Monthly Archives: Październik 2013

Czas zimowy?

Wiem, że i w Polsce jest ostatnio wyjątkowo pogodnie, ale to, co się dzieje na Węgrzech przechodzi najśmielsze oczekiwania. W zasadzie nastąpił pełen powrót lata, a zmiana czasu na zimowy zdaje się dobrym żartem.

Rekordy najwyższych odnotowanych temperatur padają jeden za drugim. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak się je mierzy w Polsce – u nas raczej mówi się o najniższych temperaturach, Suwałki Mistrzem Polski, w tym naprawdę jesteśmy dobrzy. Na Węgrzech rekordy ciepła mierzy się wedle tego, jaka najwyższa temperatura została odnotowana nad ranem. Ostatni rekord to 16,3 st. C (w różnych miejscach w kraju) z 23 października i ja to mogę potwierdzić, bo spałam przy otwartych drzwiach balkonowych i o 1 w nocy aż poszłam sprawdzić, ile jest stopni. W Siófok było 17,4 C.

Lato w środku jesieni zachwyca wszystkich.

Lato w środku jesieni zachwyca wszystkich.

Węgrzy z każdej takiej chwili potrafią się cieszyć w sposób zachwycający.

Węgrzy z każdej takiej chwili potrafią się cieszyć w sposób zachwycający.

W ciągu dnia w cieniu jest 25 st. C, a trzeba wiedzieć, że słońce o wiele mocniej operuje na Węgrzech i gdy w Polsce już tylko świeci, tu nadal potrafi mocno przygrzać. Chodzi się zatem w koszulkach na ramiączkach albo z krótkim rękawkiem, z gołymi nogami, w krótkich spodenkach. Wieczorem można zarzucić bluzę. Grzech takiej pogody nie wykorzystać, więc Wegrzy tłumnie ciągną nad Balaton, tym bardziej, że w szkołach właśnie się zaczęła jesienna przerwa.

No rowerze w letniej sukience? Przecież jest upał! Na zimowy zmienia się czas, nie ubrania.

No rowerze w letniej sukience? Przecież jest upał! Na zimowy zmienia się czas, nie ubrania.

Nad Balatonem są takie tłumy, jakby wciąż trwała pełnia sezonu.

Nad Balatonem są takie tłumy, jakby wciąż trwała pełnia sezonu.

Nie wiem, co na to ryby - prawdopodobnie też zgłupiały.

Nie wiem, co na to ryby – prawdopodobnie też zgłupiały.

Węgrzy nie mają ferii zimowych – jest tylko przerwa świąteczna. Szkołę kończą też o tydzień wcześniej w czerwcu niż my. Ale mają przerwę jesienną – tydzień przed Świętem Zmarłych. W tym roku pogoda wyjątkowo dopisała. Nad Balatonem tłumy. Spacerowicze, rowerzyści, żeglarze na pełnych wodach. Statki kursują niemal jak w pełni sezonu. Port oblężony, do knajp kolejki.

Rejs w taką pogodę to czysta przyjemność.

Rejs w taką pogodę to czysta przyjemność.

Na wodzie ruch wcale nie mniejszy niż na lądzie.

Na wodzie ruch wcale nie mniejszy niż na lądzie.

Przyroda nie zostaje w tyle. Ogród różany ani myśli zapadać w sen zimowy. I tylko bratki na rabatkach zwiastują, że czas się szykować do zimy – węgierskiej zimy, oczywiście.

Chochoł? Sam jesteś chochoł! Ja tu kwitnę!

Chochoł? Sam jesteś chochoł! Ja tu kwitnę!

W Polsce bratki kojarzyły mi się z wiosną. Tu nieuchronnie zwiastują nadejście zimy.

W Polsce bratki kojarzyły mi się z wiosną. Tu nieuchronnie zwiastują nadejście zimy.

Rozgościły się już w najlepsze na wszystkich siófockich rabatkach.

Rozgościły się już w najlepsze na wszystkich siófockich rabatkach.

I nawet tym białym trudno uwierzyć, że znów ma nadejść śnieg.

I nawet tym białym trudno uwierzyć, że znów ma nadejść śnieg.


Skok z rowerem

Moja przyjaciółka Sylwia ma urodziny w lipcu. A dokładnie w drugiej połowie lipca. W tym zaś roku miała okrągłe 18. urodziny. Ten jubileusz wymagał odpowiedniego uczczenia. Że świętowaliśmy w Siófok, dodawać chyba nie trzeba.

