Monthly Archives: Wrzesień 2011

Jak przyłączyli Rumunię

Będzie trochę o literaturze, bo ja książki kocham pasjami. Wciąż niestety nie udało mi się żadnej przeczytać po węgiersku – zbieram się do tego powolutku, ale z góry wiem, że nie będzie to zadanie łatwe. Mam kilka bajek na swym koncie, ale pewnie nie zabrzmi to zbyt poważnie (choć bajki piekielnie trudno się czyta w obcym języku, bo na co dzień raczej sporadycznie ma się do czynienia choćby z tak banalnymi określeniami jak smok, fosa, rycerz, zaklęcie, że o czarodziejskich wywarach z gniazd jaskółczych nie wspomnę).

Jak na razie zatem czytam po polsku. I dawno mi się nie zdarzyło trafić na tak genialny tryptyk – bynajmniej nie mówię o książkach tworzących jedną serię, ale o tym, że trzy razy z rzędu, jedna po drugiej książka, jaką przeczytałam, była zachwycająca. Każda na swój sposób, ale też jakoś mi się uzupełniły, zlewając w harmonijną całość. To rzadki przypadek, ja mam raczej tak, że po książce naprawdę dobrej z dużą obawą sięgam po następną – niemal z przekonaniem, że musi mnie rozczarować. A tu takie zaskoczenie! I nim właśnie chciałabym się podzielić.

Pierwszy to Sándor Márai i jego „Dziennik”. Nie jest to jakieś świeżutkie wydanie, choć wciąż osiągalne w księgarniach (Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, 2008). Książka nie tylko obszerna (600 stron), ale i trudna w odbiorze – nie da się tego czytać w tramwaju. Wymaga skupienia, ciszy, ale gdy już wejdziemy w świat autora, jest on absolutnie fascynujący.

Pokrótce: Márai urodził się w Górnej Prowincji Węgier w mieście Kassa dokładnie w roku 1900. Przeżył obie wojny światowe, okrojenie Węgier, na skutek którego Kassa stała się Koszycami w obrębie Słowacji, a gnębiony przez władze radzieckie w 1948 r. wyruszył na długą tułaczkę po świecie. Mieszkał na przemian w Stanach Zjednoczonych i Włoszech, dożył 89 lat i w tym wieku popełnił precyzyjnie zaplanowane samobójstwo. Do ojczyzny nigdy nie dane mu było wrócić.

Jego dziennik to przejmująca wędrówka przez XX w. – jego okropieństwa, ale też wspaniałości. Zaś trafność oceny sytuacji i umiejętność przewidywania kolejnych zdarzeń naprawdę sprawiają, że przechodzą ciarki na plecach. Niezwykłe połączenie zapisu codzienności z traktatem filozoficznym, rozważaniami o kondycji natury ludzkiej, ale nie pozbawione przy tym oddechu i ironii.

Drugi to Mariusz Szczygieł i jego „Zrób sobie raj”. Książka właśnie się ukazała nakładem Wydawnictwa Czarne, choć, jak się doczytuję, jest to wydanie II. Bynajmniej nie traktuje o Węgrzech, tylko o Czechach. Ale równie dobitnie ukazuje, jak niewiele wiemy o swoich południowych sąsiadach. Pisana lekko i z humorem, reportażowym stylem diametralnie odbiega od poprzednika, ale tak samo skłania do refleksji nad istotą życia, ale chyba przede wszystkim – nad pochopnością naszych ocen w stosunku do innych.

Trzeci zaś to Kosztolányi Dezső i jego „Ptaszyna” – króciusieńka powieść (Wydawnictwo W.A.B., 2011) do łyknięcia tak naprawdę w jeden wieczór. Ale nie tylko dlatego, że to raptem 195 stron. Od niej po prostu nie można się oderwać. Autor żył na przełomie XIX i XX w., akcja książki rozgrywa się w roku 1899 w wymyślonym mieście Sárszeg, ale raczej nie można mieć wątpliwości, że za wzór posłużyła tu Kosztolányiemu rodzinna Szabadka (dziś Subotica, obecnie Serbia). Utrzymana w jeszcze zupełnie innym tonie, skrzy się dowcipem i trafnymi obserwacjami zwykłego codziennego życia. W opisach plastyczna do granic możliwości, a jeśli ktoś jest smakoszem węgierskiej kuchni, niech przed lekturą nagotuje sobie porządny gar gulaszu…

