Monthly Archives: Wrzesień 2014

Na straganie w dzień targowy

 

To bardziej będzie foto-reportaż, bo cóż tu gadać. Prawie każdy ma swoją halę, na którą albo pod którą chodzi. Wiem, że tylko niezdrowa skłonność do nauki języka węgierskiego może skłaniać do takich dygresji, ale zważcie, że na hali kupuje się wewnątrz budynku, a pod halą – w okolicznych budkach.

W Siófok chodzę na halę, bo cały handel mieści się wewnątrz budynku. Wyjątkiem jest sprzedaż choinek przed Bożym Narodzeniem. Tylko wtedy mogę kupić coś „pod halą”.

hala 0

To jest moja hala, w samym centrum Siófok, spacerkiem raptem 2 minuty od domu.

hala 1

Zawsze świeży towar i tłumy kupujących. Żadna promocyjna cena nie skusi do supermarketu.

hala 2

Zachwyca mnie tu też wybór produktów regionalnych. Takiej fasolki ja nigdy nie widziałam.

Hala jest fajna i swojska. Panują w niej normalne, zdrowe układy znane chyba pod każdą szerokością geograficzną. Każdy ma swego ulubionego sprzedawcę, ci z kolei pamiętają upodobania klientów. Zawiązują się trudne do opisania więzi, które pławią się w sosie nieustawicznych międzysąsiedzkich spotkań i zaglądania sobie do garnków. Na tym etapie – zaglądania do koszyków, co na jedno wychodzi.

hala 3

Domowe przetwory w setkach odmian. Aż dziw, że Unia Europejska jeszcze nie położyła na tym łapy. Żartuję – na pewno położyła.

hala 4

Mówcie, co chcecie – dzieło sztuki!

hala 5

Jaki pan, taki kram. Dla uważnych czytelników bloga – patrz „Historia penisa”.

hala 6

Najlepsze kasztany piecze się w Daránypuszta. Kasieńka lubi je zwłaszcza jesienią.

Jak byłam małą dziewczynką, bardzo lubiłam się z babcią bawić „w sąsiadki”. Wychylałyśmy się przez sąsiednie okna naszego lub jej mieszkania i tak toczyłyśmy z góry ustaloną konwersację. Po powitaniach moja babcia pytała: „A co tam sąsiadka na obiad gotuje?”. Ja zawsze odpowiadałam, że pierogi. Na co babcia: „A to chwała Bogu, bo ja też pierogi”.

Na chwałę Boga jest ta cała siófocka hala pełna dobroci.

hala 7

Winobranie. Tu wręcz niepojęte. Nie ma się z kim umówić na weekend, bo wszyscy są na winobraniu.

hala 8

Te miedziane kociołki nazywają się bogrács. Na polską logikę każde ugotowane w nich danie to bogracz.

hala 9

Sklep z wędlinami to temat na osobny wpis. Dość powiedzieć, że to stąd kilogramami wędrują paprykowe kiełbasy do Polski.

Oczywiście każdy powie, że jak Węgry, to musi być papryka. Tej nie brakuje. I to pod każdą postacią – marynowaną, surową, jak i we wszystkich odmianach łagodnych i ostrych.

hala 10

Warzywa zamordowane w occie to węgierska specjalność.

hala 11

Paprykowe morze. Teraz ma najwięcej aromatu.

hala 12

Do wyboru, do koloru.

hala 13

A pod halą taki piękny maluch – najpewniej jakiegoś faceta z jajami.

Odnośnie ostatniego zdjęcia nie mogę się powtrzymać od przytoczenia pewnej historyjki. Razu pewnego byłam z mamą pod Halą Mirowską (najsłynniejsze targowisko w śródmieściu Warszawy). Przeciskamy się w ciżbie ludzkiej, w jednym stoisku to, w drugim tamto. Kolejnego sprzedawcy mama się pyta: – A jajka pan ma? – Nie – pada odpowiedź. Na co rodzicielka do mnie teatralnym szeptem: – Kaleka!


Podkłady strunobetonowe na łapkach sprężystych

Jak już wspominałam, trwa modernizacja balatońskiej linii kolejowej. Ponieważ pociągi uwielbiam, plac budowy traktuję jako darmowe kino. Oglądam codziennie, fotografuję, jak się uda. Węgierscy przyjaciele się śmieją, że nawet MÁV (węgierski odpowiednik PKP) nie będzie miał takiej dokumentacji robót.

Széplák-felső to zachodnie krańce Siófok. mam tam swoja ulubioną piekarnię.

Széplak-felső to zachodnie krańce Siófok. Mam tam swoją ulubioną piekarnię.

Kolej to wdzięczny temat, ale tak na poważnie zainteresowałam się nią gdzieś 10 lat temu, trochę znudzona samochodami, które nie miały już przede mną zbyt wielu tajemnic. Wgryzając się w temat, trafiłam na forum miłośników kolei. A im więcej wiedziałam, tym bardziej mnie irytowały niektóre wypowiedzi. Czytałam i się złościłam, aż któregoś wieczoru mój ówczesny chłopak stwierdził rzeczowo: „Zamiast się pieklić, zaloguj się tam i im odpowiedz”. I tak też zrobiłam.