Kiedyś Sylwia mi się zwierzyła, że jej marzeniem jest skok ze spadochronem. I jeszcze żeby do tego spadochronu był podczepiony instruktor, bo to raczej spokojna dziewczyna, a nie wielbicielka sportów ekstremalnych. Pomysł może niegłupi na urodzinową niespodziankę, ale jak to załatwić nad Balatonem? Árpi!

Wiedziałam, że w Siófok jest lotnisko dla małych samolotów i helikopterów, a nie wiedziałam, że na jego terenie organizują też skoki spadochronowe w tandemie (po węg. tandemugrás). Árpi zrobił rozeznanie przez telefon i pojechaliśmy na miejsce dokonać rezerwacji. Ekipa się tym zajmująca od razu zyskała moje zaufanie. Ponieważ akurat mieli grupę skoczków szykującą się do startu, to zaproponowali, żebyśmy się wszystkiemu przyjrzeli, swobodnie rozglądając się po terenie. Może moje obserwacje zabrzmią infantylnie, ale ja naprawdę nigdy nie widziałam z bliska spadochroniarzy. I niby każdy z nas ma swoje wyobrażenia jak wygląda taki skok, jednak na żywo to zupełnie co innego.

Hangary, cały sprzęt, obsługa, zaplecze – wszystko maksymalnie profesjonalne. Niby oczywistość, bo chodzi przecież o bezpieczeństwo, ale ja się spodziewałam bardziej spartańskich warunków. Przed startem jest półgodzinne szkolenie podczas zakładania kombinezonu, uprzęży itd. Mówią, co cię czeka, a potem wsiada się do helikoptera. Można skakać z 2500 m lub z 4000 m, ale od razu nam powiedzieli, że żeby było naprawdę przeżycie, to muszą być te 4 km, bo tak to ledwie skoczysz, już jesteś na ziemi. I można dodatkowo zamówić film – obok ciebie skacze facet i filmuje jak lecisz. Jak szaleć, to szaleć, zamówiliśmy opcję full wypas. Ale nie ukrywam, że obydwoje wychodziliśmy pod wrażeniem. Jak dla nas to było niemałym przeżyciem, to co dopiero mówić o Sylwii wyekspediowanej na 4 km?

Ta kupka materiału ma cię znieść z przestworzy.

Ta kupka materiału ma cię znieść z przestworzy.

Skoki odbywają się głównie w weekendy, jak zbierze się grupa. Ale uzależnione są też od pogody – musi być dobra widoczność i nie może wiać silny wiatr. Umówieni zatem byliśmy na telefon, żeby potwierdzić termin. Gdy przyjechała Sylwia, zabraliśmy ją do knajpy, gdzie podczas kolacji wręczyliśmy jej własnoręcznie przygotowany „voucher”. Zaskoczenie pełne, ale i radość ogromna. Klamka zapadła, odwrotu nie ma. Ponieważ pogoda była bajeczna, Árpi zaklepał termin na najbliższy weekend. Organizatorzy przedstawili nam jeszcze jedną możliwość: jeśli ktoś z nas nie chce skakać, a tylko przelecieć się helikopterem, to zapraszają. Grzecznie z Árpim odmówiliśmy, bo boimy się latać, a ja przytomnie dodałam, że w końcu jest google maps. Ale Árpi pomyślał o swoim synu Ákosu, który lot do Warszawy do dziś wspomina jako wielką przygodę. Zaczął mu więc tłumaczyć, że Sylwia, spadochron, tandemugrás. Ákos myśli, myśli i w końcu pyta: „Ja wszystko rozumiem, ale czemu Sylwia chce skakać z rowerem?!”. Od tej pory impreza została przemianowana na bicikliugrás.

Lot helikopterem nad Balatonem to też niemałe przeżycie - obojętnie z rowerem czy bez.

Lot helikopterem nad Balatonem to też niemałe przeżycie – obojętnie z rowerem czy bez.

