Monthly Archives: Październik 2011

Zapiekanka z zielononóżki

Wstęp będzie przydługi i na wstępie proszę mi to wybaczyć. Ale na całość złożyło się parę spraw i każdą z osobna muszę wyjaśnić, bo tak to nic nie będzie zrozumiałe.

Bardzo lubię gotować. Bardzo lubię książki. Literatura kulinarna jest w centrum moich zainteresowań, choć niestety nie zawsze – spełnieniem marzeń. Książki, w których się je, są fanscynujące, ale smakowicie opisać konsumpcję nie każdy umie. Wyśmienite są filmy, w których posiłki są pełnoprawnymi bohaterami, a w tym przodują Francuzi. Nie ma w zasadzie francuskiego filmu, w którym by się nie jadło. To nie do pomyślenia, niemal jestem gotowa ogłosić konkurs sms-owy: „Wymień tytuł francuskiego filmu, w którym bohater/bohaterka nie bierze nic do buzi”. Że już o „Wielkim żarciu” nie wspomnę. A książki kucharskie po prostu kolekcjonuję.

Nie napiszę, że to jest węgierski Robert Makłowicz, bo Bereznay Tamás nie jeździ citroenami.

Urodziłam się latem – ja wiem, że to na razie brzmi bez sensu, ale zaraz się wyjaśni – w wakacje, które jako dorosła dziewczynka spędzam z reguły z daleka od domu. Mam zatem z mamą niepisaną umowę, że sama sobie kupuję prezent, który mama refunduje. W tym roku kupiłam sobie książkę kucharską. Pan Bereznay Tamás jest chyba dość uzdolniony, a na pewno znany. W najpopularniejszym tygodniku dla pań, który nosi tytuł „Nők Lapja” ma swoją stała rubrykę. To taki odpowiednik naszej „Kobiety i Życie”, z tym że dobrze przetrwał zmiany ustrojowe i nadal reprezentuje wysoki poziom. Prezetowane tu przez Tomasza pomysły na dania są nowoczesne, ale nie wydumane. Gdy więc zobaczyłam jego książkę „Dzisiejsza kuchnia węgierska”, sięgnęłam po nią bez wahania.

Dosłownie: "Pismo pań". Robione z głową od lat, udanie przeczy stereotypom, że czytelnicy nie chcą tekstu, tylko obrazki.

Tomasz propaguje kuchnię nowoczesną, fajnie podaną, ale przy tym jadalną, co dziś należy do rzadkości.

Jest taki film „Julie i Julia” – ja wiem, że to znowu brzmi bez sensu – o pewnej dziewczynie, która postanowiła przez rok zrealizować wszystkie przepisy z książki kucharskiej niezwykłej Amerykanki mieszkającej swego czasu we Francji, a granej przez genialną Meryl Streep. Jak kupiłam tę książkę Tomasza, to przemknął mi przez głowę podobny pomysł. Ale się hamuję, bo aktualnie nie mam narzeczonego, który by to wszystko zjadał.

To w ogóle nie jest żadne wyzwanie, bo ta książka zawiera tylko 89 przepisów.

Ale ziemniaki na wszelki wypadek ugotowałam.

HelkaTours miała gości, którym udało się załatwić nocleg w pół dnia – wiem, wiem, to się w ten sens zaraz ułoży – a oni mają pensjonat agroturystyczny i w podzięce dostaliśmy 20 jajek od zielononóżek. Podzieliłam się prezentem z moim węgierskim wspólnikiem, dzielnie mu tłumacząc, co to takiego zielononóżka, a następnie zaczęłam rozmyślać, co też dobrego mogę z tych jajek przyrządzić. Stanęło na rakott krumpli, czyli węgierskiej zapiekance ziemniaczanej. I tak przystąpiłam do testowania Tomasza i jego przepisów.

Podczas gdy gotowały się jajka zielononóżek...