Byłam jedyną dziewczyną wśród setki forumowiczów. Niektórzy powątpiewali w moje istnienie, inni sądzili, że ktoś się pode mnie podszywa. Dopiero na zlocie mogłam udowodnić, że ja to ja, a postów nie dyktuje mi ukochany. Fajnie nie tylko mieć pasję, ale naprawdę spróbować zgłębić temat. Dużo można się dowiedzieć i poszerzyć swoją wiedzę o świecie.

Modernizacja idzie na całego - łącznie z wymianą peronów.

Przebudowa idzie na całego – łącznie z wymianą peronów.

Modernizacje linii kolejowych to jeden z ciekawszych wątków w tym obszernym temacie. I bardzo na czasie – tak w Polsce, która wdraża Pendolino, jak i na Węgrzech. Do tematu pewnie wrócę nieraz. Dziś będzie o kolejowych podkładach.

Już widać wyraźnie teren przygotowany pod drugi tor.

Już widać wyraźnie teren przygotowany pod drugi tor.

Dawniej tory układano na podkładach drewnianych. Drewno było impregnowane olejem, który w upalne dni wytwarza charakterystyczny, smolisty zapach – na pewno go znacie z dworców. Ale mimo tych zabezpieczeń drewno próchnieje, a wymiana do tanich nie należy – ze względu na koszt surowca, ale też umówmy się, ile lasów można wyciąć? Pomysł pionierów kolejnictwa wcale jednak nie był głupi, bo drewniane podkłady są elastyczne i „uginają się” pod ciężarem przejeżdżającego pociągu. Tłumią drgania, ale przez to, że „pracują”, same są dość wytrzymałe i się nie łamią. Szyny przykręcano do podkładów śrubami.

Drewno wyparł żelbeton. Mówiąc obrazowo: zwykłe klocowate belki, podobne drewnianym, wzmocnione w środku żelaznymi prętami. To tańsze podkłady, odporne na warunki atmosferyczne. Ale coś za coś – brak im elastyczności. Szyny wciąż przykręcano śrubami, więc już wszystko „na sztywno”. Ileś tam pociągów, miliony drgań i taki podkład po prostu pęka, kruszy się.

Oto tytułowy bohater - naprawdę pręży się jak struna.

Oto tytułowy bohater – naprawdę pręży się jak struna.

A teraz stosuje się podkłady strunobetonowe na łapkach sprężystych. Prawda, że fikuśnie brzmi? A spróbujcie to wyrecytować jakiemuś facetowi. Pójdzie za wami na koniec świata. W przeciwieństwie do nazwy konstrukcja wcale nie jest skomplikowana. To w sumie wciąż żelbetowy podkład, tylko że biegnące w jego wnętrzu pręty są wygięte jak struna. Widać to też po jego zewnętrznym kształcie. Ten prosty zabieg sprawia, że podkład staje się dość elastyczny, lepiej znosi ciężar pociągu. Można zaryzykować tezę, że ma wszystkie zalety drewna i tradycyjnego żelbetonu. Ale żeby cały tor lepiej „pracował”, a co za tym idzie – był trwalszy, śruby zastąpiono łapkami sprężystymi. Śruba to śruba, wiadomo, jak dobrze przykręcimy, to na amen. A łapka sprężysta wygląda dokładnie tak, jak się nazywa. Jest metalową, elastyczną „łapką”, która trzyma szynę w ryzach. Ale też pracuje razem z nią. Jak przejeżdża pociąg, to cała konstrukcja mu się poddaje. Większy jest komfort jazdy, ale i wytrzymałość torów.

Łapka w całej swojej sprężystej okazałości.

Łapka w całej swojej sprężystej okazałości.


Balatoński pudding rybny

Bardzo lubię chodzić na wystawy. Moja mama niezmordowanie ciągała mnie po różnorakich ekspozycjach wbrew opiniom otoczenia, że 3-latka niewiele z tego zrozumie, a już na pewno nic nie zapamięta. Teoria mojej mamy, że jednak coś tam dziecięcy mózg zapisze na twardym dysku i wykorzysta potem w odpowiednim momencie, raczej zdaje się zwyciężać.

Dziś jednak mój mózg wpadł w absolutną euforię. Otóż jest w Siófok wystawa poświęcona Siotour – nieistniejącemu już, największemu balatońskiemu operatorowi turystycznemu. Operator to głupie, choć modne słowo. Siotour było nawet czymś więcej niż biuro podróży. Przedsiębiorstwo, państwo w państwie. Nawet jak powiemy, że węgierski Orbis, to będzie za mało. Siotour bardziej przypominało PKP, które swego czasu miało własne kopalnie i trzodę chlewną. Balatoński potentat dysponował nie tylko bazą noclegową w najbardziej intratnych punktach, ale mieli własne centra rozrywki, sale koncertowe, punkty gastronomiczne, a nawet… papierosy!

Ten wpis będzie na pewno jednym z dłuższych, ale zaraz się wyjaśni, dlaczego podniecam się aż tak. Zacznę jednak od tego, że wystawa, choć zgromadzona w skromnych trzech salkach, obfituje w takie bogactwo eksponatów, że na pewno będę tam musiała wrócić, doczytać i dopytać. Bo na przykład o puddingu z ryb to ja pierwsze słyszę.

