Monthly Archives: Styczeń 2012

Leczo w prezencie

Jak wspominałam, od św. Mikołaja w prezencie pod choinką znalazłam fantastyczny rondel do gotowania. Nadszedł czas, by go wypróbować.

Zrobiłam leczo. To nie jest najlepszy czas na leczo. Leczo robi się pod koniec lata, na początku jesieni – gdy są świeże dojrzałe pomidory i papryka. Wtedy ta potrawa ma największy aromat. Ale na pobliskiej hali targowej nawet zimą można kupić węgierskie warzywa, które wciąż mają smak i zapach, więc wyszło naprawdę przyzwoicie.

Francuski rondel z węgierskim leczo przyrządzonym przez polską dziewczynkę.

Robiłam „leczo” w Polsce. Dziś się czerwienię na samo wspomnienie, choć wszystkim smakowało. Jednak do węgierskiego leczo miało się to tak, jak schabowy do kotleta z indyka w panierce z otrębów. Na Węgrzech też nie ma jednego przepisu na leczo – w każdym domu robi się je w nieco inny sposób. Ale parę fundamentalnych zasad jest i te przekazuję poniżej.

1 kg papryki

3 pomidory

2 cebule

0,5 kg kiełbasy

plaster boczku

3 ząbki czosnku

3 jajka

smalec lub olej

słodka papryka w proszku, vegeta, majeranek, sól, łyżeczka ostrej pasty paprykowej (ewentualnie chili) – wedle uznania

  1. Podstawa to papryka. Żadne holenderskie tri-color. Biała, u nas dostępna krótko jesienią – i wtedy naprawdę warto robić leczo! I to papryka ma w tej potrawie dominować. Ja pamiętam, że w Polsce robi się tak składników po równo: tyle papryki, tyle pieczarek (?! Węgier by padł), tyle pomidorów – nie, pomidory to tylko tło do sosu.
  2. Paprykę kroimy w półplasterki, pomidory w ćwiartki, cebulę w piórka, kiełbasę w plasterki, boczek w kostkę (proszę, na ile sposobów można coś pokroić w języku polskim), a czosnek siekamy (jednak inaczej taki smakuje niż przeciśnięty przez wyciskarkę).
  3. Co do wędlin, to też szkół tyle, co domów. Na Węgrzech można kupić lecsókolbász – kiełbasę doprawioną papryką (tak dla odmiany od wszystkich innych kiełbas doprawianych papryką). Ale bardziej chodzi o to, że nie jest podwędzana, podsuszana. Według mnie toruńska podsypana dodatkową łyżką słodkiej papryki w proszku da radę. Może być sam boczek. Mogą być parówki. Mogą być resztki pieczeni. I oczywiście może być leczo bezmięsne. Z rybą nie próbowałam, Węgrzy tym bardziej nie, ale jak ktoś lubi eksperymenty, to to może się udać.
  4. W rondlu rozgrzewamy tłuszcz. Nie należy go żałować, bo zaraz będzie go „piła” papryka w proszku. Wrzucamy cebulę i boczek. Cebula ma się zeszklić, a boczek zacząć wytapiać. Gdy zaczynają zmierzać do tego celu, dodajemy kiełbasę i czosnek. Jeszcze chwilę wszystko podsmażamy, ciągle mieszając, zdejmujemy rondel z ognia i wsypujemy słodką paprykę w proszku (3 łyżki stołowe). Ja wiem, że ta ilość wydaje się zatrważająca, ale te przemysłowe ilości papryki to kwintesencja kuchni węgierskiej. To ona daje cały aromat. Na marginesie – mój znajomy Węgier, który prowadzi w Warszawie węgierską restaurację, mawia: „Jaka pyszna jest polska kuchnia! Nareszcie coś smakuje sobą, a nie papryką!”. Rondel trzeba zdjąć z ognia, bo papryka w wysokich temperaturach gorzknieje. A zatem szybko wszystko razem mieszamy, znów stawiamy na gaz i podlewamy wodą lub winem.
  5. Wrzucamy pokrojoną paprykę, mieszamy, dusimy pod przykryciem 5 minut. Dodajemy pomidory. Ja – wzorem Węgrów, którzy mnie leczo robić uczyli – nie obieram pomidorów ze skórki, ale oczywiście można. Te ich ćwiartki po wrzuceniu warto rozgnieść łyżką – szybciej się zamienią w sos.
  6. Doprawiamy. Majeranku dosłownie 2 szczypty, tak ciut, na smak. Vegety nauczyłam się dopiero na Węgrzech używać, też w aptecznych dawkach, ale umiejętnie podkręca smak potrawy. Do leczo wystarczy 1 łyżeczka. Sól wedle uznania, ale pamiętajmy, że vegeta jest słona i wędliny też są słone. Co do ostrości, to jak kto lubi. Tyle tylko, żeby to była ostra papryka, chili, żeby nie pieprzyć, bo pieprz zupełnie do leczo nie pasuje.
  7. Dusimy na małym ogniu jeszcze jakieś 5 – 10 minut. Wszystko zależy od gatunku papryki. Węgierska robi się miękka błyskawicznie. Na koniec wlewamy roztrzepane jajka i szybko mieszamy. One mają zagęścić potrawę. Ja wiem, że dla wielu to brzmi „tak sobie”. Ja też na początku nieufnie podchodziłam do tego pomysłu robienia jajecznicy na leczo. A żebyście minę mojej mamy widzieli! Ale to się sprawdza, te jajka gdzieś giną w odmętach, zostawiając za sobą ledwie widoczne niteczki. Grunt to energicznie mieszać, żeby wszystko się gładko połączyło zanim się zetną. A dodają smaku, uwierzcie!
  8. Odmian leczo jest, jako się rzekło, tysiące. Jest też krumplis lecsó (z dodatkiem ziemniaków, które podgotowane, pokrojone w kostkę wrzuca się wraz z pomidorami) – takie leczo teraz zrobiłam i ono jest widoczne na zdjęciach – lub cukkinis lecsó (cukinię w półplasterkach wrzuca się wraz z pokrojoną papryką). Nigdy w życiu nie widziałam, żeby ktoś do tego dodawał pieczarki, ale może powinnam Węgrów uświadomić?
  9. Leczo je się przeważnie z chlebem. W knajpach jest rzadko spotykane, to raczej domowa potrawa. Resztki leczo wykorzystywane są jako sos-dodatek do usmażonego na drugi dzień kotleta.