...ja cierpliwie obierałam ziemniaki

Wedle Tomasza:

1,5 kg ziemniaków

10 jajek

0,6 l śmietany

0,5 kg wiejskiej kiełbasy

Banał, prawda? Nie do końca. Tomasz uważa, że powodzenie tego dania zależy od jakości kiełbasy i na nią nie należy żałować pieniędzy. Tu się zgadzam. A co do reszty… Jak wspomniałam, uwielbiam czytać książki kucharskie. A potem robię po swojemu. Przepis to ma być inspiracja, a nie biblia. Opiszę precyzyjnie moje mierzenie się z kuchnią węgierską, bo może zachęci to Was do dalszych eksperymentów. Żeby była jasność: rakott krumpli robiłam raz w Warszawie (zniknęło, nawet nie wiem kiedy) i raz w Siófok (nie było kanoniczne, bo dodałam do niego cebulę i strąk papryki, co dopuszczała inna książka, ale mimo to zniknęło, nie wiem kiedy).

Mało feministycznie, ale to tu jest klucz do sukcesu.

A zatem:

– obrane ziemniaki ugotować w osolonej wodzie – ja ziemniaków nie obieram i gotuję je na parze, w mundurkach, nieosolone (wzięłam jakieś 1,2 kg i tak mi 2 ziemniaki zostały), potem obrałam i w plasterki;

Tak wygląda węgierski ziemniak gotowy na poniewierkę.

– jajka ugotować na twardo (zużyłam 8 sztuk, ale te zielononóżkowe są dość drobne) i pokroić w talarki;

Moim skromnym zdaniem każda zielononóżka chciałaby tak skończyć.

– kiełbasę sparzyć, by łatwiej zeszła skórka (zeszła bez problemu, bez oblewania jej wrzątkiem, może moja kiełbasa nie była odpowiedniej jakości?!) – prawdę mówiąc, u mnie kiełbasy było 20 dkg, ale to przecież rzecz gustu, pokroić w talarki, lekko podsmażyć. Taką paprykową wędlinę w Polsce trudno dostać, ale też nie ma sensu wydawać na nią majątek, jeśli nawet gdzieś się dorwie. Ja w Polsce kupowałam toruńską, podsmażałam obficie posypując słodką papryką w proszku i efekt był zbliżony – tylko króciusieńko, bo sproszkowana papryka szybko gorzknieje w wysokich temperaturach, najlepiej na czas procesu przyprawiania zdjąć patelnię z ognia;

Tu w ogóle powinno być: no comments!

Ale sadystycznie pokroiłam...

...a potem podsmażyłam.

– w brytfannie układać ziemniaki, jajka, posolić, kiełbasę, polać tłuszczem, śmietanę, znów jajka, pozostałe ziemniaki (to nie pomyłka w tym zaburzonym układzie, tako rzecze Tomasz), posolić, na koniec polać resztą śmietany i do piekarnika (180 st. C na 40 minut) – mi ta końcówka najmniej się zgadza, a o tym wszystkim szerzej poniżej.

A zatem ziemniaki...

...potem jajka...

...i kiełbasa...

...a całość polewamy śmietaną.

Żaroodporne naczynie wysmarowałam olejem, ułożyłam ziemniaki, posoliłam, bo przecież były niesłone, bo gotowałam je na parze. Popieprzyłam. Ja uwielbiam pieprz i bez niego sobie tej potrawy nie wyobrażam, choć Tomasz nie zająknął się o ani jednym ziarenku. Ułożyłam jajka. Posoliłam i popieprzyłam (czy już wspominałam, że uwielbiam pieprzyć?). Następnie poukładałam talarki kiełbasy i obficie polałam całość śmietaną. Na mój gust mogłaby w to wejść podsmażona cebulka, choć zostałam dokształcona, że w wersji ortodoksyjnej absolutnie nie. Nie powstrzymałam się jednak od zejścia na złą drogę. Sypnęłam szczyptę lubczyku i majeranku oraz vegety, do której przekonałam się dopiero na Węgrzech – stosowana w laboratoryjnych dawkach potrafi udanie „podbić” smak dania. A warstwę śmietany posypałam tartym żółtym serem. Od żółtego sera jestem uzależniona, w zasadzie tylko wódki nie umiem pić z żółtym serem. Potem znów były ziemniaki, jajka, kiełbasa – ostatnią warstwę polałam tłuszczem wytopionym z kiełbasy – śmietana, ser i tak skończyłam.

Śmietana ma tutaj 20% - to odpowiednik naszej 18-tki, takie wesołe węgierskie rozpasanie.

Całość dobrze jest polać paprykowym tłuszczem...

...a na wierzchu znów przykryć śmietaną. Jeśli ktoś lubi - to także tartym żółtym serem.

