Monthly Archives: Luty 2015

Grand Budapest Hotel – naprawdę grand!

Po prostu tego mi było trzeba. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odzyskałam wiarę w przemysł filmowy, w młodych twórców, świetnych aktorów i nawet w Oscary. Jeśli taki obraz zbiera 9 nominacji i dostaje 4 statuetki, to nawet pomyłkę z „Idą” wybaczę Akademii.

W „Grand Budapest Hotel” jest wszystko, czego oczekuję od kina. Śmiech, wzruszenie, magia. Brawurowo zbudowany klimat i historia na granicy jawy i snu. Kino jest bajką, powinno nią być. Trochę jak u Felliniego, choć twórców balansujących na krawędzi rzeczywistości wymieniać można długo.

Cały film jest tak apetyczny jak ten hotel przypominający truskawkowy tort.

Cały film jest tak apetyczny jak ten hotel przypominający truskawkowy tort.

Nie sięgnęłam nagle teraz po GBH (pozwólcie, że tak skrócę bohatera tego wpisu), bo rozsławiły go Oscary. W Siófok film grali bardzo krótko, umknął mi. I wtedy nie za bardzo żałowałam, bo choć moją uwagę przykuł tytuł – nie ukrywam – i imponująca obsada, to zwiastun ma mało przekonujący. Opisy fabuły były jeszcze mniej zachęcające. Ja rozumiem, że trudno opisać tak pokręconą historię, choć na węgierskim wydaniu dvd udało się to dość zabawnie.

Tak, film nabyłam w promocyjnej cenie w Tesco, m.in. z polskim lektorem i napisami, co mnie niezwykle ucieszyło, bo wyrafinowany humor w wersji węgierskiej nie zawsze jeszcze jest dla mnie w pełni czytelny. Do seansu zasiadłam z zaciekawieniem, ale bez przekonania. Inna rzecz, że w ogóle miałam marny humor i wydawało mi się, że nie jest to mój dzień. O, to zdecydowanie był mój dzień, a na pewno wieczór! Dawno się tak dobrze nie bawiłam.

Zobaczyć w opisie "lengyel" i to dwa razy, to niemal jak szóstka w totka.

Zobaczyć w opisie „lengyel” i to dwa razy, to niemal jak szóstka w totka.

Chciałabym chwalić wszystko i zaraz stanie się to nudne. Z plejady oczywistych zatem zachwytów powiem tylko, że scenografia to majstersztyk. Najbardziej mi się podoba górska kolejka. Zarówno linowa, jak i zębata. Wszystkie Oscary zasłużone, a nominacje uzasadnione, ale scenografia urzekła mnie najmocniej.

Hamując litanię achów, zastanawiam się, jak niezwykłym przedsięwzięciem było zgromadzenie na jednym planie filmowym tylu gwiazd. GBH mi się tak podobał, że jak nigdy obejrzałam wszystkie dodatki. Aktorzy mówią rzecz jasna o niezwykłej atmosferze, o wyjątkowości reżysera, ale najbardziej znamienna jest chyba wypowiedź Saoirse Ronan, młodziutkiej 20-letniej aktorki, która gra ukochaną jednego z bohaterów. Otóż przyznaje ona, że jak dostała scenariusz do ręki i zaczęła czytać, że Ralph Fiennes, Adrien Brody, Willem Dafoe itd., to pomyślała, że to kilka scenariuszy różnych filmów, że niemożliwe, żeby oni wszyscy brali udział w jednej produkcji. A potem, jak już została ustalona obsada, reżyser zaprosił ich na wspólną kolację. I dziewczyna miała okazję widzieć, jak przy jednym stole Bill Murray dyskutuje o filmach z Harvey Keitelem i w tym już była magia. Cóż się więc dziwić, że potem możemy ją czuć na ekranie?

Na jednym z portali społecznościowych wyraziłam opinię, że „Ida” to popłuczyny po polskiej szkole filmowej (miałam tu głownie na myśli sposób narracji znany z filmów „Pociąg” Kawalerowicza czy „Nóż w wodzie” Polańskiego). Zrugał mnie serdeczny przyjaciel, że popłuczyny to za mocne słowo. Czemu do tego wracam? Bo w GBH też znajduję inspirację albo odniesienia do innych tytułów. Najświeższe to „Anna Karenina” (reż. Joe Wright) – równie dekoracyjna, oparta na podobnej powtarzalności aktorskich ruchów, Jude Law prawie do nas z niej mruga. Na pewno w poetyce i humorze „Delicatessen”. Można też znaleźć podobne pomysły i spojrzenie na świat u Woody Allena. Dlaczego zatem GBH to nie są popłuczyny? Gdzie przebiega ta cienka linia?