Ja sobie do leczo dołożyłam kleksa śmietany, ale ja ze śmietaną mogę zjeść wszystko - uwielbiam! Także to nie kanon, to moja fanaberia.


Każdy mówi po węgiersku

Zawsze się śmiałam z moich węgierskich przyjaciół, że znają przynajmniej jedno słowo po polsku, sami o tym nie wiedząc. Zdumionym triumfalnie rzucałam: „kurwa”! Znaczy dokładnie to samo, tyle że Węgrzy nie używają tego wyrazu jako przecinka. Za przecinek robi „pierdol się”, co według mnie jest przekomiczne. „No i wiesz, pierdol się, on wtedy mi mówi, pierdol się, że nie chce ze mną gadać, pierdol się, to mu pierdolnąłem, pierdol się.” – tak brzmi przykładowa wypowiedź węgierska z cyklu tych bardziej wyluzowanych.

Wiadomo, że od sąsiadów „pożycza się” różne słowa. Dopóki nie zaczęłam się uczyć węgierskiego, moim ulubionym odkryciem był „wichajster”. Z niemieckiego „wie heisst er?”, czyli „jak się to nazywa?”. Tak ponoć mówili polscy robotnicy, pracujący w Niemczech, na każdą część maszyny, której nie umieli nazwać.

Z Węgrami w sumie też przed wiekami graniczyliśmy, ale że to sąsiedztwo mogło zaowocować tyloma wspólnymi wyrazami… Nie, no ja rozumiem, że alkohol rozwiązuje języki, a w dodatku nie masz wina nad węgrzyna… Z tych zamierzchłych zapożyczeń bardzo podoba mi się hejnał. Po węgiersku „hajnal” (czyt. hojnol) to świt. A o świcie grano pobudkę. „Juhas” brzmi już mniej zaskakująco. „Juh” to owca, „juhász” – czytany dokładnie jak w polskim, pisownia tylko jest inna – to pasterz owiec. Spotkałam się też z opinią (ukłony dla Magyorka), że nasze „serwus” wzięło się z węgierskiego. W sumie nie ma chyba w żadnym innym języku takiego pozdrowienia. Tyle tylko, że u nas to była raczej przejściowa moda, a na Węgrzech „szervusz” (czyt. jak w polskim) trzyma się nieźle, ma nawet slangowe modyfikacje, jak „szevasz” (czyt. sevos), co można przyrównać do naszego „sie ma” albo „siemanko”.

Traktor to po węgiersku nie żaden "mezőgép", jak możnaby się spodziewać, ale po prostu traktor.

Ale do diabła z etymologią – może kiedyś wydam słownik słów polskich pochodzenia węgierskiego – dziś bardziej pochłonięta jestem ogarnianiem tego upiornego języka na poziomie komunikacji. Popsuł mi się wentylator w samochodzie. Silnik się gotował, chłodnica nie chłodziła. Tłumaczę  przyjacielowi Węgrowi, w czym problem. Zabijcie, skąd ja niby mam wiedzieć, jak jest po węgiersku wentylator?! Wzbijam się na wyżyny mego intelektu i próbuję dookoła. Bo jak silnik pracuje, to jest gorący. I trzeba, żeby był chłodniejszy. To to, co masz z przodu, to chłodnica. A tam jeszcze jest takie, co się kręci, żeby powietrze było…

– Ventillátor!

Od tej pory, zanim się zabiorę za skomplikowane tłumaczenia, mówię po polsku. A nóż widelec jest tak samo. Często jest – częściej, niżbym kiedykolwiek przypuszczała.


Parówką w Nowy Rok

Sylwester na Węgrzech wiąże się z paroma zwyczajami – może nie jakimiś odległymi dla nas, ale czasem zabawnymi.