Dietetyczny balatoński pudding rybny - brzmi prawie jak paprykarz szczeciński.

Dietetyczny balatoński pudding rybny – brzmi prawie jak paprykarz szczeciński.

A powód podniecenia jest na wskroś osobisty. Apartamentowiec, w którym mieszkam, jest przerobionym budynkiem po siófockiej siedzibie Siotour.

Tak wyglądała siedziba główna Siotour w Siófok.

Tak wyglądała siedziba główna Siotour w Siófok.

siotour 2

A tak wygląda ten sam budynek obecnie.

Zawsze powtarzam, że życie pisze najlepsze scenariusze. Traf chciał, że w tym samym budynku zamieszkała Polka, która założyła biuro podróży i znów sprowadza Polaków nad Balaton, chwaląc jego uroki nie gorzej od całych zastępów pracowników Siotour.

I pomyśleć, że wiele lat później przez te drzwi weszłam kupić swoją balatońską posiadłość.

I pomyśleć, że wiele lat później przez te drzwi weszłam kupić swoją balatońską posiadłość.

siotour 4

Zachowały się wejścia, zachowały się drzewa – za co naprawdę Węgrom czapki z głów!

Cholernie trudno było znaleźć w sieci zdjęcia tej nieruchomości sprzed lat. Konstrukcja na ramie H warta jednak była zachowania. Nie mam pojęcia, jaki był układ pomieszczeń wcześniej, ale to przykład wyjątkowo udanej przebudowy. Wysokość, proporcje budynku dobrze wpisują go w krajobraz, a przy tym zapewniają optymalną gospodarkę cieplną – latem zawsze jest tu miły chłód, a zimą pewnie w ogóle nie musiałabym grzać, gdyby ze wszystkich stron mieszkali na stałe sąsiedzi.

Elegancko i nowocześnie - nie ma się co pastwić, taka wtedy była moda.

Elegancko i nowocześnie – nie ma się co pastwić, taka wtedy była moda.

Po załomie w ścianie na wysokości piętra widać, że szkielet został.

Po załomie w ścianie na wysokości piętra widać, że szkielet został.

Rozpisuję się o budownictwie, ale w Warszawie tyle budynków idzie bezmyślnie pod młotek tylko dlatego, że pochodzą z niewłaściwego rocznika, że żal patrzeć. Polska architektura lat 60., 70. ma na swoim kącie prawdziwe perły, których inwestorskie wieprze w życiu nie dostrzegą. Węgry ideałem nie są, ale przynajmniej z perspektywy Siófok dbałość o jakość zabudowy wydaje się większa.

To jest tabliczka zdjęta z mojego już budynku.

To jest tabliczka zdjęta z mojego już budynku.

Wystawa, jak już wspomniałam, nie powala rozmiarem. Ale pomysłem i dbałością o szczegóły – tak. Jestem za młoda, żeby wspierać się własnymi wspomnieniami. Zresztą nigdy nie byłam z rodzicami na kempingu, że już nie wspomnę, że nigdy nie byłam jako dziecko nad Balatonem. A jednak organizatorom udało się „wprowadzić” mnie w ten świat.

siotour 8

Ja bardziej miałam skojarzenia z koloniami i obozami, bo na te jeździłam dość często.

siotour 9

Prawdziwa „walizka podróżnika” – ale szczerze to Węgrzy też mieli bardzo uzdolnionych grafików.

Ekspozycja obfituje w tak wiele plakatów, że chciałabym Wam przedstawić każdy jeden. Siłą rzeczy ograniczę się do kilku.

siotour 10

Jak jedziesz na urlop, nie taszcz z sobą wiktuałów! W naszych kioskach Közért ( w dowolnym tłumaczeniu: Społem) dostaniesz wszystko!

Jak widzisz żółtą rakietę, to uciekaj na brzeg - kiedyś sygnały burzowe były wystrzeliwane.

Jak widzisz rakietę, zbliża się burza – kiedyś sygnały burzowe były wystrzeliwane.

siotour 12

Wszystkie drogi prowadzą do Siófok.

Jedno z największych zaskoczeń wystawy, to że Szántódpuszta też należała do Siotour. „Moja” Szántódpuszta! Rozpisywałam się o niej setkę razy, nie zliczę imprez tu odbytych, degustacji palinki, świniobić. Ogromny teren, który dziś niestety jest wykorzystywany tylko w ułamku swoich możliwości.

Bryczka pod domkiem, w którym mieszkał poeta Horváth Ádám - do dziś piwnice noszą jego imię.

Bryczka pod domkiem, w którym mieszkał poeta Horváth Ádám – do dziś piwnice noszą jego imię.

A tak ten dom wygląda dziś (konkretnie w marcu 2011 r.).

A tak ten dom wygląda dziś (konkretnie w marcu 2011 r.).

siotour 14

Imprezy dla szerokiej publiczności – dziś imprezy też są, tylko publiczność skromniejsza.

siotour 15

Przepiękny, ogromny teren, który potrzebuje niewyobrażalnych pieniędzy, aby być w pełni wykorzystany.