 

Skojarzenia z "Anną Kareniną" same się nasuwają.

Skojarzenia z „Anną Kareniną” same się nasuwają.

Trudno dać na to pytanie jednoznaczną odpowiedź. Ale pokuszę się o tłumaczenie. Popłuczyny są wtedy, jak film nic nowego nie wnosi do sztuki filmowej, powiela klisze. Autor się naoglądał arcydzieł i myśli, że też tak umie. W przypadku „Idy” pewnie umie, tylko co z tego? Inspiracją jest oglądać arcydzieła i kombinować, jak można to jeszcze inaczej, mądrzej, bardziej pomysłowo rozegrać. Przyjąć punkt wyjścia, a pójść w innym kierunku, szukać wciąż nowych ścieżek. A wręcz rozwinąć formułę i przerosnąć prekursorów.

GBH się to udało zdecydowanie. „Anna Karenina” bardzo mi się podoba i powątpiewałam, czy coś mi ją w tej konwencji przebije. A tu taka niespodzianka! GBH jest inny, mniej teatralny, dowcipniejszy, bardziej dynamiczny. Ale nie umiem powiedzieć, czy pierwsze było jajko czy kura.


Poznaj swój kraj, czyli wycieczka za miasto

Wciąż budzi zdziwienie fakt, że ja nie chcę jeździć do Polski. Powodów jest wiele, ale jednym z nich jest to, że ja naprawdę Polskę dobrze znam. A Węgry wciąż bardzo słabo. Jak więc trafi się wolna chwila, chętnie wypuszczam się z Siófok, by lepiej poznać okolicę. Dzisiejsza moja trasa to Sifok-Zamárdi-Tab-Daránypuszta-Iregszemcse-Nagyszokoly-Magyarkeszi-Felsőnyék-Szabadhídvég-Mezőkomárom-Lajoskomárom-Enying. Powrót: Enying-Dég-Lajoskomárom-Mezőkomárom-Szabadhídvég-Nagyberény-Som-Ságvár-Siófok.

Zrobiłam 150 km. Pogoda słoneczna, ale mgliście na horyzoncie, +10 st. C. Żałuję, że nie wszędzie tam, gdzie okolica aż się prosiła o zdjęcie, mogłam się bezpiecznie zatrzymać. Mam jednak nadzieję, że klimat wycieczki moim foto-story oddam.

W pola, na łono przyrody - byle dalej od miasta.

W pola, na łono przyrody – byle dalej od miasta.

wycieczka 2

Za małym dzielnym Peugeotem w tle charakterystyczna sylwetka wieżowego zbiornika na wodę.

wycieczka 3

Węgierskie wioski są zadbane, ale bez austriackiego porządku, a przez to urokliwe.

wycieczka 4

Nawet w najmniejszej mieścinie są dwa kościoły: katolicki i reformowany. Na wieży tego drugiego dostrzec można zazwyczaj gwiazdę lub buławę.

wycieczka 5

Wciąż z górki i pod górkę. Malowniczo.

wycieczka 6

Wszędzie już bardzo czuć wiosnę. Przyroda tylko czeka, żeby pożegnać się ostatecznie z zimą.

wycieczka 7

W okolicach Balatonu jest mnóstwo stawów rybnych, a wokół nich nie brak charakterystycznych wędkarskich budek.

 

Takie Mazury. Tylko fajniejsze przez tę pagórkowatość.

Takie Mazury. Tylko fajniejsze przez tę pagórkowatość.

wycieczka 9

Czasem można spotkać nieco wolniejszych użtkowników drogi.

wycieczka 10

Czasem trzeba zboczyć za potrzebą i ma się toaletę z widokiem.

wycieczka 11

Według mnie to owoce dzikiej róży.

wycieczka 12

Zbiornik z wodą zapewnia jednakowe ciśnienie wody dla całej okolicy.

wycieczka 13

W mojej wyprawie przekroczyłam też Sió, czyli rzekę wypływającą z Siófok, a ściślej mówiąc – z Balatonu.

wycieczka 14

Znów widok na dwa kościoły, tym razem w Mezőkomárom.

