Monthly Archives: Luty 2012

Zimne nóżki

Narobili mi smaku na tych wszystkich świniobiciach na zimne nóżki. Więc sama w domu też zrobiłam. Po naszemu, po polsku, co by skonfrontować je z węgierskimi podniebieniami. I co się okazało? Nóżki są ok (zwłaszcza moje nóżki i to bynajmniej nie zimne), ale co to za pomysł, żeby dodawać do nich jakiekolwiek warzywa?!

Fakt, dopiero teraz się zorientowałam, że te w węgierskim wydaniu, które jadłam, to było wyłącznie mięso i galareta. Nikomu też nie przychodzi tu do głowy skrapiać ich cytryną czy octem. Za to są, jak wspominałam, czosnkowe w smaku i posypane słodką papryką w proszku. Dziwi też pomysł wywalania ich do góry nogami z miseczki na talerz – jedzą prosto z miseczki. Ale teraz w sumie rozumiem – po co ten trud, jak nie ma na dnie dekoracji. A ja mam sentyment do tych kwiatków z marchewki, bo moja mama zawsze takie wycina.

Wszystko da się jakoś pogodzić: pod polskie zimne nóżki kieliszek węgierskiej palinki z pigwy.


Pożegnanie z karnawałem

Udało mi się zwiać z Polski przed mrozami. Czyli doświadczyłam w Otwocku -12 st. C, a nie -26 st. C. Nie wspominając już o tym, że potem w nocy spadało do -35 st. C. Ten najstraszniejszy atak zimy przeżyłam więc w Siófok. Wyglądał on tak, że w dzień było -10 st. C, a w nocy dochodziło do -18 st. C. Balaton zamarzł i przestał kursować prom samochodowy na drugi brzeg. A Węgrzy każdą rozmowę zaczynali od tego, że jest potwornie zimno i generalnie: katastrofa! W dodatku spadło ze 20 cm śniegu, co już zakrawało na stan klęski żywiołowej.

Nagle za oknem robi się bajkowo, a dla Węgrów to koniec świata.

W najdalszym planie poprzez śnieżycę przebija się mgliście wieża ciśnień.

Oni się tutaj już trochę przyzwyczaili, że te ich lamenty traktuję z politowaniem, ale i tak te polskie -35 st. C robiło odpowiednie wrażenie. Cóż, tu wyjście w mini przy -3 st. C robi odpowiednie wrażenie, a ja lubię robić wrażenie, zwłaszcza odpowiednie, więc dochodzę do wniosku, że warto było się hartować w polskich zimach całą młodość, by teraz żywiołowo rozgrzewać Węgrów podczas klęsk.

To zasypany skład na bocznicy, ale pociągi cudem jeżdżą. Za to kierowcy uważają, że w takich warunkach nie da się wsiąść za kółko.

Pogoda pogodą, praca pracą, ale karnawał jest od tego, by oddawać się w wolnych chwilach upojnym rozrywkom. Byliśmy zgraną ekipą na kręglach. Od niedawna jest w Siófok bardzo nowoczesne Teke & Bowling Center. Bowling to kręgle, jakie znamy z Polski. A teke to węgierska odmiana kręgli. Nieco mniejsze są kule (jeśli te do kręgli przyrównamy do arbuza, to te do teke są wielkości melona) i nie mają dziurek na palce. Inny jest też rodzaj nawierzchni toru – bardziej laminat niż parkiet. A same kręgle zdają się być lżejsze i w sumie trudniej je strącić, bo przewrócenie jednej czy dwóch – nawet ze środka zgrupowania – wcale nie powoduje, że kładą się pozostałe. W dodatku przeklęta kula rzucona choćby najbardziej perfekcyjnie w sam środek, co to normalnie człowiek otrzepuje ręce i  triumfalnie sięga po łyk piwa, potrafi w ostatnim momencie skręcić totalnie w bok i z gracją ominąć całe towarzystwo z boku, nie wpadając przy tym do rynienki (sic!). Ale i chyba przez to zabawa jest większa – przynajmniej mi się bardzo podobało (choć przegrywałam w wielkim stylu).

Tor do kręgli w odmianie węgierskiej. Jest ich 4, w głębi po prawej widać (wiem, nic nie widać) 2 tory do kręgli bardziej nam znanych.

Na kręgielnię nie można rzecz jasna wejść w butach, w których się przyszło...

...ale można liczyć na gustowne obuwie na miejscu...

...w różnych kolorach i rozmiarach.

