Monthly Archives: Maj 2012

Lektury wagonowe

Niedawno był długi weekend, bo Węgrzy tak obchodzą Zielone Świątki, że wolny jest poniedziałek. Przyjechała do mnie moja serdeczna koleżanka z Budapesztu (Węgierka mówiąca po polsku) i razem postanowiłyśmy odwiedzić w Szántód naszą wspólną znajomą (Węgierkę nie mówiącą po polsku), która nad Balaton ściągnęła z Egeru na festiwal muzyczny Pannonia. Szántód leży 13 km od Siófok , pociągiem jedzie się 15 minut, więc nie była to jakaś wielka wyprawa. A że każdą z nas na co dzień dzieli o wiele więcej kilometrów, okazja do spotkania była wymarzona.

Nie widziałyśmy się dawno, więc postanowiłyśmy to godnie uczcić. Udałyśmy się zatem do położonej w centrum Szántód knajpy – bardzo fajnej, bo przerobionej z wagonu kolejowego.

Knajpa zachęca nietypową formą, ale to dopiero początek niespodzianek.

Idealne miejsce dla wszystkich miłośników kolei.

No to piwko, bo upał był ogromny. Okazało się, że lane się skończyło, jest tylko butelkowe, ale też tylko 2 ostatnie butelki… Nie przewidzieli po prostu, że na festiwal ściągną takie tłumy (potem się dowiedziałam, że to impreza organizowana po raz pierwszy, stąd takie zaskoczenie wśród restauratorów). Ja zatem wzięłam wino, za którymi dziewczyny nie przepadają, a potem doprawiałyśmy się palinką.

W końcu zgłodniałyśmy i poprosiłyśmy o kartę. Odpadłam – bardzo rzadko zdarzają się tłumaczenia menu na polski. To na pewno nie było tak zabawne, jak odkrycie dokonane przez Magdę i Martę Muszyńskie http://helkatours.hu/magazine/48, ale i tak trochę zabawnych pozycji i tu można znaleźć. Miłej lektury!

Z „przystaw” podoba mi się „grecki salata”.

„Chlodnik” to tak naprawdę zupa wiśniowa na zimno – no, kolor i temperatura się zgadza…

„Grilltalerz o Orient” gdzieś zapodział, że jest dla 1 osoby. Ale poza tym jest „mieszany”.

Może coś z „Wolowy jedzenie”?…

…czy raczej „indyka cordon bleu z frytki”?

Tajemnicze „kartofle pietruszka” to są po prostu gotowane ziemniaki.

Tu moim zdecydowanym faworytem jest „Piggery” – ktoś tłumaczowi podłożył świnię!

Czemu „schaboszczak” raz jest zwykłym „kotletem”, a raz „kotletem schabowym”, pojęcia nie mam.

„Carp” – carpe diem? Oczywiście z „kartofle pietruszka”…

…i papryk w occie!

Krokiety ziemniaczane czy pieczone ziemniaki okazały się wyzwaniem nie do przejścia.

Ja na deser biorę „nalesniki z lodem”, bo wiem, że „kielich lodów” to mrożona kawa.

Dania dla dzieci bronią się stosunkowo dobrze, poza tym, że dzieci nie zjedzą schaboszczaka z frytkami, który przecież dla dorosłych był przetłumaczony na polski. Co do „filet na ruszcie z indyka ryz”, to „rizi-bizi” należy tłumaczyć jako warzywne rizotto albo ryż z warzywami. Zawsze jest w nim bowiem zielony groszek, a często jeszcze marchewka, cebulka, grzyby. To chyba taki węgierski sposób na przemycenie dziecku marchewki z groszkiem. A że wiele dzieci warzyw nie lubi, to albo będzie w tym dłubać jak Kopciuszek oddzielając dzielnie sam ryż, albo trzeba będzie mu zamówić „ziemniaki pietruszka”.

Na ruszcie to raczej tłumacza przypiekać – zostawiłam swoją wizytówkę, gdyby chcieli to poprawić.


Śliwka w kompot i to podwójnie

Pojechałam na rutynowe zakupy do Tesco. Tesco jest w Siófok czynne całą dobę i może kiedyś doczeka się osobnego wpisu, jako supermarket z automatem do zwrotu wszelkich materiałów wtórnych i różnymi rozwiązaniami nieznanymi mi z Polski.

Lubię wypić. Choć może ładniej byłoby napisać, że jestem koneserem. Do Tesco jeżdżę więc głównie po wino. Ale dziś mnie jakoś wzięło na zwiedzanie alejek z trunkami.