Sądnego dnia całą ekipą załadowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy na lotnisko. Sylwia trzymała fason, choć na pewno trochę się denerwowała – jak zawsze przed nieznanym. Árpi pocieszał w sobie znanym stylu:  „Nie martw się, jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś został w górze”. Sylwię najbardziej niepokoiło szkolenie: „Nic nie zrozumiem!”. Zapewniałam, że tam w razie czego wszyscy mówią po angielsku. „I tak nic nie zrozumiem!”. Karnie przyjęłam rolę tłumacza, choć w ogóle do niczego nie byłam potrzebna. To bardziej taki instruktaż, co się będzie z tobą działo, kiedy się otworzy spadochron itd. Sylwia z Ákosem powędrowali do helikoptera – Sylwia z rowerem, czyli swym instruktorem w tandemie, Ákó z aparatem fotograficznym. Na ziemi zostałam z Árpim i Ewelinką – cioteczną siostrą Sylwii, która potem trochę żałowała, że nie odważyła się na lot. Ale i z tej perspektywy mocno wszystko przeżywaliśmy.

Straszne szkolenie polega na tym, że przeurocza pani opowiada, jaka frajda przed tobą.

Straszne szkolenie polega na tym, że przeurocza pani opowiada, jaka frajda przed tobą.

Dla dziewczyn dodatkową atrakcję stanowi apetyczny instruktor.

Dla dziewczyn dodatkową atrakcję stanowi apetyczny instruktor.

Ostatnia chwila żeby uciec - choćby na rowerze.

Ostatnia chwila żeby uciec – choćby na rowerze.

Najdłużej trwa wznoszenie się helikoptera aż osiągnie 4000 m – to jest ponad pułapem chmur. Helikopter jest ok. 20-osobowy, z otwartą dupą. Na ziemi 40 st. C, na tej wysokości 2 st. C. Ákos twierdził, że zbyt ciepło w T-shircie nie było. Choć to, na co najbardziej narzekali z Sylwią, to upiorny hałas. Balaton naprawdę widać jak na mapach google. A wyskakujący z helikoptera skoczkowie wyłaniali się z chmur jak czarne punkciki. Z przerażeniem i fascynacją myśleliśmy, że jednym z nich jest Sylwia.

Tu mi powiało grozą, że któraś z tych szpileczek to moja najlepsza przyjaciółka.

Tu mi powiało grozą, że któraś z tych szpileczek to moja najlepsza przyjaciółka.

Powiedzieli nam, jakiego koloru Sylwia będzie miała spadochron, więc jak ją wypatrzyliśmy, okrzykom nie było końca.

Powiedzieli nam, jakiego koloru Sylwia będzie miała spadochron, więc jak ją wypatrzyliśmy, okrzykom nie było końca.

Z Árpim robiliśmy za stare wygi, jako że mieliśmy już na swoim koncie rekonesans, ale i tak nie obyło się bez zaskoczeń. Lądowanie w dwie osoby kończy się komicznie na dupie, którą szoruje się przez kilkanaście metrów po trawie. A Sylwia nas rozczarowała, lądując lekko na nóżkach jak baletnica. Instruktor przyznał potem, że jest tak filigranowa, że utrzymał ją bez trudu. Bo w poprzednim skoku miał podpiętego ponad 100-kilowego Niemca i zryli dobrze tyłkami murawę, żeby wyhamować.

Sylwia wylądowała jak prawdziwy zawodowiec, nie dając nam pretekstu do żadnych podśmichujek.

Sylwia wylądowała jak prawdziwy zawodowiec, nie dając nam pretekstu do żadnych podśmichujek.

I jak równy z równym przybijała piątkę z kolegami-rowerzystami.

I jak równy z równym przybijała piątkę z kolegami-rowerzystami.

Sam skok trwa ok. 10 minut, cały lot Ákosa w helikopterze to było niecałe pół godziny. Ale wiadomo: zanim wystartują-wylądują trochę czasu się schodzi. Na miejscu jest bufet, a wokół trwa swoisty piknik wśród rodzin i przyjaciół tych wariatów tam w górze. Bez przeszkód można przynieść swoje wiktuały – arbuz i melon w kostkę, ciasto, sodówka z syropem z czarnego bzu umilały nam obserwacje i zwiększały szanse na przeżycie w ten niemiłosierny upał. Wyrywaliśmy sobie lornetkę z rąk i wstrzymywaliśmy oddech, gdy Sylwia miała lądować. Nie ukrywam, że jednak odetchnęłam z ulgą, jak już ją mogłam wyściskać. Chociaż nie omieszkałam też spytać, czy pampers suchy. Węgrzy ryknęli śmiechem, Sylwia w normalnych okolicznościach by mnie zdzieliła, ale była zbyt szczęśliwa, by się złościć. Nawiasem mówiąc później się dowiedziałam, że Węgrzy na pampersy mówią liberó, bo najpopularniejsza marka na Węgrzech to właśnie Libero, a nie Pampers.