Taka zapiekanka to nihil novi. Można ją ulepszać, modyfikować po swojemu. Łatwo ją zrobić w wersji wegetariańskiej. Nawet z makaronem, według mnie, jeśli ktoś nie lubi ziemniaków. Istotą są jajka obficie podlewane śmietaną, jakkolwiek erotycznie to zabrzmi. Ale czyż jedzenie nie jest na wskroś erotyczne? Eksperymentujcie i róbcie po swojemu!

En face wygląda tak.

A tak wygląda z profilu.


Mimozami jesień się zaczyna

Jak dla mnie jesień w Siófok zaczyna się sadzeniem bratków w Jókai parku. Wykopują co delikatniejsze roślinki i w to miejsce sadzą bratki. Ja myślę, że to wszystko mówi o tutejszych zimach. Chyba że jest jakaś nieznana mi syberyjska odmiana bratków.

Liście trochę zaczynają się żółcić i złocić, częściej pada, robi się mgliście i nastrojowo. Ale wciąż ciepło, przynajmniej jak na polskie standardy. Dziś specjalnie dla Was jesienny komiks znad Balatonu.

Burza zieleni za oknem zdaje się nieuchronnie przemijać.

Pociągi leniwie zmierzają do celu...

...na podwórku coraz więcej liści...

...a senna aura udziela się nawet cherubinkom.

Jest dość mgliście...

...choć wciąż dość ciepło...

...a Lwy kochają, jak jest ciepło!

Siófockie ogrody z daleka...

...i z bliska.

I niemal gotowa wieża ciśnień.

 


Niezłe jaja!

Węgrzy uwielbiają festiwale, zaś Siófok to nie tylko stolica Balatonu, ale i stolica festiwali. Tu niemal co weekend coś się dzieje i żadne tam zamknięcie sezonu, tylko się bawimy do upadłego – chyba dlatego tak dobrze mi się tu mieszka.

Centrum Siófok wypełniło się festiwalowymi gośćmi.

W każdy drugi piątek października obchodzony jest Światowy Dzień Jaja – szczerze, ja pierwszy raz o takowym usłyszałam dopiero w Siófok. A szkoda, bo idea tego święta bardzo do mnie przemawia, o wiele silniej niż Dzień Chłopaka. Wręcz wyznam bezwstydnie, że jestem entuzjastką jajek.

Jajka były wszechobecne, także w postaci balonów.

Węgrzy, by jajka uczcić należycie, organizują w Siófok Festiwal Jajek. Impreza trwała od piątku do niedzieli (14 – 16 października 2011) i w tym roku była o tyle wyjątkowa, że inaugurowała właśnie oddane do użytku zmodernizowane centrum miasta. Festiwalowe budki zajęły bardzo dużo miejsca – chyba jeszcze nigdy nie widziałam tu tak rozległego festiwalu – ale też było upiornie drogo (hot-dog 500 Ft czyli 7,50 zł). Więcej niestety oglądających niż kupujących. Jak się dowiedziałam za miejsce wystawiennicze za trzy dni trzeba było zapłacić 80.000 Ft (1230 zł). Cóż, żeby taka kwota się zwróciła, dobrze się trzeba było nagimnastykować…

Szczęście imprezie najwyraźniej miał przynosić kominiarz.

Dobra sprzedawane na festiwalu, prócz wszechobecnych jajek – absolutnie fantastyczne! Ja oczywiście pasjami uwielbiam wszelkie gadżety nawiązujące do jedynych prawdziwych Węgier, ale dużo było po prostu pomysłowych, fajnych, z fantazją wymyślonych rzeczy.

A zatem tacka w jedynym słusznym rozmiarze.

Jajka artystyczne...

...oraz jajka jadalne.

Porządne węgierskie miotły...

...możliwość zrobienia w jajo dziecka...

...niepowtarzalna okazja do kupna huńskiej czapki...

...lub też torebki Hungarotonu.

Wieczorami były koncerty, oczywiście za darmo. W piątek Charlie, w sobotę Bikini – nie robiłam zdjęć, bo po ciemku to słabo wychodzi, a tak naprawdę to zrobiło się dość chłodno, zaś moje metody walczenia z temperaturą powietrza nie sprzyjają dobrej fotografii. Zainteresowanym polecam zajrzenie na youtube. A od siebie jeszcze tylko dodam, że nie są to zespoły najmłodsze, ale z zacną historią i na żywo brzmią o wiele lepiej niż na płytach.

