Monthly Archives: Kwiecień 2012

Cieniutka mi bądź tej wiosny!

Gdzie się gazety nie otworzy, w internet nie zajrzy, to wychodzi, że wiosną trzeba się odchudzać . Węgierskie media bynajmniej się pod tym względem nie różnią od polskich, a skala absurdalnych porad też jest porównywalna.

Ja też nie jestem ideałem, na zimę zawsze tyję, potem jakoś to gubię, póki podobam się facetom, to innych kryteriów nie mam. Ale wiem, że na każdą przychodzi kryzys, gdy trzeba włożyć letnią sukienkę. I teraz będzie do rzeczy: wiem, że są tysiące diet. Sama nigdy żadnej nie stosowałam (ja potrafię nie jeść przez trzy tygodnie, jak się zakocham, więc to żaden odnośnik do rzeczywistości). Z zawodu jestem dziennikarką. I raz w Warszawie byłam na obłędnej konferencji prasowej.

Rozbujałe zieloności każą myśleć o zrzucaniu odzienia.

Konferencja dotyczyła leków homeopatycznych we wszelkich dolegliwościach dziecięcych. Prelegentem był młody pan doktor. Bynajmniej nie nawiedzony. Że ziółka, czosnek, a dziecinka, choć zionąć nam będzie, ducha nie wyzionie. Nic z tych rzeczy. Raczej w ten deseń, jak współczesną medycynę wspomóc (czasem zastąpić) innymi środkami. Słowem: że przeginka w żadną stronę nie jest wskazana.

Kwitną rajskie jabłuszka, ja też nie chcę być gruszka!

Na koniec konferencji, jak to bywa na końcach konferencji, był czas na pytania. Na sali w 99% znajdowały się panie dziennikarki, średnia wieku w pismach kobiecych, że już o tej tematyce nie wspominając, to mocno +40 lat. Wiem, zaraz się wszyscy oburzą, ale taka jest prawda – młode dziewczyny, jak przychodzą do tego zawodu, to chcą pisać o kremach i modzie, a nie o syropach na kaszel. Ja nie widzę w tym nic złego.

I się te damy rzuciły na pana doktora, bynajmniej nie tak do końca ciekawe, jak ratować zakatarzone dzieciątka, ale z natarczywym pytaniem: „Czy pan doktor tak zupełnie przypadkiem jakiejś dobrej diety polecić by nie mógł?!” . A to wiosna była właśnie…

Pan doktor się wzbraniał, ale przyparty do muru, westchnął głęboko i wygłosił prostą litanię, którą zaraz się podzielę. Powiem tylko tyle, że sama nigdy tego nie stosowałam, bo dla mnie za nudno i nie miałam nigdy aż takiej potrzeby (choć myślę, że łatwo tę bazę jakoś sobie urozmaicić). Dieta dostarcza nie więcej niż 1000 kalorii dziennie, czyli tyle co 500 TicTaców. Pan doktor był ogromnym przeciwnikiem diet, zwłaszcza takich mało urozmaiconych, bo jego zdaniem one nie dostarczają organizmowi tego wszystkiego, czego potrzebuje on na co dzień. Owszem, może chudniemy, ale to zawsze jest cos za coś. I organizm zawsze będzie dążył, żeby sobie te straty jakoś powetować.

Ale w tym przypadku powiedział, że jest to dieta, którą w zasadzie można stosować bez ograniczenia czasowego. Nie jest idealna, ale z punktu widzenia medycznego bliska ideałowi:

–          należy jeść 3 razy dziennie

–          3 razy dziennie po 2 pomidory (bo pomidory mają najwięcej witamin i mikroelementów ze wszystkich warzyw)

–          3 razy dziennie po pół jajka ugotowanego na twardo (bo jajka mają w sobie niemal całą Tablicę Mendelejewa)

–          1 raz dziennie pierś z kurczaka (wszystko jedno, czy smażoną, czy gotowaną – jak kto lubi) – można ją jeść rano (jak ktoś lubi obfite śniadania), a można ją jeść na wieczór (jak ktoś lubi iść spać najedzony)

O winie się pan doktor nie zająknął, ale nie wyglądał na takiego, co by człowiekowi zacnego trunku żałował.