Piknik w loży dla VIP-ów. Zdaniem organizatorów byliśmy najweselszą ekipą.

Piknik w loży dla VIP-ów. Zdaniem organizatorów byliśmy najweselszą ekipą.

Sylwia oczywiście zachwycona, choć na gorąco to człowiek tylko umie się uśmiechać i mówić w kółko, że było fantastycznie. Za chwilę był z nami Ákó i znów on zdawał swoją relację. Wierzcie mi, że ekipa naziemna też miała co opowiadać. Gadaliśmy jeden przez drugiego i zgodnie przyznaliśmy, że był to prezent nie tylko dla Sylwii, ale dla nas wszystkich.

Ostatni zawodnik drużyny pierścienia powraca z przestworzy.

Ostatni zawodnik drużyny pierścienia powraca z przestworzy.

Ákos przelatuje nad Siófok - zdjęcie jego autorstwa - w tle Półwysep Tihany.

Ákos przelatuje nad Siófok – zdjęcie jego autorstwa – w tle Półwysep Tihany.

 

Na koniec jako stali wyjadacze zaciągneliśmy z Árpim towarzystwo do hangaru, gdzie odbywało się składanie spadochronów. Bite 20 minut fascynującej i ciężkiej pracy, żeby taką płachtę materiału zmieścić w maleńkim plecaku. Jak to Árpi filozoficznie stwierdził: „Po chuju robota, spierdolą ci ją w ułamku sekundy”.

I kto tu kogo dyma, panie kolego?

I kto tu kogo dyma, panie kolego?


Kobieta za ladą

Nie zliczę, ile festiwali przeżyłam już w Siófok. Każdy miał swoje wyjątkowe chwile, choć do tej pory najlepiej wspominałam jeden z okazji święta św. Stefana 20 sierpnia. Na Węgrzech jest to święto narodowe ku czci patrona kraju. 22 sierpnia mam urodziny, więc często zbiegają się one z festiwalowym programem. Szybko dorobiłam się swoich zaprzyjaźnionych wystawców, zwłaszcza w branży alkoholowej, którym spontanicznie nieraz robiłam za hostessę.

Bo proszę sobie wyobrazić polską dziewczynę, która z definicji ma najwięcej witamin, przy jednej z festiwalowych budek, popijającą wino. I mówiącą całkiem szczerze z uroczym akcentem (Węgrzy twierdzą, że wymowę mam rozczulającą) wszystkim podchodzącym klientom, że tu jest najlepsze wino, a ja wiem, co mówię, bo jestem z Polski. Kto miał najwyższe obroty, nietrudno zgadnąć. Chłopcy mnie uwielbiali, wino lało się strumieniami, a w moje urodziny strumieniami polał się też deszcz. Przyszła taka burza, że w połowie koncertu technicy w popłochu ściągali wzmacniacze ze sceny, ludzie pierzchali, gdzie się dało, a festiwalowe budki zamykały się z hukiem, by ocalić towar przed zacinającą ulewą.

A moi koledzy z winnicy z Zamárdi? Jasne, że zaprosili mnie do środka, ale w ślad za mną wszystkich, którzy nie mieli się gdzie schronić. Łącznie z konferansjerem prowadzącym całą imprezę. Tak w maleńkim drewnianym domku obliczonym na dwóch sprzedawców, gdzie połowę powierzchni zajmowały lodówki z winem, wylądowało 10 osób. I jak gospodarze wszystkim obwieścili, że pijemy, bo ja mam urodziny, to w życiu nie miałam takiej imprezy urodzinowej w blasku piorunów. Bo oczywiście prąd szlag trafił. Częstowałam przywiezioną z Polski gdańską goldwasser, której już niestety nie można kupić, a robiła na Węgrach niesamowite wrażenie (wiem, wiem, są niemieckie podróbki, ale to nie to). „To prawdziwe złoto i można je pić?!”.