Jak na skromne warunki wystawowe nieźle zostało odwzorowane miejsce biwakowe. Ja się ledwie otarłam o te ciężkie namioty i kuchenki gazowe. Jak zaczęłam tak naprawdę sama jeździć pod namiot, to już były leciutkie igloo i epigazy.

Namiot jest, leżak jest - czegóż więcej chcieć do szczęścia!

Namiot jest, leżak jest – czegóż więcej chcieć do szczęścia!

siotour 17

Zupa rybna na poczekaniu – co mąż złowi.

siotour 18

Zestaw plażowicza dość szpanerski w czasach, gdy królują plastikowe łóżka do opalania, informacje w necie i gry na facebooku.

Ale gadżetowa pomysłowość rozwala. I to w kraju, w którym dziś nie można kupić papierosów w normalnym sklepie!

Używaj lata, wakacji, używek! Używaj aż do zużycia!

Używaj lata, wakacji, używek! Używaj aż do zużycia!

siotour 20

Słabo? Ja sobie papierosów Orbis nie przypominam. Nawet papierosów PKP nie było!

siotour 21

Aj, dużo bym oddała za taki zestaw. Absolutne gastronomiczne cudo.

A to jest zagadka - co to jest?

A to jest zagadka – co to jest?

Kolejne zaskoczenie, to że na miejscu dość dziś charakterystycznego budynku dla Siófok – półokrągłego apartamentowca Club 218 dawniej był Siotour Klub. Miejsce rozrywki dla wszystkich balatońskich turystów – kręgle, tenis, bary, sale koncertowe.

siotour 23

Mnie oczywiście najbardziej cieszy dupka malucha.

siotour 24

To były fajnie, kompleksowo pomyślane usługi. All inclusive – jakbyśmy dziś powiedzieli.

A teraz na tym miejscu stoi taki apartamentowiec.

A teraz na tym miejscu stoi taki apartamentowiec.

Żeby była jasność sytuacji mnie na tych zdjęciach najbardziej interesowały samochody. Ale przecież niech i będzie coś dla kolegów. W sumie fajnie, że moda się wiele nie zmienia, a apetyczna dziewczyna zawsze będzie do schrupania. Zwłaszcza nad Balatonem.

siotour 25

No, to jakie to auto?

 

siotour 26

Świetna ta mapa w tle, nieprawdaż?

 

Na każdym kempingu Siotour był też kanał dla samochodów.

Na każdym kempingu Siotour był też kanał dla samochodów.

Na tej wystawie nie mogło zabraknąć polskiego akcentu, ale jego skala mnie powaliła. Otóż jest kącik czytelniczy, można przejrzeć niezliczone ilości broszur, wydawnictw, prospektów z minionych lat odnośnie Balatonu. Po polsku też!!!

Miło? Miło!

Miło? Miło!

 

Prospekt wygląda niewinnie, ale jakież kryje treści w ojczystym języku!

Prospekt wygląda niewinnie, ale jakież kryje treści w ojczystym języku!

 

Mam nadzieję, że jakość zdjęcia pozwala odczytać, że Armia Radziecka przywróciła nam Węgierskie Morze.

Mam nadzieję, że jakość zdjęcia pozwala odczytać, że Armia Radziecka przywróciła nam Węgierskie Morze.

Jakby ktoś nie wiedział, dlaczego może popływać żaglówką po Balatonie.

Jakby ktoś nie wiedział, dlaczego może popływać żaglówką po Balatonie.

Nareszcie też już spokojnie można pójść do smażalni ryb.

Nareszcie też już spokojnie można pójść do smażalni ryb.

A w ogóle to ja pracuję i Siófok jest moje!!!

A w ogóle to ja pracuję i Siófok jest moje!!!

Oj, ja tak mogę bez końca. Na wystawę na pewno wrócę. Jakby specjalnie dla mnie przedłużyli jej trwanie do połowy listopada.

Na pożegnanie dostaje się taką plakietkę-pocztówkę.

Na pożegnanie dostaje się taką plakietkę-pocztówkę.

Chyba można ją wysłać jak pocztówkę, ale nie mogłam się spytać, bo akurat wybijało dwunastą i pan kustosz się spieszył na obiad.

Chyba można ją wysłać jak pocztówkę, ale nie mogłam się spytać, bo akurat wybijało dwunastą i pan kustosz się spieszył na obiad.


Poczytaj mi, mamo

Mama miała do mnie przyjechać na urodziny 22 sierpnia i zapytała się, co chcę w prezencie. Książkę! Odpowiedź nie była szokiem dla rodzicielki, bo już jak byłam dzieckiem trzeba było tak obmyślać trasę spaceru, żeby nie wypadła koło księgarni. Jaką książkę chcę tym razem, miałam sama wybrać.

Najbardziej chciałam „Historię penisa”. Cejrowski był w zapasie, a biografia Beksińskich jako najcięższa (w sensie kilogramów) to już jako ostatnia alternatywa. Ale mama jest mama i kupiła wszystkie trzy.

Trzy pozycje i każda zachęcająca.