Długo by się rozpisywać, co te książki tak naprawdę łączy. Łączy je wiele, ale według mnie nade wszystko takie filuterne spojrzenie na świat – przy całych okropieństwach życia na południe od naszych granic nikt nie ma zamiaru podawać się za cierpiącego za miliony. Za puentę zaś niech posłuży cytat z Máraiego:

>>Jak po pierwszej wojnie światowej prosty Sekler powiedział angielskiemu dziennikarzowi: „My Seklerzy zawsze wiedzieliśmy, że zwyciężymy. Ale nie wierzyliśmy w to, że tak bardzo zwyciężymy, że aż przyłączą do nas całą Rumunię”<<

(tłum. Teresa Worowska, przyp. mój: Seklerzy – grupa etniczna zamieszkująca wschodnia część Siedmiogrodu)


Dom Wschodzącego Słońca

Nie będę udawać, że chodzę spać z kurami, choćby nawet miałyby to być kury węgierskie. Tym samym żaden kogut nie ma szans mnie obudzić. Dlatego też udało mi się obejrzeć tysiące zachodów słońca nad Balatonem, ale świtów jak na lekarstwo. Niniejszym nadrabiam zaległości. Bardziej do oglądania niż do czytania, bo co tu pisać, jak przecież widać, że pięknie jest!

Rowery wodne jeszcze pogrążone w głębokim śnie...

...ale słońce już zalewa purpurą nadbrzeże.

Ogród Różany - chluba siófockiego nadbrzeża - pachnie o tej godzinie oszałamiająco.

Cały Balaton powoli budzi się do życia...

...w pierwsze rejsy wypływają rybackie kutry...

...na dobry połów liczą też wędkarze.

A od zmieniającej się gry świateł wprost nie można oderwać wzroku. Bajka!


Tam, gdzie trwają wakacje

Jak sobie przypomnę początek września w Polsce, to wszystko na każdym kroku uświadamia, że oto definitywnie skończyły się wakacje. Wybuchła wojna, a takie rocznice nie nastrajają wesoło, zresztą w pracy nikomu do śmiechu, bo w perspektywie rok harówy do kolejnego urlopu. Każdy spłukany, wszystko drożeje. Wrześniowe podwyżki oczywiście mają na celu wprowadzenie w czyn hasła „Październik miesiącem oszczędzania”. W połowie września, właściwie w drugiej połowie września, dokładnie 17 września znów wybuchła wojna. Poza tym trwa kampania wrześniowa do kolejnych wyborów, bo jesienią ciągle trzeba kogoś wybierać. Jeśli ktoś ma jeszcze opaleniznę, to nie da się nią pochwalić bez nabawienia się zapalenia płuc. Zapalenie płuc pozwala w pełni pochwalić się opalenizną w gabinecie lekarskim.

Nad Balatonem można pojąć w lot, dlaczego we wrześniu jest kalendarzowe i astronomiczne lato.

W Siófok nadal jest sporo turystów. I jeszcze długo tak będzie, bo pogoda wciąż jest super (27 – 29 st. C), a nie ma już takich piekielnych upałów. Wymarzony czas na zwiedzanie, rowerowe wycieczki, żeglowanie i łowienie ryb (nad Balatonem właśnie rozpoczyna się najlepsza pora na wędkowanie). Korzystają też ci, którzy wolą pływać niż moczyć się w „zupie” o temperaturze 30 st. C, bo Balaton ma 24 st. C i świetnie nadaje się do spalania kolejnej porcji węgierskich przysmaków.

Pogoda na żagle idealna.

Aura sprzyja zwiedzaniu i wycieczkom.

Powody do zadowolenia mają również wędkarze.

Słońce nadal opala, co u nas jest nie do pomyślenia, a opalenizną można się pochwalić, spacerując wieczorami w negliżu po deptakach. Kto nie chce pokazywać jej lekarzom, powinien jednak używać kremów z filtrem, bo o poparzenia wciąż łatwo.

Po plażowaniu dobrze wybrać się na spacer do Ogrodu Różanego.

Wszystko tanieje. Nie tylko noclegi, bo teraz można tu spędzić urlop dosłownie za połowę ceny. Wstęp na główną plażę jest bezpłatny. Wszystkie butiki z gadżetami, pamiątkami, ciuchami przeprowadzają ostrą wyprzedaż. Obniżkami kuszą knajpy i wycieczkowe statki.

Wszędzie ceny spadają o połowę...

...albo nawet o 65 procent.

Wszystkie uroki lata wciąż są na wyciągnięcie ręki.

Nie ma wyborów, za to trwa winobranie.

I z oczywistych powodów nikt nie mówi o wojnie.

Jeśli Balaton tonie w ogniach, to tylko namiętności.