Odkrycie nr 1. Żubrówka. Nie, że się nagle pojawiła na Węgrzech. Jest od dłuższego czasu, aktualna cena za 0,7 l to 3.077 Ft czyli 46 zł. Ale jaka reklama! Tłumaczę dosłownie, zdjęcie poniżej: „Legenda głosi, że ten, kto znajdzie w butelce dwa źbła trawki, będzie mieć szczęście!”

I jak to miło, jak zawsze w obcym kraju, stwierdzić, że polska wódka jest najdroższą na półce.

Zachodzę w głowę, czy i u nas się tak reklamują. A przede wszystkim, czy rzeczywiście co do poniektórej flaszki wkładają 2 trawki???

Odkrycie nr 2. Unicum. Unicum to węgierski zajzajer, a którym już kiedyś pisałam. Ziołowa nalewka o raczej odrzucającym smaku, choć można nauczyć się ją pić. I oto dziś w Tesco odkryłam, że jest nowa najnowsza wersja Unicum – śliwkowa! Napis na butelce głosi, że leżakowała w drewnianej beczce na suszonych śliwkach.

Może to wygląda niepozornie, ale ja mam dużą wprawę do upijania się tym trunkiem. Jak jest godny kompan.

Do odważnych świat należy! Właśnie otworzyłam. Hmmm… Myślałam, że będzie gorzej. To jest jakaś wersja pośrednia pomiędzy Unicum tradycyjnym, a Unicum Next, które jest słodkie i bardziej przypomina naszą żołądkową gorzką. To śliwkowe nie jest słodkie, ale słodycz owoców jakoś łagodzi gorycz tego ziołowego maceratu. Taki „ciekawski” smak, bym powiedziała – ale cóż, żeby skosztować, musicie przyjechać tu na Węgry!


Maj – dla księżniczek raj

Przynajmniej mają z czego spadać – aż chciałoby się dodać. Ale abstrahując od poezji, to maj zda się wymarzoną porą, by odwiedzić Węgry. Tu jest już lato, dwadzieścia parę stopni w cieniu, ale wciąż nie ma takich upiornych upałów, jak bywają w sierpniu (42 st. C).

Każdy region Węgier kusi atrakcjami. Ale ja chciałam zaproponować Budapeszt i to taki zupełnie nietypowy. Bo ja jestem warszawianką i zawsze lubiłam miejsca w centrum naszej stolicy, gdzie można się poczuć jak na majówce. Budapeszt też można odkryć od tej strony.

Punkt pierwszy programu to Városliget, czyli Lasek Miejski. Położony prawie w centrum miasta, tuż obok Hősök tere (czyli pl. Bohaterów) zielony teren pełen atrakcji przywodzi mi na myśl paryski Lasek Buloński, choć chyba panuje tu luźniejsza atmosfera. Bo tu się nie tylko spaceruje, gra w piłkę, jeździ na rowerze, ale i po prostu leży na trawie i opala – i to w negliżu!

W Városliget można całkiem zapomnieć, że jesteśmy w wielkim mieście.

Są bufety, ubikacje toi-toi, jeziorko, gdzie można wypożyczyć łódki, pan z wężem, z którym można sobie zrobić zdjęcie, wypożyczalnie bicykli i niezliczona ilość atrakcji. Centralnym punktem lasku jest Vajdahunyad vára, czyli zamek wzniesiony z okazji milenium w 1896 roku. Ponoć początkowo powstał z dykty i gipsu jako prowizorka, ale tak się spodobał budapesztańczykom, że postawili go naprawdę w kamieniu i cegle. To takie „Węgry w pigułce” – może mały architektoniczny misz-masz, ale prawdę mówiąc wielce udany.

Jeziorko idealnie nadaje się do romantycznych przejażdżek łódką.

Odważni mogą spróbować dosiąść taki oto zabytkowy rower.

Bajkowy zamek stał się wizytówką tego miejsca.

Tuż koło zamku jest mój ulubiony budapesztański pomnik. I ponoć nie tylko mój, tylko znów wszystkich mieszkańców węgierskiej stolicy. Pomnik przedstawia Anonymusa – to można powiedzieć węgierski Gall Anonim, kronikarz żyjący na przełomie XII i XIII w. Legenda głosi, że dotknięcie pióra, które trzyma w dłoni, zapewniać ma pisarską wenę.

Tajemnicza postać Anonymusa przydaje magii temu miejscu.

Niezbyt daleko od Városliget jest budapesztańskie lotnisko. Dlatego leżąc na trawie, można obserwować zbliżające się do lądowania samoloty. Łatwe to nie jest, bo zawsze się jakaś cholera za drzewami schowa, ale frajdy sporo.

Tu cały czas coś się dzieje – tak na ziemi, jak i w powietrzu.

