Monthly Archives: Listopad 2013

Kierowca z bombowca

Nie jest łatwo pisać o sobie. A siłą rzeczy będzie to odcinek ekshibinistyczny. Muszę się jednak nieco wytłumaczyć, nim przejdę do sedna. Bardzo kocham samochody. I w ogóle wszystkie maszyny. Pociągi, tokarki, a w szczególności maszyny do pędzenia palinki.

Nie mam żadnych tradycji rodzinnych, nie jestem córką kolejarza ani kierowcy rajdowego. Wręcz przeciwnie, mój ojciec może nie tyle miał dwie lewe ręce do typowo męskich prac domowych, co uważał, że każdy powinien być fachowcem w swojej dziedzinie. I on wolał poświęcać swój czas na kręcenie filmów, a zarobione pieniądze przekazywać na rzecz hydraulików, ślusarzy i taksówkarzy. Moi rodzice nigdy nie mieli samochodu.

Jak przychodził pan naprawiać kran, to pytałam, czy nie będę przeszkadzać, jak popatrzę. Nie zdarzyło się, by któryś mężczyzna nie przystał na me towarzystwo, a ja podawałam pakuły, które niegdyś zastępowały uszczelki i z zachwytem chłonęłam szkolenie. Tak już jako nastolatka większość urządzeń potrafiłam sama naprawić w domu i nikogo wzywać nie trzeba było, a mama załamywała ręce, że na pewno męża będę miała takiego, co gwoździa nie przybije.

Na szczęście srodze się pomyliła, bo zawsze miałam szczęście do mechaników. Na randkach rozmawialiśmy o silnikach, a ja w końcu zostałam dziennikarką motoryzacyjną. I nie tylko zrobiłam prawo jazdy, ale też wielokrotnie zdobywałam puchary w zawodach.

Ponieważ moja przyjaciółka Sylwia miała okrągłe urodziny w lipcu, a jesteśmy z tego samego rocznika, tak ja miałam okrągłe urodziny w sierpniu. Nadszedł czas słodkiego rewanżu. Od razu jej zapowiedziałam, żeby nawet nie myślała o wysyłaniu mnie w przestrzeń międzyplanetarną – wszystko jedno z rowerem czy bez! Załoga jednak znów się dobrze zmówiła i zgotowali mi niespodziankę. W przeciwieństwie do Sylwii do ostatniej chwili w ogóle nie wiedziałam, co mnie czeka. Powiedzieli tylko, że mam się ubrać na sportowo, pić nie wolno i powieźli w nieznane.

Przeczuwałam, że coś z samochodami – w każdym bądź razie coś, co trzeba prowadzić, skoro nie mogę się napić – ale nie miałam bladego pojęcia, w co mnie pakują. Tym bardziej, że nawet okolicy nie znałam, w którą mnie wywieźli. O, proszę się nie martwić! Cała ekipa poza mną używanie miała wyśmienite, a im moja mina była mniej wyraźna, tym ich samopoczucie wpadało w ochocze rozpasanie.

Pierwsze żarty były takie, że mamy napadać na bank.

Pierwsze żarty były takie, że mamy napadać na bank.

Wylądowaliśmy na torze rajdowym. Z prawdziwymi rajdowymi samochodami. Golas, klatka, przyspieszenia i przeciążenia. Jest instruktor, jedna runda – pokazuje ci, co i jak, a potem siedzi koło ciebie. Ale przecież nic za ciebie nie zrobi. A jak nie zrozumiem?! Acha, ja się śmiałam, że Sylwia boi się szkolenia…

Mitsubishi Lancer Evo VI, 350 KM, 5,2 s. do 100 km/h, napęd 4x4.

Mitsubishi Lancer Evo VI, 350 KM, 5,2 s. do 100 km/h, napęd 4×4.

Przed nami była ekipa chłopaków, którzy fundnęli tę zabawę kuplowi w ramach wieczoru kawalerskiego. Koleś jak zajął miejsce kierowcy, tak odwalił klasykę gatunku pt. „ja mu w gaz, a on zgasł”. Bo sportowe sprzęgło to jest naprawdę inna bajka. Potem go jeszcze wywalało z trasy i generalnie można było odnieść wrażenie, że wszyscy się dobrze bawią jego kosztem.

Gwiazda wszystkie śmiechy postanawia przyjąć na klatę.

Gwiazda wszystkie śmiechy postanawia przyjąć na klatę.

IMG_3552

A teraz lala się skup, bo będę mówił po węgiersku.

Wsiadałam zatem pełna obaw. Roześmiane twarze moich przyjaciół jednoznacznie wskazywały na to, że zamierzają mieć ubaw po pachy. Choć jednocześnie wiedziałam, że wierzą we mnie i chcą wszystkim utrzeć nosa. Instruktor nie był aż takim optymistą. Gdy ruszałam na próbną rundę, Gábor bardziej stwierdził, niż spytał: „Ty tylko na przejażdżkę?”. Odpowiedziałam, że nie, ja też mam zaraz prowadzić. Przełknął tę szokującą wiadomość dość profesjonalnie. Na lekkie uspokojenie rzuciłam, że w Polsce byłam dziennikarką motoryzacyjną i pewne pojęcie mam.

IMG_3553

Najmniejszy ruch kierownicą powoduje skręt o 90 st. Nie zna życia, kto nie prowadził rajdówki.

Po pierwszym okrążeniu zamieniliśmy się miejscami. Tor niespecjalnie długi, ale kręty i o zmiennej nawierzchni – z asfaltowej na szutrową, co wymagało sporej czujności.

IMG_3554

To tych chłopaków nie mogłam zawieść. I Sylwii, której nie widać, bo dokumentuje.

Ruszyłam z kopyta, na którymś zakręcie wywaliło mnie raz. Ale co to za frajda, jak nie wywali. Poza tym tylko raz, raz, jeden raz i ani razu więcej. Gábor na początku podrzucał: „Trójka, gaz, redukcja!”, ale potem już tylko słyszałam: „Bardzo dobrze, świetnie, tak!”.

IMG_3555

Z każdym okrążeniem idzie lepiej – i o to chodzi!

Przyjaciele w prezencie wykupili mi 10 okrążeń. Minimum to 5, ale super, że było 10, bo wtedy się dopiero człowiek nakręca i można dać płynąć adrenalinie. Zmierzenie się z sobą, z własnymi możliwościami, pokonanie strachu jest cudownym przeżyciem.

IMG_3556

Wiraże z piskiem opon i tumanami kurzu są równie widowiskowe dla publiczności.

IMG_3557

I gaz do dechy, bo tu w końcu można zaszaleć w bezpiecznych warunkach.

IMG_3558

Adrenalina, maksymalna koncentracja i skrajna euforia – takich przeżyć się nie zapomina.

Choć najfaniej się wysiada, wpadając w ramiona najbliższych. Którzy mało nie pękną z dumy, słysząc słowotok pochwał instruktora, oczywiście patrząc na niego z minami „wszystko, co mówisz, było dla nas jasne od początku”. A mi zaraz cichaczem cytują komentarze sąsiedniej ekipy pod adresem mojego poprzednika: „Patrz lebiego, baba lepsza od ciebie!”. Mam nadzieję, że to nie będzie zła wróżba na jego nową drogę życia.

IMG_3563

Jeszcze sesja zdjęciowa i już można świętować urodziny na całego!