Ale poza tym epizodem nigdy nie stałam po drugiej stronie lady. Kiedy zatem Árpi powiedział, że pod koniec lipca będzie sprzedawał palinkę na festiwalu w Zamárdi (nomen omen) i potrzebuje hostessy, nie wahałam się ani chwili. To, że się nie wahałam, nie znaczy, że się nie denerwowałam. To już nie miały być wygłupy i pomoc z doskoku, tylko pełnowymiarowa praca. Setki razy byłam hostessą w Polsce, w sumie to najłatwiejszy sposób, żeby dorobić na studiach, ale umówmy się, że wtedy miałam się głównie uśmiechać, a nie mówić po węgiersku.

Festiwal Rosé rozłożył się tuż przy głównej plaży, w samym centrum Zamárdi.

Festiwal Rosé rozłożył się tuż przy głównej plaży, w samym centrum Zamárdi.

Z plaży zaś wychodziło się wprost na festiwal.

Wystarczyło zrobić dosłownie krok, aby znaleźć się wśród  wszystkich festiwalowych atrakcji.

To był Festiwal Rosé – festiwal dedykowany różowemu winu, bardzo popularnemu, charakterystycznemu dla regionu Balatonu. Tylko my jedni mieliśmy budkę z palinką. A nie wszyscy Węgrzy lubią wino. Są tacy, którzy mimo upałów przedkładają nad wino mocniejsze trunki. Także nie mogliśmy narzekać na brak klienteli ani na nadmiar konkurencji. Szczęśliwie się złożyło, że konkurencji nie było też za wiele jeśli chodzi o sprzedawczynie. Dominowali mężczyźni, bo to naprawdę ciężka praca – od piątku do niedzieli do 2 w nocy na nogach. Ale pal sześć, że Árpi kazał mi prezentować głębokie dekolty, bo to nie one do końca zaważyły na naszym powodzeniu. Árpi mówi po niemiecku, ja po polsku i po angielsku. Obydwoje po węgiersku, z tym że on trochę lepiej. Polaków w to lato było nad Balatonem zatrzęsienie – wszyscy się śmieją, że to robota Helki. Jak zagadywałam do przechodzących rodaków, że to jedyna budka na festiwalu, w której mówi się po polsku, to zawsze było zdziwienie, zachwyt, setka pytań i oczywiście kolejka palinki dla wszystkich. A muszę przyznać, że Polacy bardzo chcą za granicą kosztować nowych smaków, szukają regionalnych produktów, chętnie się uczą, tylko muszą mieć ku temu okazję.

Nie zabrakło festiwalowej sceny, choć koncerty były skromniejsze niż w Siófok.

Nie zabrakło festiwalowej sceny, choć koncerty były skromniejsze niż w Siófok.

Na przeciw sceny na gości czekał rząd festiwalowych budek.

Na przeciw sceny na gości czekał rząd festiwalowych budek – nie tylko z różowym winem.

Nie mogło oczywiście zabraknąć nie tylko trunków, ale i porządnej węgierskiej kuchni.

Nie mogło oczywiście zabraknąć nie tylko trunków, ale i porządnej węgierskiej kuchni.

Ale żeby nie było tak różowo – wbrew nazwie festiwalu – nie obyło się bez wpadek. Árpi przywiózł lodówkę pożyczoną od kumpla i okazała się… mikrofalówką. Działała, tylko zamiast chłodzić grzała. Na gwałt zaczęło się organizowanie sprzętu zastępczego. Palinkę w przeciwieństwie do wódki należy pić w temperaturze pokojowej, nie zmrożoną. Ale temperatura pokojowa oznacza 19 st. C, a nie 42 st. C. Udało się oczywiście. Potem w niej wylądował także palcsintatorta.

Myślę, że na całkiem miłe miejsce zamieniłam warszawski biurowiec...

Myślę, że na całkiem miłe miejsce zamieniłam warszawski biurowiec…

Szyld "Dom Palinki" pojawił się dopiero w sobotę, ale i tak obyło się prawie bez wpadek.

Szyld „Dom Palinki” pojawił się dopiero w sobotę, ale i tak obyło się prawie bez wpadek.

