Monthly Archives: Sierpień 2011

Dubaj pięknieje

Odwierty na ukończeniu, złoża spenetrowane, węgierska ropa tryska na chwałę ojczyzny, a wypadki libijskie niezamierzenie pomagają całemu przedsięwzięciu. W końcu historia sprzyja Węgrom!

Dlatego też Główny Plac (Fő tér) w Siófok przywracany jest do użytku mieszkańców i turystów. Siedziba główna HungarOil będzie zarazem galerią handlową. Niestety nie będzie kina, na co jego fani (w tym i niżej podpisana) bardzo liczyli. HungarOil stawia na twardy zysk, nie na kulturę, cóż poradzić. Turystom na pocieszenie idzie mi dopowiedzieć, że filmy na Węgrzech są dubbingowane, więc i tak nikt by nic nie zrozumiał. Chociaż taki Johnny Depp mówiący po węgiersku to mogłoby być niezapomniane przeżycie…

HungarOil w zasadzie na ukończeniu - zachwyca nowoczesnością.

Główny Plac w Siófok jest już otwarty dla spacerowiczów.

Ławki - jeszcze w większości zafoliowane - trafiają na swoje docelowe miejsca.

Jedni pracują, jedni się plażują... Samo życie!

Wieża ciśnień, jako się rzekło, przerabiana zostaje na szyb wiertniczy – najnowocześniejszy na świecie, w dodatku połączony z obrotową kawiarnią i punktem widokowym! Bardzo udanie jej stylowy kształt wpisany zostaje w nowoczesną formę niezbędnych urządzeń.

Co ja tam będę opowiadać – zdjęcia więcej powiedzą!

Przeszklone wejście budzi kontrowersje niczym piramida pod Luwrem, ale uwierzcie mi, że i w tym przypadku jest prześliczne!

Klomby, alejki, latarenki - jest naprawdę pięknie, jak na Dubaj przystało!

A praca wre i uwierzcie, że wrótce wszystko będzie gotowe!

W tym upale to - prawdę mówiąc - panom nie zazdroszczę, ale ropa jest ropa...

Széchenyi István tak się zasłużył Siófok i Balatonowi, że był pomysłodawcą i założycielem Żeglugi Balatońskiej.


Polska ryba po grecku na węgierskiej ziemi

Ryba po grecku jest rzecz jasna nieznana na Węgrzech, podobnie jak nie jest znana w Grecji i w tej kwestii świetnie dorównuje plackowi po węgiersku. Ale ja pozazdrościłam balatońskim wędkarzom połowów i też postanowiłam udać się po rybkę – niestety z braku czasu do sklepu. Rybę po grecku bardzo lubię, dobra też jest na takie upały, bo lekka i na zimno. Ja swoją wersję wzbogaciłam kleksem węgierskiej kwaśniej śmietany (20-procentowej, tu nie ma 18-tki), co nie jest oczywiście zabiegiem obowiązkowym, ale ja mogę jeść śmietanę łyżkami do wszystkiego, zwłaszcza taką prosto z lodówki.

Mój wspólnik orzekł, że danie to genialne i w ogóle dziw, że naród węgierski na coś takiego nie wpadł. Ciekawe, czy tu nie byłaby to ryba po portugalsku… W ogóle mój wspólnik jest wielkim admiratorem polskiej kuchni, zimą zajadał się fasolką po bretońsku i barszczem ukraińskim. Jeszcze mu śledzia po japońsku kiedyś muszę zaserwować…

Z tej zakręconej międzynarodowo kulinarnej konstelacji jedynie węgierska palinka ma udokumentowane pochodzenie.


Balatońskie wieczory

Nad Balatonem upał: w cieniu jest 38 st. C, Balaton ma 30 st. C, słońce daje na całego, ani jednej chmurki. I tak ma być cały czas, zapowiadają wyjątkowo upalny wrzesień. W dodatku noce są bardzo ciepłe, co w Polsce pod koniec wakacji jest niespotykane. Wczoraj o godz. 22 temperatura na naszym tarasie miłościwie spadła do 29 st. C…

W zasadzie dopiero pod wieczór życie ożywa, bo tak to się da siedzieć tylko w wodzie albo w cieniu. Nic dziwnego, że rozleniwieni słońcem turyści i mieszkańcy wylegają na nocne spacery. Albo na wieczorne połowy czy też rejsy. Więcej zdjęcia Wam powiedzą.

Jedni do portu wpływają...