Widok na Sió w stronę Balatonu.

Widok na Sió w stronę Balatonu.

wycieczka 16

A po drugiej stronie mostu jest już Szabadhídvég. Dzielny Peugeot przycupnął na zakręcie.

wycieczka 17

To już droga na szczyt Nagyberény, gdzie jest źródło wody termalnej. Na wyżej położonych stokach wciąż leżą resztki śniegu.

wycieczka 18

Leczniczą wodę z Nagyberény dostarcza się beczkowozami m.in. do Parku Wodnego Galérius w Siófok.

wycieczka 19

Na horyzoncie najlepsza na świecie palinkarnia w Daránypuszta.

wycieczka 20

Co i rusz na drzewach widać było ptasie drapieżniki, ale żadnego nie udało mi się „upolować”.

wycieczka 21

Że to popularne tereny łowieckie, najlepiej świadczą liczne ambony.

wycieczka 22

A w Siófok tłumy – dobrze, że stamtąd dziś uciekłam.

wycieczka 23

Na parkingu w porcie z trudem można było znaleźć wolne miejsce.

 


Barbi pyta o Viktora

Zacznę od tego, że ja tak średnio interesuję się polityką. Nigdy nie chciałam zostać dziennikarzem politycznym, sprawy tak polskie, jak i węgierskie bardziej interesują mnie na poziomie obywatela i tego, co mówi ulica. Fakt, że mieszkając na Węgrzech, stałam się trochę uważniejsza, bo często dostaję pytania o jeden i drugi kraj, gdyż Węgrzy Polski też są ciekawi.

Dziś do tablicy wywołała mnie Basieńka (po węgiersku Barbi) następującym pytaniem: – Kasiu, nakreśl w wolnej chwili, jaki jest stosunek Węgrów do Orbana? Popierają go istotnie? Są za zbliżeniem z Rosją?

Nakreśliłam, a potem pomyślałam, że upublicznię. Ale to jest cały czas list do znajomych ciekawych mojej opinii, a nie profesjonalny głos w politycznej debacie:

Jasne, że polskich mediów nie mam możliwości w pełni śledzić – tyle, co wyczytam w internecie – ale z Viktorem sprawa nie jest taka prosta, jak jest to z reguły przedstawiane.

Nie wiem, ile wiesz o najnowszej historii Węgier, nie pogniewaj sie, jeśli będę mówić o sprawach dla Ciebie oczywistych, ale bez krótkiego wstępu nie da się zrozumieć, skąd się w ogóle Viktor wziął na dzisiejszej scenie politycznej.

Węgry nie miały swojego Balcerowicza. Po upadku socjalizmu władze tak naprawdę przejęła lewica, która wręcz rozgrabiła narodowy majątek. Dyrektor huty im. Lenina stawał się z dnia na dzień jej prywatnym właścicielem. Jednocześnie cały czas utrzymywali opiekę socjalną na wysokim poziomie, żeby ludzie nie marudzili. Reszta puszczona na żywioł. Wiem, że u nas też się krytykuje proces prywatyzacji, ale w odniesieniu do Węgier, to przeprowadziliśmy go wręcz modelowo. Nie udało się uniknąć błędów, ale to był margines, a nie norma. No i były ostre cięcia budżetowe, za które do dziś tak nie cierpią Balcerowicza, ale tylko dzięki temu, co ten facet odważnie i konsekwentnie przeprowadził, nie łupnął nas prawie w ogóle ostatni wielki kryzys, który przetoczył się przez świat i Europę.

A w Węgry, których gospodarka po okresie przemian była tak naprawdę farsą, kryzys walnął z całych sił. Nic dziwnego, że rząd socjalistów z Gyurcsánym na czele upadł z hukiem (to słynne „kłamaliśmy w dzień i w nocy”). Wtedy na scenie pojawił się Orbán Viktor. Nie tak, że to był jego debiut. Viktor jest 6 lat młodszy od Donalda Tuska, zaczynali podobnie, w 1989 r. mieli odpowiednio 26 i 32 lata. Obaj związani byli z kręgami konserwatywno-liberalnymi. Jak się patrzy na ich zdjęcia z tamtych czasów, to aż się śmiać chce – takie chłopaczki. Ale jeden i drugi doczekał się swojej wielkiej chwili. Tyle że Tusk się zrobił bardziej liberalny, a Viktor bardziej konserwatywny.