Trzy pozycje i każda zachęcająca.

„Boskie przyrodzenie. Historia penisa” Tom Hickman, wyd. Czarne.

Przygotowywałam się na rozczarowanie, a jestem tą książeczką po prostu oczarowana. Skrzy się od humoru i cennych informacji. Autor to angielski dziennikarz, nieznanej mi orientacji, ale wygląda, że wgryzł się w temat. Przytacza mnóstwo naukowo dowiedzionych faktów.  Nie ma ta książka nic w sobie z taniej sensacji, ale zarazem udało się uniknąć nudy. A Hickman przekopał się przez temat naprawdę pod wszelkimi kątami: historycznymi, socjologicznymi, naukowymi, religijnymi, jak i plotkarskimi. Pozwolę sobie przytoczyć moje ulubione – przyjemności z lektury nie odbiorę, bo takich perełek jest tam całe mnóstwo.

Czytajcie, a znajdziecie. Takich perełek jest tu od groma. I niestety ani jednego zdjęcia.

Czytajcie, a znajdziecie. Takich perełek jest tu od groma. I niestety ani jednego zdjęcia.

A mianowicie tak, jak w czasach pogańskich powszechne były falliczne rzeźby, posągi itd., tak potem ten sam kult penisa odnaleźć można w wieżach kościołów i minaretach (sic!). Połykanie spermy najskuteczniej chroni kobiety przed zachorowaniem na raka piersi. Sperma to w ogóle całe bogactwo witamin i składników mineralnych, ale akurat tę odmianę nowotworu rozwala najskuteczniej. I na koniec moje ulubione dotyczące średniej liczby stosunków odbywanej rocznie. Wynosi ona w skali świata 127. Aż mi się wierzyć nie chciało, bo to przecież 3 na tydzień, a jak są tacy, co raz na miesiąc, to ktoś musi za nich wyrabiać normę. Najwyraźniej cały numer polega na tym, żeby trafić pod właściwy adres. A kto jest na pierwszym miejscu? Od razu mowię, że naród europejski. Żadni Francuzi, wyuzdani Szwedzi czy ogniści Grecy. Węgrzy!!! 150 stosunków rocznie! Chyba trafiłam pod właściwy adres.

Cieszy mnie ta książka niepomiernie, bo jak i raz dostałam gotową odpowiedź, czemu się przeniosłam na Węgry. A nagromadzenie informacji jest takie, że można ją czytać w kółko i na wyrywki. I od nowa.

 

„Wyspa na prerii” Wojciech Cejrowski, wyd. Zysk i S-ka.

Pioruńsko dowcipna rzecz. Poza tym pouczająca i pięknie wydana. Ale po kolei. Wcześniej w moje ręce wpadła książka tego samego autora „Gringo wśród dzikich plemion”. Czytało się świetnie. Ja się z większością poglądów politycznych pana Cejrowskiego nie zgadzam, ale jest to inteligentny człowiek, który dość świata zwiedził. I czasem trudno nie przyznać mu racji. Ale pal sześć opowieści o Ameryce Południowej i Środkowej, o której większość z nas ma słabe pojęcie. Konfrontacja z opisem Stanów Zjednoczonych, jakich nie znacie, to przeżycie zwalające z nóg.

Niczego z panem Cejrpwskim nie podzielę tak, tak zamiłowania do prostych maszyn.

Niczego z panem Cejrpwskim nie podzielę tak, jak zamiłowania do prostych maszyn.

Ma ten facet poczucie humoru, dystans do siebie i godny pozazdroszczenia dystans do świata. Mnie oczywiście opowieści, jak się żyje obcokrajowcom w innych częściach globu, interesują nad wyraz. Był tu więc aspekt osobisty. I nie ukrywam, że się parę razy wzruszyłam, jak autor z siebie robił głupka, bo np. zdjął kapelusz. Albo nie zdjął. Zaliczenie takich kulturowych wpadek jednak bardzo jednoczy ludzi.

Książka jest przepięknie wydana. Z taką dbałością o szczegóły, że aż dziw, że kosztuje tylko 45 zł. Twarda okładka, wysokiej jakości papier, mnóstwo zdjęć, grafik – możliwe, że ja po swojej wydawniczej premierze innym okiem patrzę na księgarski świat. Ale wiem tyle, że to nie tylko kosztuje majątek, ale przede wszystkim oznacza ogromną pracę wielu ludzi. Także czapki z głów.

 

„Beksińscy. Portret podwójny” Magdalena Grzebałkowska, wyd. Znak.

Napisanie dobrej biografii to według mnie zadanie niemal niewykonalne. Jeśli jeszcze mówić będziemy o dwóch tak trudnych postaciach jak panowie Beksińscy, to rzecz zdaje się skazana na porażkę. A pani Magdalena stworzyła książkę po prostu świetną.

To, co mnie najbardziej zachwyciło, to drobiazgowe oddanie ducha czasów, w których przyszło żyć bohaterom. Dbałość o szczegóły, że człowiek może byłby innym człowiekiem, gdyby w innych okolicznościach dorastał. Pracę wykonała benedyktyńską, a jej efekty przedstawia lekko, nie przynudzając ani przez chwilę.