Poza tym tradycyjnie już zaliczałam świniobicie. W zasadzie tydzień w tydzień, bo w końcu jest karnawał. Aura sprzyjała, bo dzięki temu, że spadł śnieg można było urządzić kulig po okolicy. I jak zawsze: goście się rozgrzewali  i bawili, a świnkę ćwiartowano i przerabiano na pyszności. Pierwszy raz jadłam węgierskie zimne nóżki – w sumie jak nasze, ale mocno doprawione czosnkiem i posypane… słodką papryką. Pycha!

Temperatura może nie sprzyja pracującym, ale sprzyja procesowi przetwarzania - robota jak w chłodni.

Z niego to raczej kotletów nie będzie.

Towarzystwo rozgrzewa się od wewnątrz palinką, a od zewnątrz koksownikiem.

I na koniec absolutna rewelacja tego karnawału: dostałam w prezencie helikopter! Już chyba wszyscy wiedzą, jak mi zrobić przyjemność (znaczy się na inne sposoby też można…). I że jestem techniczną dziewczynką i jak małe dziecko lubię techniczne zabawki. Helikopter jest cudowny, w polskich barwach, sterowany na podczerwień, ma zasięg do 50 m, ale z powodzeniem można nim latać także po mieszkaniu. Ćwiczę pilnie (bo prosto nim sterować wcale nie jest), by na wiosnę wylecieć pod niebiosa. Czego sobie i Państwu w ostatki życzę!

Maszyna marzeń! Jest po prostu prze-pięk-ny!!!


Otwockie klimaty

To nie jest pomyłka w druku ani nadmiar palinki w krwioobiegu. Nadal pamiętam, że mieszkam nad Balatonem, ale jak odpoczywać – to tylko w Otwocku! Mniej wtajemniczonym podpowiem, że Otwock to miejscowość wypoczynkowa, a wręcz nie bójmy się tego słowa – uzdrowiskowa, położona 34 km od Warszawy. Słynie z pięknych lasów, które rosną, jak lasy; z pięknych dam, które bawią się jak damy i z pięknych zabaw, które zawsze należą do udanych.

Ostatnia impreza grudniowa mnie ominęła. A przyjaciele kusili jak diabli (nomen omen, bo była pod hasłem: „Anioły i Demony”), bym przyjechała choćby na weekend. Później, jak słuchałam relacji, to ckniło mi się niepomiernie – może nie do ich przygód, ale że nie byłam ich naocznym świadkiem… Rzecz cała rozgrywała się w willi na trzech poziomach. Schody w górę, schody w dół, schody, schody, schody… Spadanie z nich po pijaku też nigdy nie wyjdzie z mody. Trup ścielił się gęsto. Ale trafił się jeden bardziej poszkodowany (o ile można być bardziej poszkodowanym od trupa). Towarzystwo otrzeźwiało i załadowało go w karetkę.

Tak, jak stał (a raczej leżał) – czyli w stroju demona. Ponoć pogotowie całość zgromadzenia w przebraniach anielsko-diabelskich wzięli za jakąś sektę, ale pomocy udzielili profesjonalnie, by nieszczęsny bies mógł się napić jak najszybciej, wracając w podskokach na tę pełną upadłości imprezę.

A zatem nie miałam chwili wahania, gdzie mam spędzić swoje krótkie ferie z dala od balatońskiej roboty. Otwock! Było anielsko błogo i diabelnie rozwiąźle. Tylko że nie sądziłam, że moja podświadomość każe mi się tak jednoczyć z tymi czortami. I ja przysięgam, że tego nie planowałam. Lecąc na pociąg do Siófok, spadłam ze schodów…

Jak dotarłam nad Balaton, pognałam do szpitala. Nie byłam w przebraniu, ale i tak patrzyli na mnie, jak na sektę. Potwornie stłukłam sobie rękę. Wygląda szpetnie, ale to, że nic mi nie jest, kazało Węgrom wbudzić podejrzenia o moje konszachty z diabłem. Ja się nie zarzekam, ale nie umiem ich przekonać, że u nas naprawdę jest zimniej i mocniej trzeba się rozgrzewać.

p.s. zdjęć nie będzie, bo musiałyby to być zdjęcia nieapetycznej rączki (którą mam pod ręką), szpitala (którego zdjęć nie mam) lub diabła (który nie lubi się fotografować).

Skłamałam z tym brakiem zdjęć - cudowna droga z Otwocka do Świdra.