Co tam koncerty, te zdjęcia zrekompensują Wam wszystko!

Biografia Horthy Istvána, syna Miklósa i studium o Cyganach.

Skarpetki prawdziwego patrioty.

I według mnie niekwestionowany hit, koszulka z napisem: Jestem starszy niż Słowacja.

Ale było i co wypić...

...a także - co zjeść.

Nie zabrakło prawdziwie węgierskich produktów...

...a dla zmarzniętych - również grzanego wina.

Absolutnym clou programu było niedzielne bicie rekordu Guinnessa w przygotowaniu dania z największej liczby jaj. Rekord był tym bardziej szczególny, że było to ulubione danie Franciszka Liszta, którego rok jest obecnie na Węgrzech obchodzony, bo 22 października przypada 200. rocznica urodzin sławnego kompozytora. Daniem był gulasz z jajek (cebula, papryka i pomidory podsmażone na smalczyku, do tego jajka na twardo i na koniec kulki mięsne). Do przygotowania tego specjału zużyto 8.450 jajek. Po 80 kg papryki, cebuli i pomidorów. Kucharze byli ubrani na czarno (pod białymi fartuchami) w hołdzie dla Liszta, który bardzo chciał zostać księdzem i ponoć się tak nosił przez większość życia. Smaczne, chociaż jak mam być szczera, to na kolana nie rzuca. Ale Liszt się ponoć kochał w jakiejś niezbyt urodziwej pani, słowem bezguście, kulinarne także.

Jajcarski rekord Guinnessa ku czci Liszta.

Bicie rekordu zaczęło się o godz. 10, a choć większość składników była wcześniej przygotowana, to ich łączenie trwało do godz. 12. W międzyczasie publiczność była zabawiana różnymi anegdotami i opowieściami, z których cytuję najsmaczniejsze: – Odwieczny dylemat, co było pierwsze: jajko czy kura? Oczywiście kogut!

Mimo wstępnych przygotowań sporo było krzątaniny nad jajecznym gulaszem.

Kucharze dbali, by należycie doprawić danie.

Publiczność zaś pilnie śledziła ich poczynania.

A, i jeszcze gościem honorowym był Fin, który ma knajpę na Węgrzech – jak prowadzący parodiowali język fiński, tego nie oddam, coś jak: kulla lulla lakollul ajo falakullol. Kapitalne, bo przecież oni są z tej samej grupy językowej, tyle że ani słowa nie rozumieją (tak Węgrzy po fińsku, jak i Finowie po węgiersku). Ja mawiają Węgrzy: jak ich plemiona przyszły do Europy zza Uralu, tak mądrzy poszli na południe, a głupi na północ.

Fin z małżonką mają restaurację Akáctanya w Újlengyel, co tłumaczyć można jako Nową Polskę, nomen omen.

Na zakończenie zaś hasło, które przemówiło do mnie na wskroś, w zasadzie powinno być sztandarowym hasłem Festiwalu Jajek, jego kwintesencją i esencją z racji swej głęboko zawartej i jakże prostej prawdy. Ja mogłabym w ogóle nic więcej o tym festiwalu nie napisać, jak tylko, że: „W domu zawsze powinny być dwa jajka”.

Jajeczny gulasz Franciszka niemal gotowy.

Pora zatem na przemówienie pana burmistrza.

A potem jajeczne balony mogą frunąć do nieba.

Zaś obywatele spokojnie mogą się oddać konsumpcji.

I ja nie omieszkałam, rzecz jasna.


Diabelsko zacny demon

No wiem, znów zanudzam literaturą. Ale co ja poradzę, że kocham książki. I pociągi. W Siófok na szczęście mieszkam koło stacji i te śmigające składy mam na co dzień, przez okno.

Do rzeczy: „Demon ruchu i inne opowiadania”, autorstwa Stefana Grabińskiego (wyd. Zysk i S-ka, 2011) to pozycja fantastyczna, a dla każdego miłośnika kolei – obowiązkowa! Ja nie specjalnie lubię horrory, to się pewnie bierze z tego, że moja babcia zawsze powtarza, że należy się bać ludzi, nie duchów i jest w tym głęboka prawda. Ale ta książka wyjątkowo do mnie przemawia. Jest w niej jakiś na wskroś ludzki element, żeby nie powiedzieć, że ludzkie te wszystkie zjawy są.