To także ładnie wydana książka. Choć jak na rozmach literacki oprawa wydaje się skromna.

To także ładnie wydana książka. Choć jak na rozmach literacki oprawa wydaje się skromna.

Niezwykle trudno też nie zżyć się z bohaterami, nie sympatyzować z którymś z nich. Autorka broni się przed tym na wszelkie sposoby, ale w moim odczuciu staje po stronie ojca, Zdzisława Beksińskiego.  A ja z przekory od razu mam ochotę wziąć stronę Tomka. Nie tylko dlatego, że się wychowałam na jego audycjach muzycznych. I na jego Monty Pythonie. Obaj panowie przedstawieni są dość brutalnie, ze wszystkimi wadami. Ale na poczet Zdzisława zaraz spada deszcz usprawiedliwień. Kim to on by nie był, gdyby urodził się w innym kraju, w innych czasach. A Tomasz to rozbestwione dziecko. Które do niczego by nie doszło, gdyby nie wsparcie rodziców. Potwornie upraszczam, ale przeczytajcie sami.

Może ja mam traumę tamtych czasów, ale jak z dziecka tak ubranego i czesanego ma wyrosnąć normalny człowiek?

Może ja mam traumę tamtych czasów, ale jak z dziecka tak ubranego i uczesanego ma wyrosnąć normalny człowiek?

Obrazy Zdzisława Beksińskiego doceniam. Stworzył swój własny niepowtarzalny styl. Nie jest to mój świat ani klimaty, w których się odnajduję. Tomasz Beksiński jest mi bliższy wiekowo i kulturowo. Podzielam jego fascynację filmami, językiem angielskim i muzyką. Dokładnie chyba w takiej kolejności, choć filmy lubiliśmy inne (poza Monty Pythonem).  A muzykę całkiem zbieżną, jeśli mówić o roku symfonicznym i zamiłowaniem do Marillion. Jeśli zaś chodzi o Zdzisława, to wolę jego autobusy.

Tak, tak i jeszcze raz tak. Boże, żeby ten człowiek tworzył tylko pojazdy.

Tak, tak i jeszcze raz tak. Boże, żeby ten człowiek tworzył tylko pojazdy. W innym kraju, w innych czasach.


Jak parkować, by nie żałować

Parkowanie w płatnych strefach to wcale nie jest łatwy temat. Nawet w Polsce, gdzie przecież znamy język i z grubsza logikę systemu. Ale i tu każde miasto rządzi się swoimi prawami. Dokładnie takimi, żeby przyjezdny się pośliznął. A frycowe płynęło do miejskiej kasy wartkim strumieniem.

Zanim przejdę do meritum, muszę się podzielić paroma uwagami ogólnymi. Dziwnym trafem parkometry są zawsze opisane w języku autochtonów. Wszystko jedno, czy jesteśmy we Francji, w Niemczech, Włoszech, Szwecji, Polsce czy też na Węgrzech. Połowy się domyślamy, a reszta to loteria. W Szwecji nie zapomnę bardzo ładnych dużych tablic pod znakiem z literą P, które wyjaśniały, kto, kiedy i na jakich zasadach może parkować w tym konkretnym miejscu. Na przykład, że jeśli tu nie mieszkasz, możesz stać przez pół godziny w dni nieparzyste. Oczywiście wszystko po szwedzku. A mandaty horrendalne. I jeszcze w aucie trzeba mieć minutnik – coś na kształt takiego kuchennego. Nastawiasz go na godzinę, o której zaparkowałeś i zostawiasz za szybą, żeby strażnicy wiedzieli, ile ci czasu zostało. Nie wygłupiam się. Ale tego wszystkiego dowiesz się oczywiście od autochtonów, a nie z parkometru.

Na Węgrzech specjalnie łatwiej nie jest. Budapeszt to w ogóle osobna bajka, bo podzielony jest na wiele stref parkowania, a każda rządzi się swoimi prawami. Jednak i Siófok potrafi zaskoczyć – i o tym będzie ta opowieść. Zaskoczyć też pozytywnie, bo jednak chcą tłumaczyć w obcych językach.

Tego lata zaczęła się w Siófok wymiana starych parkometrów na nowe. Plan udało się zrealizować w 50 – 70%, czyli oba typy urządzeń sobie spokojnie koegzystują. Decyzja pewnie miała swoje uzasadnienie, ja mogę wyrażać opinie jedynie jako użytkownik. Stare parkometry dość dobrze wpisywały się w estetykę miasta (fakt – były wręcz niewidzialne, jak ktoś nie wiedział, gdzie trzeba płacić). Psuły się bardzo sporadycznie (w porównaniu do warszawskich). Wydawały resztę! To znaczy jeśli minimalna opłata wynosi 80 Ft za 15 minut, a wrzucimy 100 Ft, to dostaniemy 20 Ft reszty. I tak analogicznie liczone jest co kwadrans. Godzina parkowania w Siófok kosztuje 320 Ft (4,30 zł).

Mi się podoba i w kształcie, i w kolorze. Resztę skojarzeń mam niecenzuralnych.

Mi się podoba i w kształcie, i w kolorze. Resztę skojarzeń mam niecenzuralnych.