Ja bym od siebie dodała, że Tusk się wyrobił, zmądrzał i stał się dojrzałym, rozsądnym politykiem, umiejącym patrzeć w przyszłość, a nie na doraźne sukcesy. A Orbán to populista, bardzo liczący na aktualne zyski – swoje i swojej partii. Nie jestem entuzjastką Tuska, ale szanuje go za jego pracę.

A więc pojawił się Viktor i w 2010 r. bezapelacyjnie wygrał wybory. Nie dlatego, że jest cudowny. Socjaliści byli skreśleni, a alternatywy specjalnie nie było. Jest partia liberalna, która się nie liczy. I skrajna prawica. Węgrzy byli zmęczeni, w kraju naprawdę było źle, a Viktor obiecywał, że ze wszystkim zrobi porządek.

I co by nie mówić, zaczął te porządki robić. Wyprowadził kraj z kryzysu, pospłacał długi, a jednocześnie zaczął się stawiać Brukseli i gnębić międzynarodowe koncerny i banki rozpanoszone na Węgrzech. Naprawdę w porównaniu z Polską banki są rozpanoszone, opłaty są za wszystko i to horrendalne, a konkurencja jest fikcją. Ja też się cieszę, że choć trochę im śrubę przykręcają. A Węgrom działania Viktora się podobają i nie podobają.

Nie podobają się cięcia budżetowe i na opiekę socjalną. To się nigdzie żadnemu społeczeństwu nie podoba (tudzież uprzywilejowanym grupom). Ale trzeba pamiętać, że Węgrzy są w tych kwestiach dość dobrze rozbestwieni. Kádár János rządził od ’56 do ’88 roku, ponad 30 lat – cóż to jest w porównaniu z jedną dekadą Gierka. A na Węgrzech było jeszcze większe rozpasanie, pełne sklepy, wczasy, samochody. Nad Balatonem podczas wakacji tradycyjnie spotykały się niemieckie rodziny z RFN i NRD rozdzielone przez system. Możesz sobie wyobrazić, jakim strumieniem płynęły tu zachodnie marki? Ludzie do dziś wspominają, jak to im się żyło jak w raju i na wszystko było stać. Żadnemu politykowi na gruncie tak bajecznych resentymentów łatwo rządzić nie jest.

To, że Viktor stawia się Brukseli, to się podoba. Węgrzy są zachwyceni, jak Polska twardo negocjuje z UE, tylko my jesteśmy dużym krajem i mamy nieporównywalnie większą siłę przebicia. Ale cieszą się też z Tuska, że jest przewodniczącym Rady Europejskiej, bo on się lubi prywatnie z Viktorem (obaj grają w piłkę :))) i mają nadzieję, że Donald będzie ich wspierał na arenie europejskiej. Węgry pewnie cały czas mają ten kompleks Trianon, że kiedyś były mocarstwem, a teraz im ktoś chce dyktować warunki.

Romans z Putinem z tej węgierskiej perspektywy ma jeszcze zupełnie inne oblicze. Trzeba pamiętać, że Węgrzy nienawidzą Rosjan. Nie ma w tym ani krztyny przesady. Polska niechęć do wschodnich sąsiadów jest… no właśnie, prędzej niechęcia niż szczerą nienawiścią. A jednocześnie Węgrzy nie mają takiej typowo polskiej dumy, że choćbym miał umrzeć, to się do wroga nie przymilę. Zważ, że Węgrzy zjednoczyli się z Hitlerem w nadziei na odzyskanie swoich utraconych ziem. I tak nie byli wobec niego lojalni i pomagali Polakom. Ale to mi się wydaje typowo węgierskie. Cel uświęca środki. Czemu nie wykorzystać sytuacji, jak można samemu coś na tym ugrać?

Wydaje mi się, że Putina traktują tak samo instrumentalnie. Jeśli można z nim dobić korzystnych targów, to to zrobią. Jak przy okazji UE się będzie bała, że Węgry zwracają się na Wschód, to tym lepiej. Oni już i tak robią niezłe interesy z Chinami – jako jedyne Państwo w Europie dają wizy Chińczykom (z tego, co mi wiadomo). Przyjęli inną taktykę – nie bronią się, bo co ma się bronić 10-milionowy kraj. Negocjują, jak równy z równym i w jakimś sensie jest to godne podziwu.