...inni dopiero z niego wypłynęli.

Na kamiennym molo z trudem można przysiąść, tak jest rozgrzane.

Niektórzy już zawinęli do portu na nocne imprezy.

Takie żeglowanie o zachodzie słońca to naprawdę bajeczne przeżycie.

Nie mówiąc o tym, że na wodzie jest po prostu chłodniej.

Aura sprzyja też wędkarzom, na nocne połowy ściągają rzesze amatorów moczenia kija.


Niedaleko pada jabłko od jabłoni

Żal niekłamany, że nie mamy zespołu dla dzieci z prawdziwego zdarzenia. Coś tam pogrywa pomiędzy kapelą ludową a religijną i prawdę mówiąc nie nadaje się do słuchania. Ani dla dzieci, ani dla rodziców. O kiczu w stylu Majki Jeżowskiej miłościwie zmilczę.  Na Węgrzech jest zespół Alma czyli Jabłko. Majstersztyk.

Mimo ślicznej pogody na koncert Almy niezmiennie ściagają tłumy.

Najwierniejsze fanki jak zawsze pod samą sceną.

Bo to nie tylko fajne piosenki dla dzieci. Nie tylko mądre teksty z edukacyjnym przesłaniem (np. o rodzinie pojemników na śmieci, który każdy ma inny kolor i żywi się czym innym – mama plastikiem, tata papierem, dzieci szkłem i aluminium itd.). To jest całe show i to w dodatku tak zrobione, że nie nudzą się także dorośli. Cały czas coś się dzieje, trzeba śpiewać, tańczyć, wymachiwać rękami i odpowiadać na pytania frontmena. Buda Gábor ma talent niezwykły, bo potrafi złapać fantastyczny kontakt z dziećmi, które jak wiadomo są bardzo wymagającą publicznością, a jednocześnie umie inteligentnie puścić oko do rodziców, wplatając żarty niezrozumiałe dla najmłodszych. Że tata już będzie wiedział, gdzie wyrzucać flaszki po palince.

Takiej publiczności może pozazdrościć każdy zespół!

Ale kluczem do sukcesu jest tu bez wątpienia charyzmatyczny lider.

Byłam na koncercie Almy 2 lata temu, teraz miałam zajrzeć tylko na chwilę, ale zostałam do końca, bo tak dobrze się bawiłam. I uwierzcie, że nie trzeba do tego wcale znać języka. Gość jest tak ekspresyjny, a zespół robi takie muzyczne wygłupy (np. naśladując samolot, statek czy rekina), że każdy uśmieje się do łez. Jeśli kiedyś gdzieś na nich traficie, obejrzyjcie koniecznie!

Każdy ptaszek ma swój daszek.

Rączki w prawo, rączki w lewo - w dodatku wszystko trzeba robić w coraz szybszym tempie.


Chleba naszego powszedniego…

Dożynki to w sumie piękny dzień. Świętowanie plonów po całym roku ciężkiej harówki. Teraz mówią na to spotkanie integracyjne. Dziś, 20 sierpnia, jest na Węgrzech święto narodowe – dzień św. Stefana. To patron Węgier, a jego dzień to święto wina i chleba.

Na festiwalu jak zawsze tłumy.

Przekąsić można, jak widać.

A porządku pilnuje policja.

Z tej okazji wszędzie, w całym kraju są festyny i festiwale, a dziś wieczór będą spektakularne fajerwerki. W Siófok festiwal trwa od czwartku, dziś było poświęcenie chleba, który następnie rozczęstowywany był wśród mieszkańców i turystów. Bochny kroiły lokalne władze pod czujnym okiem madziarskich wojów i dziewoj.

Siófockie władze kroją bochny.

Węgierskie woje strzegą porządku nie gorzej niż policja.

Ciężko zapracowany chleb trafia w usta narodu.

Pan burmistrz we własnej osobie częstuje mieszkańców i turystów dożynkowym specjałem.

Kto się zapchał, przepchać się może przy studni...

Wino leje się strumieniami, naród węgierski udanie potrafi się bawić mimo kryzysu i przeciwności losu, a pogoda wymarzona: 37 st. C. Koncerty rzecz jasna gratis. Więcej zdjęcia Wam powiedzą.

Nad brzegiem Balatonu stanęła wioska odtwarzająca życie na dawnych ziemiach węgierskich.

Można było zajrzeć do wnętrza namiotu, w jakim kiedyś mieszkali bratankowie - w dachu jest dziura, przez którą uchodził dym z ogniska.