Nowe są nieco toporniejsze w estetyce, ale czego wymagać od niemieckiej myśli technicznej. Na pewno bardziej rzucają się w oczy, głównie przez swą klocowatość. Reszty nie wydają – zupełnie jak warszawskie. Ile wrzucisz, na tyle minut parkowania przeliczy. Ale najgorsza zgroza, że żądają podania numeru rejestracyjnego parkowanego auta!

Z punktu widzenia małej architektury miejskiej, to ten model ma się jak pięść do oka.

Z punktu widzenia małej architektury miejskiej, to ten model ma się jak pięść do oka.

Nie jestem ostatnia, jeśli chodzi o sprawy techniczne. Znam węgierski. Ale pierwsze starcie z nowoczesnością spod znaku Siemensa do najprostszych nie należało. Tak, na parkometrze jest klawiatura, taka w sumie jak w telefonach. Klikasz literki, a jak chcesz przejść do cyferek, to nie ma żadnego klawisza zmieniającego litery na cyfry, tylko trzeba dany przycisk wyklikać dalej, aż przejdzie do numerów. Bynajmniej nie doszłam do tego metodą prób i błędów, a jedynie dzięki podpowiedziom węgierskich przyjaciół, którzy już zdążyli się zmierzyć z tematem. I wszyscy raczej na rzeczony wypowiadali się używając słów nie do końca cenzuralnych. Zgodnie orzekliśmy, że cały ten durny pomysł ma zapobiec temu, żebyś swojego niewykorzystanego biletu nie oddał innej osobie.

Jest bardzo dużo wyjaśnień po węgiersku. Ale nawet Węgrzy ich nie łapią.

Jest wyraźnie doklejona kartka w trzech językach, jak się uporać z tym ustrojstwem.

Jakież było dziś moje zdziwienie, gdy z parkometrem przede mną zmagał się starszy pan, a zaraz podeszli do niego strażnicy miejscy i uprzejmie wyjaśnili, że jeśli nie przysługują mu zniżki z tytułu płacenia Siófocką Kartą Miejską, ani nie chce rachunku za swoje parkowanie, to wpisywanie numeru rejestracyjnego może olać.

Jak to zrobić? Wrzucamy kasę za parkowanie i naciskamy zielony przycisk. Wtedy system na ekranie dopomina się o numer rejestracyjny. Naciskamy cokolwiek na klawiaturze numerycznej – ja wcisnęłam 1 – i znów naciskamy zielony przycisk. Drukuje nam kwitek bez numeru rejestracyjnego.

Oba kwitki są z nowych parkometrów - na dowód, że da się nie wpisać rejestracji.

Oba kwitki są z nowych parkometrów – na dowód, że da się nie wpisać rejestracji.

Jako suplement dodam, że tak policja, jak straż miejska, czy inne służby są na Węgrzech bardzo grzeczne, pomocne i służące obywatelowi. Oczywiście to są moje odczucia i nikt nie musi się z nimi zgadzać. Ale dziś strażnicy miejscy, jak już pomogli starszemu panu, mi też wszystko jeszcze raz cierpliwie wytłumaczyli, przeprosili, że nowy model nie wydaje reszty i zapewnili, że swój bilet mogę oddać każdemu, kto tylko zechce z niego skorzystać.


Kuchenne rewolucje

Na pewno nie będzie to wpis dla wegetarianów, szeroko pojętych miłośników zwierząt i osób przekonanych, że szynka bierze się z supermarketu. Nie ukrywam, że jako urodzona warszawianka nie byłam za młodu zbyt epatowana informacjami na temat pochodzenia kotletów. Ale przed świętami zdarzało mi się widzieć zające wiszące przed delikatesami.

Oszczędzając może widoku polowań rodzice starali się jednak otworzyć mnie na różne smaki. Znienawidzone przeze mnie: „możesz nie zjeść, jak skosztujesz” w sumie dziś mi procentuje. Szczególnie na Węgrzech, a może szczególnie w tych małych miejscowościach, w których się obracam. Bo niewielu budapesztańczyków jadło gulasz z kózki. A ja tak i muszę przyznać, że jest bardzo smaczny.

Kozina to delikatne mięso, odpowiednio przygotowane rozpływa się w ustach. Musi być z wyczuciem doprawione, bo na mój gust jest trochę mdłe, jak cielęcina. Ale z kolei zbyt dużo przypraw skutecznie zabija jego naturalny aromat. Trzeba więc wprawnego kucharza, żeby umiał się z kózką rozprawić. Wada też jest taka, że ma sporo drobnych kostek w stosunku do masy mięsnej. Przy jedzeniu jest trochę zabawy.

Nie tylko mięso się liczy, ale i sposób przygotowania - w tradycyjnym kociołku zwanym bograczem.

Nie tylko mięso się liczy, ale i sposób przygotowania – w tradycyjnym kociołku zwanym bograczem.