Czyli 3 razy dziennie zjadamy po 2 pomidory i pół jajka, a do posiłku tego o dowolnej porze dołączamy sobie mięso. Pierś z kurczaka można zastąpić rybą, na zdjęciu akurat znalazła się pieczeń, podejrzewam, że nawet schabowy bez panierki by przeszedł. Pewnie można też do tego zjeść sporo sałaty – bez szkody dla organizmu i galopujących kalorii.

Choć miałam uroczego przyjaciela, który mawiał: – Kasia, czy ktoś kiedyś widział kalorie?!


Deptak idzie za kraty

Przepraszam za tę ciszę w eterze, ale pracowicie mi się ta wiosna zaczęła – oby tak dalej! Ja oczywiście obiecuję się poprawić i wciąż na bieżąco informować, co słychać nad Balatonem. A zatem: najświeższe doniesienia z Siófok. Niestety mało optymistyczne…

Nikt nie ukrywa, że kryzys na Węgrzech jest, choć przynajmniej w bogatym balatońskim regionie nie tak odczuwalny, jak to chcieliby widzieć co poniektórzy polscy dziennikarze. Ale i tu szuka się oszczędności albo sposobów na zarobienie pieniędzy. A jak trzepać kasiorę, to wiadomo – na turystach. I tak najsłynniejszy siófocki deptak, czyli Petőfi sétány w sezonie ma trafić za kratki. Dosłownie. Zostanie ogrodzony, a wstęp na niego będzie płatny.

Ta promenada jest wizytówką miasta - wzdłuż szpaleru platanów ciągną się najmodniejsze lokale.

Tym, którzy nie byli w Siófok, wyjaśniam: to jest promenada ciągnąca się wzdłuż Balatonu, pełna sklepików, knajpek, klubów, dyskotek i wszelkich możliwych atrakcji (dmuchane potwory, skoki na bungee , automaty do gry, kasyna). Z niej też jest wejście na główną (płatną!) plażę – dobra, są dwa boczne wejścia, które znajdują się już poza promenadą, ale sam fakt! Promenada w sezonie w zasadzie nie zasypia. Rano w dobrym stylu jest tu usiąść na śniadanie, w ciągu dnia się lansować, wieczorami spacerować, a w nocy porządnie zabawić. Rzeka ludzi non-stop. I teraz ktoś wymyślił, że na tej rzece można dodatkowo zarobić.

Deptak, uśpiony poza sezonem, latem tętni muzyką i roztańczonym tłumem kolorowych wczasowiczów.

Nie muszę mówić, że ceny – czy to w knajpach, czy w sklepach – są na deptaku horrendalne. Czynsze oczywiście też. Ale nie ma takich pieniędzy, których nie można wyciągnąć z kieszeni urlopowicza. Nikt oczywiście nie wie, ile sobie za wstęp na deptak policzą. Czy będą automatyczne bramki, czy zatrudni się ochroniarzy – jedno i drugie kosztuje, ale ochroniarz to też dodatkowe miejsce pracy.

Tu prawdopodobnie już niedługo staną bramki i wejście do raju rozrywki będzie płatne.

Pomysłu nie potępiam w czambuł – od paru lat, by przespacerować się słynną Złotą Uliczką w Pradze, też trzeba zapłacić za wstęp na nią. I pieniądze pewnie idą na renowację zabytków, utrzymanie terenu, marketing miasta. Przy siófockim deptaku też jest trochę zabytkowych willi, jest po kim sprzątać, a promocja regionu zawsze się przyda. Tyle że ten pomysł ponoć krąży tu od kilku lat (więc nie jest tak do końca dzieckiem kryzysu) i wciąż nie może się urodzić, bo wychodzi na to, że będzie nadwyżka – wiadomo, każdy chce zarobić – i tę nadwyżkę wciąż nie wiadomo, jak rozdysponować pomiędzy tych, którzy na deptaku zarabiają.

Zawiłe? Niech będzie na przykładzie: dajmy na to jest dyskoteka, która przyciąga co wieczór 3 tys. osób. I obok jest smażalnia ryb, w której stołuje się dziennie 500 osób. Oba lokale będą wabikiem dla turystów, żeby zapłacili za wstęp na deptak. Każdy z właścicieli chce mieć więc swoja „działkę” z biletów wstępu. Ale jeden generuje lepszy ruch niż drugi. Jak to liczyć, dzielić? A mówimy o kilkudziesięciu dzierżawcach terenu – im więcej tych osób do podziału, tym trudniej o konsensus. To może znów się nie dogadają. A my sobie pospacerujemy za darmo.