Czy Węgrzy są za zbliżeniem z Rosja? Wspominałam, że węgierską turystykę, zwłaszcza region Balatonu, najsilniej kiedyś napędzali Niemcy. Od paru lat tendencja się odwraca – znikają Niemcy i Austriacy, a przyjeżdżają głównie Polacy i coraz liczniej Rosjanie. A razem z Rosjanami nieprawdopodobne pieniądze. Chyba zacznę sobie przypominać rosyjski, bo coraz częściej się mnie o to pytają. Za zbliżeniem do rosyjskich portfeli każdy jest – jeśli tylko będą płacić i napędzać gospodarkę. I uwierz mi, że moi balatońscy sąsiedzi nie roztrząsają, czy Putin jest dobrym człowiekiem.

A stosunek przeciętnego obywatela do Orbána jest coraz gorszy. Najważniejsze porządki w kraju już dało się zaprowadzić, teraz ludzi złości, że raz przyciśniętego pasa nikt nie zamierza popuścić. Paroma projektami Viktor się spektakularnie podłożył (jak choćby opodatkowaniem internetu, z którego się w końcu wycofał). Teraz od 1 stycznia horrendalnie opodatkował produkcję palinki. Działa nerwowo i robi czasem z siebie głupka, a szukanie pieniędzy weszło mu w krew. Ja osobiście miałam go za trochę bardziej inteligentnego, a wygląda, że Viktor jest jednak pazerny na kasę i władzę. Mam nadzieję, że nie skończy jak Berlusconi.

Na razie Viktor najbardziej przypomina mi natchnioną w Duchu Świętym HGW, czyli prezydent Warszawy. O Hance też jest mnóstwo memów w necie – podobnego kalibru, co o Viktorze. I wiele osób nie odmówi, że umie miastem zarządzać, choć podejmuje też takie decyzje, że za głowę się złapać. Ale nie ma sensownej alternatywy, co pokazały ostatnie wybory. Przecież warszawiacy nie wybrali Hanki, bo ją kochają, tylko kogo do cholery mieli wybrać?! I może ona jest skuteczna jako polityk, ale tak po ludzku jest czasami głupią babą.

Znamienne – to już z pogranicza psychologii – że na HGW i na Orbána społeczeństwo mówi po imieniu. Mimo wszystko w swych głupotach zdają się być ludzcy i w pewnym sensie „nasi”, oswojeni, znajomi. Śmiejemy się z nich, ale to nie jest wróg, trochę wręcz z nimi sympatyzujemy. Może i lekceważymy, umniejszamy, ale cały czas pobrzmiewa ta nuta koleżeństwa (jednak Wałęsa był Wałęsą, nie Leszkiem – nie że wróg, ale chyba z szacunku dla zasług, a Kaczyński jest Jarkiem – nie z przyjaźni, tylko właśnie tak trochę protekcjonalnie). Świetne wykłady z retoryki miałam na studiach z prof. Bralczykiem, który uczył nas wyłapywać takie rzeczy.

Ale teraz weź mi spróbuj powiedzieć, że ja jako warszawianka kocham HGW! Piany na ustach bym dostała. Znamy Warszawę i jej problemy, wiemy, dlaczego ma takiego, a nie innego prezydenta. To takim samym idiotyzmem jest imputowanie Węgrom, że są zapatrzeni w Viktora.

To jest oczywiście moje zdanie i to w dużym uogólnieniu, bo Viktor ma swoich zagorzałych zwolenników, jak i takich, dla których jest kompletnie nie do przyjęcia. Ja raczej więcej się po nim spodziewałam. Robi z siebie oszołoma, zupełnie niepotrzebnie. I trudno powiedzieć, że ma złych doradców, bo on się ich ponoć i tak kompletnie nie słucha. Podobnie nie jestem za ani przeciw PO, ale na pewno bardzo daleko mi do PiS, a SLD się skończyło. Węgierska scena polityczna jest równie nieciekawa jak polska – nie ma na kogo głosować.

A, jeszcze jedno – naszych premierów jeszcze coś łączy. Otóż tak jak Donald Tusk miał dziadka w Wermahcie, tak matka Viktora Orbána jest ponoć Cyganką. A pomysł, że Węgrami rządzi prawicowy Cygan ma ten sam kaliber, co wyobrażenie sobie wygranych u nas wyborów przez Peruwiańczyka Stana Tymińskiego. Zdaje się, że już Platon mawiał, że demokracja to rządy głupców. Czasem trudno się nie zgodzić.