Kolejna rewolucja na moim talerzu to królik. Z nim się jeszcze łatwiej zaprzyjaźnić niż z kózką, a tym samym trudniej wyobrazić w postaci dania. Ale cóż, jest jeszcze smaczniejszy. Mięso to czysta poezja – przypomina drób, ale o wiele szlachetniejsze w smaku.  Jego też się serwuje na Węgrzech w formie gulaszu… z kością, bo inaczej się nie da. Znaczy pewnie wszystko się da – bo zaraz mnie różni znawcy zakrzyczą – i w restauracjach serwują króliki luzowane i filetowane, ale ja jadłam takiego, po domowemu.

Kieliszek wyrazistego wina i kisozny ogórek dobrze podbija smak króliczego mięsa.

Kieliszek wyrazistego wina i kisozny ogórek dobrze podbija smak króliczego mięsa.

Do królika nie mniejszą ciekawostkę stanowiły galuszki, czyli węgierskie kluseczki. Galuszki same w sobie to pewnie żadna nowość dla miłośników węgierskiej kuchni, ale te akurat były zrobione z mąki razowej. Ich lekko brązowy kolor, czego może zdjęcie idealnie nie oddaje, to nie wynik pławienia się w króliczym sosie, tylko właśnie ta ciemna mąka. Od razu mówię, że nienawidzę wszelkich razowych makaronów, dla mnie to trociny. A razowe galuszki poza kolorem w niczym nie różnią się od normalnych!

Brązowe galuszki z razowej mąki w smaku nie różnią się od swego jasnego pierwowzoru.

Brązowe galuszki z razowej mąki w smaku nie odbiegają od swego jasnego pierwowzoru.


Podróż koleją skraca czas przejazdu pociągiem

Modernizacja linii kolejowej wiodącej z Budapesztu nad Balaton w końcu dotarła do Siófok. Z początkiem września zamknięty został odcinek pomiędzy Siófok a Balatonszemes. Aż do Zamárdi-felső budowany jest drugi tor. Tym, którzy raczej poruszają się samochodami, spieszę wyjaśnić, że do tej pory pociągi wzdłuż południowego brzegu Balatonu poruszały się jedną nitką. Mijanki były możliwe tylko na niektórych dworcach.

Ruch pociągów na wspomnianym odcinku ma być wstrzymany do połowy grudnia (jest oczywiście autobusowa komunikacja zastępcza). Następnie zamknięta linia skróci się z Siófok do Szántód-Kőröshegy, by od początku marca do czerwca rozszerzyć się w drugą stronę z Szántód-Kőröshegy aż do Lepsény. Całe prace zakończyć się zaś mają przed wakacjami 2015 r.

W związku z tą ogromną inwestycją do Siófok zjechał najnowocześniejszy skład naprawczy o długości 1115 cm. Prace trwają dzień i noc, a kolos posuwa się o 750 m dziennie. Nie hałasuje zbytnio na szczęście, a wiem, co mówię, bo mieszkam przy samych torach. Wszystkie maszyny, zaangażowanie ludzi i tempo naprawdę robią wrażenie.

Gigant zaparkował w Siófok, blokując całe centrum miasta.

Gigant zaparkował w Siófok, blokując całe centrum miasta.

kolej 2

A ciągnie się aż po horyzont – naprawdę wygląda imponująco.

Mieszkańcy, jak przystało na Węgrów, wszystkie utrudnienia znoszą z uśmiechem. W tonie wypowiedzi przeważa radość, że kraj się rozwija i goni Zachód. Bo jeśli chodzi o zaniedbania kolejowe, to naprawdę mają Węgrzy co nadganiać. I niech mi nikt nie próbuje udowadniać, że Polska też, bo wejdzie na śliski grunt! Ale ad rem: węgierska inwestycja odbywa się pod hasłem „Od przyszłego lata Balaton będzie bliżej Budapesztu”. Czas przejazdu ze stolicy do Zamárdi ma się skrócić ze 115 minut do 80. W miejscach, gdzie pociąg jechał 60 km/h, teraz pojedzie 100 km/h.

Cały sprzęt mi się niezwykle podoba. Po prostu lubię maszyny.

Cały sprzęt mi się niezwykle podoba. Po prostu lubię maszyny.

W centrum Siófok, przy porcie, ale już po stronie Srebrnego Wybrzeża, pod Vitorlás utca mają pod linią kolejową wybudować tunel dla samochodów i pieszych, żeby było bezkolizyjne skrzyżowanie. Dlatego ten przejazd będzie zamknięty aż do wiosny przyszłego roku.

Tym skrzyżowaniem szybko nei pojedziemy. Ale za to potem tunel wypadnie wprost w kierunku autostrady.

Tym skrzyżowaniem szybko nie pojedziemy. Ale za to potem tunel wypadnie wprost w kierunku autostrady.

Ciekawa jestem, jak to wszystko pójdzie. Na razie serce rośnie. Oby tylko pogoda nie pokrzyżowała planów. A ta jest ostatnio zwariowana. W sobotę w Siófok spadło tyle deszczu, ile normalnie pada przez 2 miesiące. I oczywiście jak to nad Balatonem – zaraz wyszło słońce.

Nawet jak leje równo, prace nie ustają.

Nawet jak leje równo, prace nie ustają.

A po burzy słońce i tęcza tęcz.

A po burzy słońce i tęcza tęcz.