Książka jest bardzo ładnie wydana, co może w dzisiejszych czasach nie dziwi, ale mnie wciąż zachwyca.

Krytycy literaccy się pastwią, że Grabiński to jakaś Mniszkówna w męskim wydaniu. Może, ja tego tak nie czuję. Niechby większość współczesnych autorów tak operowała językiem ojczystym – nie miałabym nic przeciwko.

A jak to się ma do Węgier? Tak jedynie, że o książce wspomniał w swym felietonie Krzysztof Varga:

http://wyborcza.pl/1,99494,10424120,Powrot_Grabinskiego__czyli_duchy_polskie.html

a jego imiennik, a mój przyjaciel – poznany w pociągu – zrobił mi prezent przysyłając tę lekturę do Siófok.


Gołąbek pokoju

„Na rynku w Krakowie lał konik” – taki to cytat z kultowej audycji „Nie tylko dla orłów” (nomen omen – co się zaraz wyjaśni) przychodzi mi do głowy na myśl o najnowszym obelisku, jaki wyrósł w Siófok.

Obelisk poświęcony jest bohaterom walczącym za ojczyznę podczas I wojny światowej, a na jego szczycie przycupnął turul. O turulu można sobie szerzej poczytać na stronach HelkaTours: http://helkatours.hu/magazine/10

Ja tylko pokrótce wspomnę, że to mityczny węgierski ptak, który nigdy nie istniał, ale jest symbolem narodowych zrywów.

O ile jednak zazwyczaj turul próbuje się prezentować w miarę dumnie, chociażby niby groźnie rozpościerając skrzydła, to ten siófocki ewidentnie przyleciał tu na urlop. Piórka po sobie, cherlawą pierś skwapliwie wytęża do słońca, a znużonym wzrokiem zda się raczej szukać jakiejś przyjemnej knajpy.

Urokom kurortu żaden ptak się nie oprze.

Wedle typologii turyli przedstawionej przez Krzysztofa Vargę w jego książce „Gulasz z turula”, w odróżnieniu od turula bojowego i turula przejściowego (który nie wiadomo, czy ląduje, czy odlatuje), ten nowy w Siófok jest turulem wstydliwym („siedzący skromnie jak kura na grzędzie, z nieśmiało zwiniętymi skrzydłami i zamkniętym dziobem”).

Przyznać też muszę, że Krzysztof Varga ma rację nie tylko w kwestiach ornitologicznych, ale i historycznych: „O ile cały kraj obsypany jest pomnikami i tablicami na cześć bohaterów pierwszej wojny światowej, o tyle następna światowa tragedia nie doczekała się tak licznych bohaterów. Pierwsza wojna światowa była czystą, uczciwą masakrą. Węgierskie męczeństwo za Franza Jozefa i monarchię cesarsko-królewską zaprocentowało układem w Trianon, który do dziś jest największą madziarską traumą, więc zasługuje na armię pomników. Pomniki pierwszej wojny są uhonorowaniem najbardziej brzemiennej w mentalne skutki przegranej. Zazwyczaj są to płaskorzeźby w stylu grottgerowskim: grupa honwedów, z których jeden trzyma sztandar, drugi trąbi, trzeci pada, czwarty już leży, piąty podkręca wąsa, szósty wznosi wzrok ku niebu, a dopiero siódmy usiłuje strzelać.”

W Siófok honwed jest jeden. I raczej wypatruje lasek.

Ustawione wokół pomnika ławeczki przyciągają młodzież. I tak obelisk może stać się symbolem miłości.


Szklana pogoda

Wszyscy się pytają, jaka jest pogoda w październiku nad Balatonem. Jakby się Węgier spytał, jaka jest pogoda w lipcu w Polsce, to bym powiedziała, że raczej słonecznie, ok. 27 st. C. Jakby przyjechał latem w tym roku, to by mnie wziął za niepoczytalną. Słowem – gwarancji nie ma, ale to, co widać na załączonych poniżej zdjęciach, to norma, a nie anomalia. Słowem 27 st. C, Balaton 21 st. C. Przyjeżdżajcie, bo to fantastyczne południe, raj, tak blisko!

Można się opalać i opalanie wygląda tak...

Można się posilać i posilanie się wygląda tak...

Można się kąpać i po kąpieli wygląda się tak...