłym centrum Siófok są trzy).

Spar położony przy głównej ulicy polecam raczej niezmotoryzowanym.

Spary są dwa, jako się rzekło. Ten przy Fő u. ma płatny parking – trzeba normalnie płacić w parkometrze za postój. Ten przy Szűcs Menyhért u. ma system taki, że jak parkujemy, podchodzi do nas pan i wręcza nam kwitek z godziną zaparkowania. Jeśli idziemy na zakupy do Sparu, to wystarczy mu po zakupach pokazać paragon i nic nie zapłacimy za postój. Czynne w tygodniu do godz. 20.00, w weekendy do godz. 16.00.

Przy następnej przecznicy, 50 m dalej, czeka na kierowców - klientów sklepu - bezpłatny parking.


Kłopoty z policją

Węgierski język wzbudza ogólną wesołość, ale wśród słów zdecydowanie często przytaczanych na dowód, że jest to jakiś upiór lingwistyczny na granicy absurdu, pada określenie policji. Radiowóz w każdym kraju daje się raczej dość jednoznacznie odróżnić od innych pojazdów na drodze, a zatem nawet przygodny turysta chwyta w lot, że ma do czynienia ze stróżami porządku. Nawet gdy na burcie mijającego go forda ujrzy nienadający się do wymówienia napis „rendőrség”.

Na policji można sobie język połamać.

Wszędzie jakieś policjo-pochodne słowa, a ci sobie wymyślili… Nie tak bez sensu, bo „rend” to „porządek”, „őr” to „stróż”, a końcówka „-ség” to powiedzmy „-cja”. I tak naprawdę dopiero z powodu tej końcówki robi się zabawnie. Polacy bowiem – jeżdżący po świecie i do nauki chętni – szybko chwytają regułę, że w węgierskim „s” czyta się jak „sz”, a „sz” czyta się jak „s”. A zatem: „renderszeg”, mniej więcej.

Z tą różnicą, że samogłoskę „é” bardzo nam trudno poprawnie wymówić. Trochę jakbyśmy z uśmiechem żaby próbowali powiedzieć długie „e”. Ciut przypomina to „ej”. Lepiej się wysilić, bo „segg” (czyt. szeg) to „dupa”. A stróże porządku pod żadną szerokością geograficzną nie lubią być nazywani dupami, więc uśmiech szczery może nam szybko zniknąć z oblicza. Dlatego też wymowę lepiej ćwiczyć w bezpiecznej odległości od radiowozu.


Marynarskie jadło

Gyros pokochałam tak naprawdę mieszkając w Kolonii. Było tam mnóstwo tureckich barów, ale my z moim ukochanym upodobaliśmy sobie zwłaszcza te z lokalnym sznytem, gdzie nie zapędziłby się żaden turysta, a Niemcy wpadali jedynie zamówić coś na wynos. Naszym zdecydowanym faworytem był „Murat”, położony na Venloer Strasse w dzielnicy Ehrenfeld (przy stacji metra Leyendeckerstrasse) – istnieje do dziś, więc jeśli zapędzicie się w te strony, odwiedźcie go koniecznie.

W Kolonii wygłodniałe wilki morskie też mogą zacumować na gyrosa.

Pozłacane żyrandole z leniwie kręcącymi się wiatrakami, wyblakłe zdjęcia tureckiej riwiery na ścianach, parę stolików pamiętających niejedną historię i stały zestaw klientów. Ten, którego żona zostawiła wiele lat temu. I ten, któremu spalił się dom. I jeszcze jeden – jakby przyspawany do automatów do gry. Snuciu opowieści sprzyjała ogromna lodówa pełna kölscha, czyli typowo kolońskiego piwa, po której skarby każdy z klientów sam sobie sięgał. Zza lady jeden z właścicieli, łudząco podobny do De Niro, cierpliwie serwował turkische pizza. Był to lokal wyłącznie męski – nie było mowy, żeby przyszła tam jakaś Turczynka, Niemki zaglądały najwyżej, by kupić pudełko oliwek. Byłam zatem jedyną kobietą „na pokładzie” i z pokorą przyjmowałam panujące w „Muracie” zwyczaje. Jak choćby ten, że byłam obsługiwana na końcu.

Ale byliśmy dumni, że ta lokalna społeczność tak nas zaakceptowała, wzięła za swoich dwójkę Polaków, którzy też jakoś sobie próbują radzić wśród Niemców. Wróciliśmy do Polski, ale potem sporadycznie odwiedzaliśmy Kolonię, zwłaszcza jadąc na wakacje do Francji – z sentymentu i aby spotkać się ze starymi znajomymi. Jakież było zdumienie jednego z naszych niemieckich przyjaciół, gdy weszliśmy do „Murata”, a właściciel powitał nas serdecznie, pytając, czy to, co zawsze. Niemiec zaniemówił, a w końcu wydukał: „Jak to możliwe, że ja mieszkam tu za rogiem od tylu lat i on mnie nie poznaje?!”.

Do Siófok też dotarł gyros. Ale ten absolutnie naj, naj, naj jest serwowany w knajpie przy porcie, która nazywa się – jakżeby inaczej – „Matroz”. Kosztuje 850 Ft (13 zł) i uwierzcie, że jest wart swojej ceny. Klimat, choć inny od kolońskiego, nie jest pozbawiony smaczków. Właściciel – Jordańczyk – wita swych stałych klientów znad fajki wodnej, a węgierska załoga się śmieje: Kati, on tu mieszka od 30 lat, a mówi po węgiersku gorzej od ciebie! Poprzednim właścicielem „Matroza” był Węgier, lokalny potentat, który lata temu przegrał tę knajpę w karty.

Do tego portu w Siófok trzeba zawinąć koniecznie!

Zgodnie z nazwą wpadają tu na szybką przekąskę zapracowani marynarze, otwartego do późnej nocy „Matroza” upodobali sobie bywalcy dyskotek, mieszkańcy Siófok podjeżdżają samochodami po większe zamówienia, a latem zawsze jest tu kolejka turystów.

Obok próbuje wyrosnąć konkurencja. Trochę bezskutecznie, bo tłumy kłębiące się wokół „Matroza” dają do myślenia nawet mniej zorientowanym przyjezdnym. Ta konkurencja miała knajpę przy głównej plaży, która zawsze świeciła pustkami i wyglądała na fantastyczną pralnię pieniędzy. Niewykluczone, że i tym razem wcale nie chodzi o to, żeby sprzedawać gyros.

Gniazdo piratów - ale raczej przyjdzie im zwijać żagle.