Monthly Archives: Grudzień 2011

Polska Wigilia nad Wielką Wodą

Muszę przyznać, że w Warszawie przestawałam lubić święta. Zapchane galerie handlowe, kolejki w Tesco, korki na ulicach, ludzie z obłędem w oczach kompletnie odarci ze świątecznej atmosfery. Do tego służbowe „śledziki”, kakofonia kolęd i zatrzęsienie fałszywych Mikołajów. I to tak co najmniej od początków listopada. Jak już się siadło w końcu za tym wigilijnym stołem, to w zasadzie człowiek marzył tylko o tym, żeby się to wszystko wreszcie skończyło.

W Siófok z powrotem odnalazłam sens świąt. To jest moja druga Wigilia nad Balatonem, ponownie samotna. Ja wiem, że wiele osób mi współczuje, ale dlatego też postaram się opowiedzieć, co takiego fascynującego jest w tym świętowaniu na węgierskiej obczyźnie.

Kartki od najbliższych - takie prawdziwe - to chyba najładniejszy prezent w dzisiejszych elektronicznych czasach.

Węgrzy obchodzą Boże Narodzenie. Jest choinka, prezenty, które tutaj przynosi Jezusek, a nie św. Mikołaj. Jest Wigilia, choć nie wszyscy wówczas poszczą. W niektórych domach je się zupę rybną, w niektórych sandacza, a w innych indyka. Także Węgrzy też muszą zrobić zakupy. A jednak wygląda to tak normalnie – nie ma tego biegu i polskiego „zastaw się, a postaw się!”. Owszem, jest kryzys, ale nie sądzę, żeby to z tego wynikało.

Do Tesco pojechałam zawczasu, żeby nie stać potem w znanych mi z Warszawy kolejkach. Ale i tak w przeddzień Wigilii okazało się, że czegoś tam zapomniałam, coś się skończyło i muszę jechać jeszcze raz. Westchnęłam ciężko i pojechałam. No byli ludzie, kupowali (i wcale im się nie wysypywało z koszyków – cóż za niespodzianka!), a przede mną do kasy były 2 osoby. Pani kasjerka nie padała na twarz, tylko z uśmiechem życzyła „wesołych świąt”, każdy z każdym gadał i się czuło, że ludzie naprawdę szczerze sobie wymieniają te serdeczności. Pod Tesco sprzedawali choinki, a obok na kupkę odkładali odcięte gałązki, które można było sobie wziąć za darmo, z czego z radością skorzystałam, komponując sobie bożonarodzeniowe drzewko.

Za choinkę robi mi w Siófok fikus - uważam, że bardzo trafiony pomysł na południu Europy.

W Wigilię do południa poszłam pospacerować nad Balaton. Poziom wody jest rzeczywiście bardzo niski. Pierwszy raz udało mi się obejść zakończenie siófockiego molo po zewnętrznej stronie barierki! I tak stojąc tuż nad tą Wielką Wodą miałam niepowtarzalną okazję do pomyślenia o wszystkich moich bliskich, do podsumowania roku, jakiejś refleksji nad życiem. Wiem, że to strasznie patetycznie brzmi, ale w tej ciszy i spokoju można odnaleźć istotę i magię świąt.

Balaton odkrył umocnienia molo, więc można przejść po zewnętrznej bandzie. Mało rozsądne, ale kręcące!

W takich warunkach naprawdę można poczuć, co jest ważne na tym świecie... Oczywiście miłość!

Ten pomnik nazywa się "Balatoński wiatr". Pakują go na zimę w kondom, ale balatoński wiatr za nic ma takie zabezpieczenia.

Zdążyłam się wyszykować, uprasować biały obrus i zacząć wigilijne przygotowania, gdy oto dzwonek do drzwi. Sąsiedzi z życzeniami i talerzem węgierskich wypieków domowej roboty. Prawdziwie mnie wzruszyli. Weszli, usiedliśmy przy kieliszku winka. Ciasta nie chcieli, bo to oczywiście dla mnie (Petiego mama piekła), ale mogłam się zrewanżować częstując ich domowymi pogaczami (to słone ciastka będące na Węgrzech tradycyjną zagryzką do wina). Te zaś dostałam od swojego wspólnika jako załącznik do gwiazdkowego prezentu, a robiła je mama Maciego – jego przyjaciela. Ach, te węgierskie mamy!