Nie ukrywam, że po całym festiwalu odetchnęłam z ulgą, że nie dałam plamy i wszystko się udało.  Kolejne nowe i fascynujące doświadczenie. Zdziwienie Węgrów, że polska laska sprzedaje palinkę na festiwalu nad Balatonem jest trudne do oddania. Ja sama do dziś nie mogę w to uwierzyć. Jaką drogę odbyłam od turystki świętującej urodziny pod festiwalową budką do dziewczyny klarującej rdzennym Węgrom skąd się jaki rodzaj palinki wziął. Czyż życie nie jest zachwycająco nieprzewidywalne?

Z kieliszkiem palinki można było stanąć nad Balatonem, by podziwiać zachód słońca nad Półwyspem Tihany.

Z kieliszkiem palinki można było stanąć nad Balatonem, by podziwiać zachód słońca nad Półwyspem Tihany.

To się nazywa mieć ładny widok z pracy.

To się nazywa mieć ładny widok z pracy.


Pracująca dziewczyna

Niedawno film o tymże tytule przypomniała węgierska telewizja. Widziałam go lata temu, gdy miał swą premierę w polskich kinach i z chęcią odświeżyłam sobie całą fabułę. Jedyna scena, którą pamiętałam i która nas wówczas z mamą bawiła do łez, to jak Melanie Griffith wpada spóźniona do pracy i zmienia pod biurkiem adidasy na szpilki. Także jakbym cały obraz oglądała na nowo.

Do Siófok zawitała jesień i po gorącym sezonie cieszy wszechobecny spokój.

To jest moja droga do pracy. Do Siófok zawitała jesień i po gorącym sezonie cieszy wszechobecny spokój.

A oglądanie węgierskich filmów wcale nie jest łatwe, bo tak w telewizji, jak i w kinie jest dubbing. W kinie bardzo sporadycznie trafiają się filmy z napisami – z reguły te z nurtu kina ambitniejszego, które ma tak małą widownię, że napisy wychodzą taniej. A nieprzyzwyczajeni do nich Węgrzy mają wówczas spore kłopoty, bo potrafią albo czytać, albo śledzić akcję. Wiem, co mówię, bo byłam na filmie Woody Allena o Rzymie (nie wiem, jaki był polski tytuł) w węgierskim towarzystwie. Szczerze, to i ja przeżyłam niezłą schizofrenię, gdyż aktorzy mówili tak po angielsku, jak i po włosku, a do tego były węgierskie napisy. Nie oszukujmy się, że znam węgierski tak dobrze, by wyłapać wszelkie smaczki humoru Allena, więc czasem wsłuchiwałam się w angielski, a i włoski, którego lata temu uczyłam się w szkole, momentami się przydawał. Wyszłam jednak mocno podbudowana swą multilingwistyczną podzielnością, tym bardziej że mojemu węgierskiemu towarzyszowi musiałam co nieco tłumaczyć, bo albo miał nieme kino, albo czytankę.

Ale kwiatki w ogródkach szaleją feerią barw, jakby lato wciąż trwało.

Kwiaty mają swoją mowę i szaleją w ogródkach feerią barw, jakby lato wciąż trwało.

Tym bardziej ucieszyła mnie „Pracująca dziewczyna”, którą zrozumiałam  bez problemów. Dopiero w takich konfrontacjach z językiem czuję, że czynię postępy. Bo tak na co dzień to słyszę głównie swoje błędy albo czuję mordęgę, gdy nie umiem powiedzieć czegoś tak, jak bym chciała. Poza tym przez całe lato byłam tak ciężko pracującą dziewczyną, że to zmienianie adidasów na szpilki już mnie w ogóle nie śmieszyło.

Ale nie narzekam – Boże broń! Oby tak dalej. Tyle że się cieszę, że w końcu mam chwilę, by wrócić do pisania. Postaram się ponadrabiać zaległości, bo prócz pracy sporo się działo w te wakacje.

Przede wszystkim dlatego, że przez siófocką rezydencję przewaliło się wyjątkowo sporo gości. Od kiedy wyjechałam z Warszawy, powtarzam wszystkim przyjaciołom, żeby raczej oni przyjeżdżali nad Balaton niż ja do Polski. Nie żebym się obraziła na ojczyznę, ale znam ją o wiele lepiej od statystycznego rodaka, więc jedynym zaskoczeniem dla mnie mogą być ceny alkoholu. A jak ktoś przyjedzie do mnie, to i pozwiedza, i picie taniej wyjdzie.

Pielgrzymki nad Balaton są na pewno o wiele bardziej uzasadnione niż moja do Jeleniej Góry.

