Monthly Archives: Czerwiec 2011

Nakarmić ptaka

Ptaków oczywiście nie trzeba karmić pod żadną szerokością geograficzną, doskonale sobie radzą bez nas. Ale w ludziach, nie mówiąc już o kobietach (ależ się narażam wszystkim feministkom) jest jakiś przymus karmienia. Bezwarunkowy.

Mój przymus wynikał z przeterminowania się wafli ryżowych. Oraz z tego, że kocham rozbestwione do granic możliwości siófockie łabądki, które spacerowiczów traktują jak kelnerów, gotowe na każdym kroku robić awanturę, że nie przyniosło im się zamawianych frykasów. Rachunków nie płacą.

Ale po kolei. Nad Balatonem są automaty do karmienia ptaków (sic!). Wrzuca się monetę (100 Ft czyli 1,50 zł – ponoć do automatów 100-forintowych pasują 1-złotówki – to z doniesień naszych Klientów, ja nie próbowałam), podstawia się rączkę i wysypuje się pełnowartościowa karma, którą uraczyć można balatońskie ptactwo. Chyba napiszę do dyrektora Łazienek, że powinien ustawić automaty z orzeszkami dla wiewiórek.

Wrzuć monetę! Nakarm ptaka!

Ja jednak postanowiłam truć miejscowe ptaszki przeterminowanymi polskimi waflami ryżowymi. Nic nie mam na usprawiedliwienie mojego niecnego występku, poza tym, że żal było wyrzucić i zawierzyłam Matce Naturze, że jak naprawdę wafle są do kitu, to łabądki nie tkną.

Polski produkt zawsze w czołówce!

Albo taka pychota, albo w życiu nie jadły podobnych wynalazków, ale była prawdziwa bitwa morska. Nie poczytuję sobie tego za chwałę – wolałabym, żeby odżywiały się tym, co łabędzie zwykły konsumować (roślinki, mięczaki, drobne zwierzątka). Ale te siófockie to już inna rasa. Mają tutaj taki McDonald, że głowa mała.

Nowa kuchnia polska. Chociaż nie wiem, czy nie chińska z racji tego ryżu...


Otwarcie sezonu z nową oponą

Warszawskie mieszkanie niemal sprzedane, teraz pozostaje modlitwa szczera, żeby szczęśliwi nabywcy dostali kredyt. Ale póki się sprawy nie rozstrzygną, zjechałam do Siófok. W samą porę, by otworzyć wakacyjny sezon. Znaczy on się sam z powodzeniem otworzył, ale czasem i ja się w tym przydaję. Jak choćby wczoraj – pomóc wymienić złotówki na forinty. Nie, no kantorów jest od groma. Takie dla turystów oferują 60 forintów za 1 zł, znam taki w centrum,  że było 63 forinty, a jak zagadałam, to stanęło na 65. Nie na darmo jesteśmy bratanki, tu też się tak pewne sprawy załatwia.

Nie samą pracą jednak człowiek żyje. Dziś byłam na zmianie opon i było to przeżycie. Bardziej dla zmieniającego niż dla mnie.

Dowiedziałam się zatem, gdzie jest  w Siófok godny zaufania wulkanizator. Rzeczywiście pełna profeska. Ale i tak łatwo ze mną nie miał. Podjeżdżam na polskich blachach, więc wita mnie nieśmiałe „hello”. Mowię grzecznie „dzień dobry” po węgiersku i zaczynam klarować, o co mi chodzi, znaczy, że chcę zmienić opony. „Ojej, mówisz po węgiersku!?!” – panowie chóralnie. Traf chce, że mam nie klasyczne zimówki, tylko opony całoroczne. Weź tu tłumacz Węgrowi taki wynalazek (nie wiem, czy typowo polski, ale tu słabo znany). Navigator – przeczytał ze znawstwem i na tym się skończyło, bo przecież kto wymówi Dębica?

To tłumaczę, że to całoroczne, w Polsce latem jest ponad 20 st. C, ale więcej to rzadkość, takie 37 st. C jak wczoraj było to raczej anomalia i ci panowie inżynierowie od całorocznych raczej inaczej obliczali parametry ich wiekopomnego dzieła. Zatem wolę zmienić na klasyczne letnie, jak już takowe mam.

Najpierw pan był absolutnie zachwycony, że polscy inżynierowie wynaleźli tak nieprawdopodobny produkt. Potem nie chciał uwierzyć, że latem temperatura może spadać poniżej 35 st. C. Ale w końcu udało mi się go przekonać, że nasze całoroczne, to tutaj zimówki, a moje letnie jakoś oblecą.

Balaton, który dostałam w prezencie, w Warszawie sfermentował i wybuchł.

A oto jak ten prawdziwy mnie przywitał.

Niech tysiąc osób mówi, że kicz - w Warszawie nie ma takich widoków.