Rolada makowa i orzechowa, makowe i miodowo-orzechowe przekładańce, pierniczki i ciasteczka.

Węgierskie pogacze pod polską choinką.

Pogadaliśmy o polskich i węgierskich tradycjach świątecznych, złożyliśmy sobie życzenia i gdy pożegnałam mych gości, zaczęłam szykować wigilijną kolację. Ja tam się trzymam tradycji, nie jestem katoliczką, ale jestem Polką. Zrobiłam sobie śledzie (polskie, w oleju, kupione w siófockim Tesco – ach ta cudna globalizacja!), więc wystarczyło posiekać cebulkę i polskie smaki gwarantowane. Bols (oczywiscie też polski) już zmrożony. I ugotowałam sobie barszczyk z torebki (ten już przywieziony onegdaj z Polski). Także wypas. Wśród otrzymanych ciast jest coś na kształt naszego makowca, więc prawie jak w domu. Kompotu z suszu mi tylko brakuje – śliwki i figi kupić można, ale zgapiłam się, żeby ususzyć jabłka i gruszki.  Zaś na Boże Narodzenie  mam polską kiełbasę żywiecką, którą można tu kupić w Lidlu (ta globalizacja naprawdę potrafi się przydać!).

Tak zastawionego wigilijnego stołu każdemu życzę - nie tylko na obczyźnie!

Za uszka robiły mezzelune, bo jako jedyne były z grzybami - w odróżnieniu od tortelli ze szpinakiem i ravioli z serem, wybitnie pasujących do barszczyku.

Naprawdę wyglądały apetycznie, wręcz z ziemi włoskiej do Polski...

Śmiałam się sama z siebie, ale trzeba umieć sobie radzić, czyż nie?

Efekt końcowy był lepszy niż się spodziewałam. A może tylko w tym rzecz, że swoje już zdążyłam wypić?

W tym roku byłam chyba wyjątkowo grzeczna, bo z prezentami było naprawdę na bogato. Dostałam kieliszki do wina (to od mojego wspólnika, który zna moje zamiłowanie do trunków i filozoficznie stwierdził: „tego nigdy dość, bo zawsze się jakiś stłucze”). Dostałam genialny podręcznik do nauki węgierskiego „Gyakorló magyar nyelvtan/A practical Hungarian grammar” (to kupione w imieniu mamy i babci). Sama sobie sprezentowałam rondel Tefala, bo przecież uwielbiam gotować. A od Árpiego – ach, brak mi słów – dostałam kolejkę elektryczną!!!

Pod choinką kryzysu nie widać - tu jeszcze prezenty przed "rozpakowaniem"...

...a tu już się do wszystkich dobrałam.

Bo ja jestem taka techniczna dziewczynka. Jak byłam dzieckiem, to wszyscy wiedzieli, że żadne tam lalki, tylko samochody, koparki itd. Wszelkie mechaniczne zabawki oczywiście w mig rozkręcałam, żeby zobaczyć, jak działają. A moją ulubioną była właśnie kolejka jeżdżąca w kółko, żelazna, radziecka, nakręcana na kluczyk. Była na tyle „niegniotsa-niełamiotsa”, że nigdy nie zdołałam jej rozebrać na czynniki pierwsze. Kiedyś opowiadałam tę historię Árpiemu, zapamiętał i teraz uparcie szukał po sklepach czegoś na wzór i podobieństwo. Bo jest mnóstwo nowoczesnych modeli kolejek, ale takiej, co to w kółko jeździ, za nic w świecie nie mógł znaleźć. W końcu w jakimś 20. z kolei sklepie z zabawkami sprzedawczyni mówi: „Tak, mamy dokładnie taką, od 3 lat nikt jej nie chce kupić!”.