Przede wszystkim trzeba robić huk. Mnóstwo huku, żeby przegnać Stary Rok. Poszłam na kiermasz pod wieżę ciśnień. Trąba trąbą trąbę pogania – wszystkie oczywiście marzeniem każdego dziecka. I chmara tych dzieciaków trąbiących jak oszalałe… Ogłuchnąć można, ale jakoś serce rośnie, że na bank te ubiegłoroczne smutki zwieją od tego hałasu.

Jak to na jarmarku: peruki, maski i zalew kiczu po przystępnych cenach.

A idź ty, Stary Roku!!! Może jestem mała, ale cię przegonię!

Trąbkę kupiłam sobie skromną – taką, co jak się dmuchnie, to piszczy i się rozwija. Dowiedziałam się później, że zwana jest tutaj „językiem teściowej”. A poza tym zaopatrzyłam się w 12 baloników. Tak że niby zgodnie z liczbą tego nadchodzącego. Wróciłam do domu i zaczęłam dekorować „salę balową”. To mam po mamie – nieważne, czy imprezowałyśmy gdzieś poza domem, czy do nas przychodzili goście – mieszkanie zawsze tonęło w balonach i serpentynach, a na lustrze szminką moja mama pisała noworoczne życzenia.

Oto "język teściowej". Zwinięty, żeby nie powiedzieć, że trzymany za zębami...

Boję się dmuchać balony, bo nieraz któryś mi podczas dmuchania strzelił, co nie jest zbyt miłe. Tym razem się udało dmuchnąć towarzystwo z sukcesem. Rozwiesiłam wszystkie po pokojach. Huk. Pierwszy strzelił u mnie w sypialni. Pal go sześć. Idę się malować. Huk. Kolejny strzelił w salonie. Hmm… Chińskie gówno. Wymalowana nakrywam do stołu. Huk tuż nad moją głową. Aż podskakuję. Ja rozumiem, że na Węgrzech należy z hukiem przeganiać Stary Rok, ale może nie przesadzajmy?! Straty na dzień dzisiejszy wynoszą 5 sztuk, czyli niemal cofam się w czasie do 2007…

To chiński mocarz. Jego dwaj koledzy już go opuścili. W zasadzie, to zrobili go w balona.

Poszłam na zakupy. Oczywiście po szampana i parówki. Długo nie mogłam się dowiedzieć, czemu na Węgrzech w sylwestra obowiązkowo je się parówki. Ze wszystkich przepytywanych węgierskich znajomych tylko jeden był w stanie udzielić mi sensownej odpowiedzi. Bo kiedyś było tak, że aby zapewnić sobie obfitość w nadchodzącym roku, to na sylwestrowym stole lądowały mięsiwa najróżniejszych rodzajów. Dziś niewiele osób ma kucharzy, służbę, więc tą namiastką „rozmaitości” są parówki, które lepiej nie wiedzieć, co zawierają, ale na pewno wszystko.

Obowiązkowe węgierskie menu sylwestrowe. W miseczce słone wafelki serowe - takie tutejsze chipsy.

Zaś w Nowy Rok obowiązkowo trzeba zjeść soczewicę – to gwarantuje bogactwo i pomyślność. Z soczewicy można zrobić zupę albo – i to była moja opcja – potrawkę, wzbogaconą na przykład parówkami. Jeśli są sylwestry urządzane dajmy na to w hotelach, to po północy wjeżdża właśnie taki specjalny noworoczny bufet z soczewicą w roli głównej.

W ciągu dnia poszłam sobie nad Balaton. Pogoda przepiękna, więc mnóstwo spacerowiczów. I mnóstwo trąbiących dzieci.  Ten 2011 zwiewa, aż się za nim kurzy…

Na siófockim molo tłumy. Nie brak też - jak zawsze -wędkarzy.

Trąbię, trąbię, trąbię do utraty tchu...

Susza daje się we znaki także w Siófok. Rzeka Sió niemal wyschła. Prezentuje się marnie, a pachnie jeszcze gorzej.

I tylko Balaton jak zawsze zachwycający. Nieważne, czy w tym, czy w innym roku.

Imprezować zaczęliśmy u mnie, a przed północą poszliśmy na koniec siófockiego molo.  Nigdy nie byłam entuzjastką spędzania sylwestra na ulicy, ale tu podoba mi się wyjątkowo. Temperatury są o wiele bardziej sprzyjające niż w Polsce. Węgrzy się po alkoholu nie awanturują, co najwyżej rzucają się sobie na szyję życząc wszystkiego, co najlepsze. Każdy balatoński hotel urządza swój pokaz fajerwerków i z reguły nie robią sobie konkurencji, czyli jeden skończy, drugi zaczyna. Tym sposobem sylwestrowa kanonada trwa dobre 40 minut.

Widoczność była doskonała, więc w blasku sztucznych ogni spowity był także przeciwległy brzeg. A nad nami pochylało się rozgwieżdżone niebo. Czyż można lepiej powitać Nowy Rok? Niech się Wam wszystkim szczęści i powodzi! Boldog Új Évet Kívánok!