Dla miłośników techniki dodatkowo tuż koło lasku jest Muzeum Komunikacji. Byłam tam akurat w poniedziałek, więc było nieczynne, ale jak dotrę następnym razem, to zrelacjonuję. Wygląda zachęcająco. W bezpośrednim sąsiedztwie lasku jest ponadto lunapark, zoo oraz kąpielisko termalne. O miejsca parkingowe nie tak łatwo, ale do znalezienia. Parking bezpłatny!

Muzeum Komunikacji kusi ekspozycją już od progu.

Tuż obok muzeum ciągnie się spory parking – zapchany, ale rotacja jest duża.

Drugie miejsce, które polecam w Budapeszcie (jak ktoś chce coś tam zobaczyć, ale zbytnio się nie zmęczyć), to Góra Gellérta (Gellért-hegy). Imponująca panorama na całe miasto pozwala obejrzeć większość najważniejszych zabytków z lotu ptaka. Jeśli ktoś nie ma przymusu wewnętrznego, żeby koniecznie wejść do Parlamentu czy Bazyliki Św. Stefana, to wizytą tutaj poczuje się ukontentowany. Na szczycie jest restauracja – nie najtańsza, ale znośna cenowo – gdzie można przysiąść i coś zjeść, wypić. To miejsce jest równie fajne w dzień, jak i w nocy, gdy u stóp mruga rozświetlona węgierska stolica.

Widok z Góry Gellérta jest naprawdę zachwycający.

Jak na dłoni widać też stąd charakterystyczny budynek parlamentu.

A trzecie miejsce na majówkę to według mnie lotnisko. Dobra, zaraz mnie tu już wszyscy pogonią za forsowanie tych technicznych klimatów. Ale ja się boję latać! Naprawdę! Mam zadatki na klaustrofobię, dlatego wolę pociągi, bo jest od biedy hamulec bezpieczeństwa i wysiądę choćby w szczerym polu, jak mi się przestanie podobać. Ale budapesztańskie lotnisko jest fajne. Ma darmowy taras widokowy (przylegają do niego kawiarnie, to wtedy się płaci tyle, co za zamówienie, jak się chce siedzieć przy stoliku). I można sobie patrzeć i fotografować do woli, że ci odlatują, ci zostają…

Z tarasu widokowego można z bliska obserwować ruch na płycie lotniska…

…i pożegnać tych, którzy lecą do domu.


O wyższości koła nad płozą

Co by nie mówić o kryzysie na Węgrzech, region Balatonu ma się dość dobrze, a wręcz muszę przyznać, że przeprowadziłam się w dość burżujskie miejsce. Nie brak tu willi najbogatszych z obywateli , nie też brak zamożnych turystów – na potrzeby całej tej klienteli funkcjonuje lotnisko w Siófok-Kiliti (to dzielnica Siófok, lotnisko jest 5 km od centrum miasta).

Ale jest to lotnisko z długą historią – pierwszy samolot wylądował tu w 1932 r. Potem słynęło z zawodów lotniczych, było bazą wojskową, miejscem szkolenia pilotów, a dziś służy głównie jako lądowisko dla służb medycznych, policji, prywatnych awionetek i lotów rekreacyjnych.

Prywatne samoloty czekają na pasażerów – lot nad Balatonem to niezapomniane wrażenie.

Akurat przejeżdżałam obok, gdy do lądowania zbliżał się helikopter. Już wspominałam, że uwielbiam helikoptery, więc oczywiście skręciłam w stronę lotniska. Na parkingu można spokojnie stanąć, nie można tylko wejść na teren bez specjalnego zezwolenia. Ale żeby pooglądać i porobić zdjęcia – nie ma problemu.

Helikopter jest fascynującą odmianą ważki – patrzeć mogę bez końca, choć latać bym się bała.

Okazało się, że tego dnia mieli szkolenie policjanci. Jak lądować, jak zawracać, jak startować… No i tu dla obserwatora – a przynajmniej takiego laika jak ja – zagwostka: czemu część helikopterów ma kółka, a część płozy?

Policja szkoli się w manewrach, a ja się zastanawiam nad różnicami konstrukcyjnymi…

Zaczęłam w myślach kombinować, że może są przystosowane do lądowania na innym podłożu (akurat całe siófockie lotnisko jest trawiaste, ale jakby się beton zdarzył, to kto wie…). Na szczęście pod rękę mi się nawinął pan mechnik schodzący akurat z płyty. To mówię, żem Polka i w czym mam problem i czy przypadkiem nie wie.

–  A bo to jest tak, że te z kółkami są polskie, a te z płozami są amerykańskie. Jedni sobie wymyślili tak, drudzy inaczej, ale różnicy nie ma żadnej.

Odpadłam. Choć na pewno te z kółkami są lepsze!

Wyższość kółek nad płozami najlepiej dokumentuje to zdjęcie.