Wokół namiotów kłębiły się tłumy - mam namiary, dla Klientów HelkaTours możemy organizować wspólne pokazy!

Wojowie węgierscy robią pełne rekonstrukcje życia i bitew z dawnych czasów.

A dziś będą tu spać nad brzegiem Balatonu...


Służbowo, na statek!

To będzie wpis ze wszech miar sentymentalny, bo w sumie od tego statku zaczęła się moja przygoda z Węgrami. Ale Szent Miklós – bo tak się rzeczony okręt nazywa – nie tylko dlatego zasługuje na osobny komentarz. To największy i najnowocześniejszy statek, jaki pływa po Balatonie. Dwa pokłady pomieścić mogą w sumie 550 osób. W sezonie w ciągu dnia rejsowo pływa pomiędzy Siófok – Balatonfüred – Tihany, zaś wieczorami zamienia się w dyskotekę.

Duma Balatońskiej Żeglugi - Szent Miklós w całej okazałości widziany z Półwyspu Tihany.

Wypływamy z siófockiego portu dumnie powiewając węgierską flagą.

Przy wyjściu z portu warto stanąć na dziobie, bo stąd jest najlepszy widok na szerokie wody Balatonu.

Rejs na drugi brzeg – do Füred (Węgrzy sobie większość nazw nadbalatońskich miejscowości skracają, mówiąc tylko drugi człon z pominięciem wstępu „Balaton”) trwa z Siófok godzinę. Z Füred na Tihany statek płynie 20 minut. A potem wraca tą samą trasą. Z Siófok wypłynąć możemy o godz. 9.00, 12.20 lub 16.20. Wieczorami, w czwartki, piątki, soboty i niedziele na Szent Miklósu są dyskoteki. Statek wypływa z Siófok o 21.00, robi rundkę po Balatonie i wraca do tego samego portu o godz. 23.00.

Port w Balatonfüred u wielu osób zdobywa uznanie.

Balatonfüred mi się kompletnie nie podoba. Jest ślicznym, wylizanym Ciechocinkiem dla obleśnie bogatych nieurodziwych niemieckich kuracjuszek. Tu jest pięknie, nobliwie i „pod linijkę”. Nie idzie odkorkować wina na deptaku, bo nawet nie, że ktoś by zabronił, ale te pełne potępienia spojrzenia… Nie moja bajka.

W Füred jest naprawdę ładnie - niektórzy mają wręcz skojarzenia z Lazurowym Wybrzeżem.

Fontanny cieszą oko spacerowiczów.

Wypielęgnowane klomby też zdają się rosnąć na komendę.

Tihany jest super ze względu na widoki. Położone na skarpie opactwo benedyktynów otacza miasteczko mi osobiście przywodzące na myśl Kazimierz nad Wisłą – maleńkie domki, kręte uliczki, knajpeczki, sklepiki – trochę bajkowo, trochę krasnoludkowo. I zapierająca dech w piersiach panorama na Balaton.

Płynąc do Füred, podziwiać możemy opactwo na Tihany w całej okazałości.

Wracając na statek: na górnym pokładzie są wygodne ławki, stąd też jest najlepszy widok na Balaton. Tu można palić, bo pokład jest otwarty. Jest bufet, serwują w nim napoje, kawę, alkohol (także mocny) i przegryzki (chipsy itp.). Zjeść nic nie można, więc dla dzieci warto wziąć kanapki. Lub aviomarin. Z tym ostatnim trochę żartuję, trochę nie, bo sama cierpię na chorobę morską. Generalnie statek jest bardzo duży i dlatego raczej nim nie huśta. Ale na Balatonie 2-metrowe fale nie są jakimś ewenementem, więc proszę nie lekceważyć, że naprawdę wyruszamy w morski rejs.

Na obszernym pokładzie każdy z powodzeniem znajdzie miejsce siedzące.

Na Węgrzech żaden palacz nie poczuje się dyskryminowany, co nie znaczy, że Węgrzy nie zważają na dzieci czy osoby niepalące.

W bufecie serwują kawę, napoje i alkohol. Na herbatę raczej nie liczmy, bo to południe Europy nawykłe do innych zwyczajów.