To jest parowóz, ma węglarkę ze srebrnym węglem i z przodu świeci mu się światełko. Cudo!

Árpi wygnał mnie do sypialni i pozwolił wejść do salonu, dopiero gdy złożył szyny i uruchomił pociąg. Miałam niespodziankę, o jakiej każde dziecko może tylko śnić w święta… Árpi, widząc moją radość stwierdził, że chyba nie był taki zły ten rok, skoro pod choinkę dostałam pociąg. Przypomniałam mu, że rok temu pod choinkę dostałam samochód (przyjaciel odsprzedał mi swoje auto po okazyjnej cenie). Na co Árpi: „To za rok co? Chyba samolot! Nie mogłaś od roweru zacząć?!”. Jeszcze statek przede mną. Zważywszy na tę Wielką Wodę koło mnie.


Adwent kiermaszem stoi

Na głównym placu Siófok tradycyjnie rozłożył się adwentowy jarmark. Tuż koło wieży ciśnień ustawiona została okazała choinka. Obok zaś stanęły budki z wszelkimi możliwymi prezentowymi drobiazgami. To w sumie fajny pomysł, bo na takim kiermaszu naprawdę można znaleźć upominki dla całej rodziny. I jakoś bardziej nastrojowe to zakupy niż w olbrzymich galeriach handlowych. Tym bardziej, że wokół roztacza się aromat grzanego wina i pieczonych kołaczy.

Olbrzymią choinkę do pionu musiał stawiać dźwig, choć i tak wydaje się maleńka przy wieży ciśnień.

W rozlicznych budkach pełno jest uroczych drobiazgów, które w czasach kryzysu mogą być świetnym upominkiem dla najbliższych.

Nie ma też tego biegu znanego mi z polskiej stolicy. Tu nikt się nie spieszy. Dzieciaki przyjdą po szkole, wyjdzie się z pracy w czasie przerwy obiadowej, po południu spotka znajomych i sąsiadów. Każdy ma czas przystanąć i zamienić chociaż kilka słów. Ja też przemierzając jarmark  – inaczej się nie da, bo jest w centrum miasta, zawsze po drodze do banku, sklepu, poczty – niemal zawsze spotykam kogoś znajomego. I wszyscy się uśmiechają, mimo kryzysu i pustki w portfelach.

Nad tą świąteczną, serdeczną atmosferą bez wątpienia czuwa Święta Rodzina.

Na dole przepięknie wyremontowanej wieży ciśnień, której otwarcie tuż-tuż, urządzono niezwykłą galerię – dobudowane przeszklone wejście zdobią fotografie dokumentujące 100-letnią historię tego obiektu. Od początku jej powstania w 1912 r. po dzień dzisiejszy. Naprawdę z głową zrobili całą tą renowację, aż się nie mogę doczekać otwarcia, które ma nastąpić z końcem stycznia przyszłego roku.

Wieża ciśnień zawsze była chlubą i symbolem Siófok.

Teraz, jak ją remontowali, tańczyły wokół niej nowoczesne dźwigi. Jak zobaczyłam to rusztowanie na zdjęciu z czasów budowy, to padłam.

Kolejna rzecz, o której muszę wspomnieć, to szaloncukor, co dosłownie możnaby przetłumaczyć jako „cukierek salonowy”. Są to cukierki tradycyjnie wieszane na węgierskiej choince. W ogóle bez nich nie ma tu choinki. I nie można szaloncukor kupić o innej porze roku, tylko przed Bożym Narodzeniem. Występują w wielu smakach i bajecznie kolorowych błyszczących opakowaniach. Fajnie, że w świecie chińskich bombek i lampek są jeszcze kraje, w których na choince można znaleźć coś jadalnego.

Marcepanowe, pistacjowe, kokosowe, bananowe, orzechowe, cappuccino, wiśniowe... - naprawdę jest w czym wybierać.

A wszystkiemu z góry przygląda się Księżyc, stary lis - idę o zakład, że coś tam sobie podkradnie z tego jarmarku...