Pielgrzymki nad Balaton są na pewno o wiele bardziej uzasadnione niż moja w kierunku Jeleniej Góry („pan wie, kto po nim stąpał”).

Fajnie, bo byli stali bywalcy, jak i zupełni nowicjusze, ale wierzcie, że choć każdemu co innego się na Węgrzech podobało, na co innego zwracał uwagę, to wszyscy przyznawali zgodnie, że rozumieją moje zauroczenie tym krajem. Byli i tacy, którzy byli na Węgrzech jako dzieci i do dziś zachowali niezwykłe wspomnienia – cudownie wyrwane z kontekstu, jak to u dzieci. Przyjechał na przykład mój serdeczny znajomy, który jako 4-latek zapamiętał palacsintatorta czyli tort naleśnikowy. Jeść nie jadłam, ale słyszałam o takowym. Pytam tylko, czy na słono, czy na słodko, bo są dwie wersje? Na słodko, jego mama potem w Polsce próbowała mu ten smak odtwarzać, ale nigdy nie wyszło dokładnie to. I oczywiście pyta, gdzie w Siófok można taki zjeść.

Szczerze, to nigdzie, bo tort naleśnikowy raczej robi się w domu – to pracochłonna potrawa, którą w dodatku trzeba sprzedać od ręki, więc knajpom się nie opłaca. Ale od czego Kasia i jej znajomości. Wśród siófockich restauracji mam swoją zdecydowaną faworytkę – Öreg Halász, czyli Stary Rybak. Nie jest to knajpa na codzienne stołowanie się, choć ceny ma przystępne, ale położona jest poza centrum, na granicy miasta i nastawiona na gości, dla których posiłek jest świętem, celebracją, a nie koniecznością po zejściu z plaży. Spokojnie, można tu przyjść w podkoszulku i krótkich spodenkach, ale kto się naoglądał francuskich filmów, ten zrozumie to pełne namaszczenia podejście do jedzenia. Jakby było mało właściciel Józsi bácsi (czyt. Jożi baczi, czyli wujek Józek) wygląda jak węgierska kopia Louisa de Funès. Dba o gości nawet jak na węgierskie standardy ponad normę, w dodatku mnie uwielbia (to już zupełnie normalne) i nic mi nie szkodziło spytać o palacsintatorta.

Na rabatkach przekładaniec kolorów też przywodzi na myśl bajeczny tort.

Na rabatkach przekładaniec kolorów też przywodzi na myśl bajeczny tort.

Na kiedy ma być? Wysoki czy niski? Zamówiliśmy niski, a i tak był z kilkunastu naleśników, jeśli nie dwudziestu. Przekładanych na zmienę różnymi kremowymi masami – czekoladową, orzechową, karmelową. Najśmieszniejsze, że wcale nie był upiornie słodki, a wszystkie smaki były naprawdę idealnie wyważone. Ja niestety nie mogłam towarzyszyć ekipie w restauracji, bo pracowałam na festiwalu (o tym w kolejnych relacjach). Ale z opowieści wiem, że jak wjechał przysmak na stół, to sąsiednie stoliki węgierskie wydały głębokie westchnienia i przez restaurację przeszedł szept podawany z ust do ust: „palacsintatorta!”. Wyglądało na to, że to przysmak dzieciństwa dla wielu Węgrów, którego dziś ze świecą szukać, taki co się jadło u babci – nowym pokoleniom nie chce się tej sztuki uczyć. Ja zresztą też z rozmarzeniem wspominam smak rogalików pieczonych przez moją babcię, choć od dziecka nie cierpię słodyczy, ale to była poezja. Louis de Funès oczywiście mało nie pękł z dumy. Zasłużenie, bo towarzystwo nie było w stanie zjeść nawet tej mniejszej, niższej wersji w całości i przywieźli nam na festiwal resztę, więc kosztowałam i ja, i wiem o czym piszę. Acha, pewnie dlatego mi nie wydawał się taki słodki, bo jadłam na zimno, a Józsi bácsi zaserwował im tort na ciepło.

Natomiast mina oddająca bezmierny błogostan zamawiającego – bezcenna. Tak, to był dokładnie ten smak czterolatka. Na Węgrzech spełniają się marzenia.

I chodzę złotymi uliczkami ku świetlanej przyszłości.

I chodzę złotymi uliczkami ku świetlanej przyszłości.