Drugi bufet jest także na dolnym pokładzie. Jak jest dyskoteka, to DJ i „parkiet” są na górze, dlatego też do górnego bufetu jest niebotyczna kolejka, a w dolnym nie ma nikogo – wykorzystajcie tę wiedzę, jak tu traficie! Dolny bufet połączony jest z restauracją – jako się rzekło, na statku nie serwują jedzenia podczas rejsów, ale Szent Miklós często wynajmowany jest na różne imprezy – konferencje, spotkania integracyjne, wesela, bankiety. Ba, w 2007 r. jesienią odbył się na nim Szczyt Wyszehradzki! Na te specjalne okazje oczywiście zamawiany jest wykwintny catering.

Kolejny bufet wita nas na dolnym pokładzie - ceny i asortyment identyczne.

W tej sali bankietowej podejmowani byli prezydenci Polski, Węgier, Czech i Słowacji, uczestniczący w Szczycie Wyszehradzkim.

Szent Miklós (czyt. sent miklosz) znaczy Święty Mikołaj. Mi w prezencie przyniósł życie w Siófok. A co Wam przyniesie? Wyruszcie w rejs i przekonajcie się sami!

Nie żeby wyszło, że gówno Wam przyniesie, ale chciałam dodać, że na statku są też toalety...


Szklane domy

Galeria handlowa w centrum Siófok prawie na ukończeniu. Już widać, że jej nowoczesna bryła dobrze wtapia się w krajobraz miasta, które z wdziękiem przegląda się w jej szklanych taflach. Pozostają w sumie prace w środku – całość ma być oddana do użytku przed tegorocznymi świętami Bożego Narodzenia.

Bardzo jestem ciekawa, jaki będzie jej los, bo projekt wzbudza nieco kontrowersji. Na Węgrzech galerie handlowe nie okazały się jakimś przesadnym hitem. Wręcz w niektórych miejscach pozamykano istniejące obiekty. Do klapy przyczyniły się nie tyle ceny, co chyba mentalność Węgrów, którzy po prostu „nie kupili” tego sposobu spędzania wolnego czasu. Może dlatego, że mają lepszą pogodę. I lepsze wina.

Sió Pláza bardziej liczy na uzależnionych od zakupów turystów niż na znających lepsze rozrywki autochtonów.

Niestety nie udało się przed wakacjami uporządkować głównego placu miasta. W związku z jego przebudową Fő utca czyli Główna ulica puszczona została tunelem, a powstały nad nią dzięki temu teren przeznaczony ma być wyłącznie dla ruchu pieszego. W zarysie widać już jakieś zamysły klombów, ścieżek i latarenek. Z pewnością też zostanie przewidziane miejsce na tak liczne w Siófok festiwale.

Ogromny plac w sercu miasta ma być jego wizytówką. Pod nim powstał podziemny garaż.

Za to Fő utca już z obu krańców jest w zasadzie gotowa. Remont przeprowadzono z głową, dbając także o przyległości. Pomyślano tak o pieszych, jak i rowerzystach, wymieniono latarnie, sygnalizację świetlną, założono nowe klomby.

Na przebudowie centrum zyskała cała okolica, z tunelu zaś najbardziej cieszą się okoliczni mieszkańcy.

Dodatkową atrakcją odnowionego centrum Siófok będzie też pomnik. Na takie wyróżnienie zasłużył sobie Széchenyi István. Dość dużego formatu osobowość – żyjący w XIX w. polityk, przedsiębiorca, pisarz. Kto ciekaw, doczyta sobie w wikipedii (jest i notka po polsku), ja wspomnę tylko, że był inicjatorem budowy słynnego Mostu Łańcuchowego w Budapeszcie, propagował też ideę przekształcenia Dunaju w nowoczesny szlak wodny wiodący do Morza Czarnego. Jego wybitnych związków z Balatonem jakoś nie wytropiłam, ale autor pomnika chyba stawia na wodne akcenty w życiorysie rodaka, bo wszystko wskazuje na to, że monument ma stać w fontannie.

Ciekawe, kiedy tryśnie?

Pełną parą idą też prace przy renowacji siófockiej wieży ciśnień. Przeszklone wejście, szyb windy, szklane barierki nic nie ujmują jej z dawnej lekkości, a sprawiają, że elegancko koresponduje z rosnącą vis a vis galerią. Wieża w przyszłym roku obchodzić będzie swe 100-lecie, bo wybudowana została w 1912 r. Odmłodzona, pochwalić się będzie mogła już niebawem niezwykłym punktem widokowym z obrotową kawiarnią.

Najfajniej, że plac budowy w ogóle nie jest ogrodzony - w zasadzie każdy może spokojnie na niego wejść.