Monthly Archives: Marzec 2015

Nie o to chodzi, by zrobić króliczka…

…ale by dobrze bawić się. Bo akurat w tę niedzielę bawiłyśmy się z Sylwią doskonale, robiąc króliczki. Że efekt stał pod znakiem zapytania – wcale nam nie przeszkadzało. Ale zacznijmy od początku.

Czymś bardzo charakterystycznym dla Węgier są pogacze (pogácsa). Małe słone ciasteczka podawane jako przegryzka do wina czy palinki. W zasadzie obowiązkowo domowego wyrobu. Dlatego też tyle rodzai pogaczy, co gospodyń. Pogacze mogą być drożdżowe albo z kruchego ciasta czy francuskiego. Serowe, ziemniaczane, z pestkami dyni – fantazja nie zna granic. Można powiedzieć, że zanim świat wymyślił chipsy, Węgrzy mieli swoje pogacze.

W samych początkach naszej przygody z Węgrami dostałyśmy z Sylwią bardzo fajny, bo prosty przepis na pogacze od zaprzyjaźnionego księdza Pawła, z którym chodziłyśmy na kurs węgierskiego. Udanie robiłyśmy je w Warszawie. Jakiż był mój zachwyt, gdy parę dni temu natknęłam się w internecie na ten sam węgierski przepis, ale podany w o wiele ciekawszej oprawie. Dobrze nam znane pogacze w kształcie wielkanocnych zajączków.

nyuszi pogacsa

Źródło: finomreceptek.com

Sylwii nie musiałam długo namawiać. Robimy! Przepis oczywiście podaje, bo jest banalnie prosty:

25 dkg mąki

25 dkg twarogu

25 dkg masła

1 łyżeczka soli

Składniki wymieszać. Ser biały wszystko jedno czy w grudkach, czy zmielony. Ja lubię półtłusty i raczej w grudkach, on się i tak w cieście rozpływa, ale tworząc mniej jednolitą fakturę. Masło zastępuję margaryną, ale lepiej jej nie wyciągać wcześniej z lodówki, tylko pokroić w kostkę. Ciasto należy szybko wyrabiać, bo jak tłuszcz się zbyt rozgrzeje, to cała masa zacznie nam płynąć w rękach. Sól można dodać albo nie, nie ma to wpływu na proces pieczenia, a jedynie na smak. W przepisie nie ma błędu: nie dodaje się jajek, drożdży ani proszku do pieczenia.

Dopiero przy zagniataniu ciasta zdałam sobie sprawę, że pracują te mięśnie rąk, których zazwyczaj nie używam.

Dopiero przy zagniataniu ciasta zdałam sobie sprawę, że pracują te mięśnie rąk, których zazwyczaj nie używam.

Zagniatamy wszystko razem. Ciasto rozwałkować (na ok. 1 cm grubości), złożyć, znów rozwałkować. Powtórzyć proces trzy razy. Podsypywać mąką, ale bardzo oszczędnie, żeby nie zdominowała ona serowego smaku. Wszystko na tempo, bo przez obecność tłuszczu ciasto zaczyna się lepić do wałka, do stolnicy. Mnie wałkowanie trochę dziwiło (w sensie: po co?), ale rzeczywiście ciasto staje się bardziej aksamitne, pulchne.

Moją stolnicą jest kuchenny blat, a wałkiem butelka po winie. Ale przecież serce się liczy!

Moją stolnicą jest kuchenny blat, a wałkiem butelka po winie. Ale przecież  w każdej kuchni serce się liczy!

I teraz są dwie drogi. Z rozwałkowanego ciasta (na ten rzeczony 1 cm) można kieliszkiem do wódki wykrawać krążki. Chodzi o to, by po upieczeniu mieć ciasteczka na jeden kęs, a to ciasto wbrew pozorom urośnie, zwiększając swoją objętość mniej więcej o połowę. Na blachę kładziemy papier do pieczenia (z podanej ilości wychodzi ok. 60 pogaczy, po 30 na dwie blachy, w rzędach 5×6 – nie mogą być bliżej siebie, bo one naprawdę rosną), układamy pogacze, smarujemy żółtkiem rozrobionym z 1 łyżeczką śmietany, żeby się ładnie zbrązowiły. Można posypać kminkiem, makiem, tartym żółtym serem albo gruboziarnistą solą – jeśli nie posoliliśmy ciasta.

Jeśli jednak chcemy uzyskać króliczki jak z obrazka, należy po rozwałkowaniu ciasto znów uformować w kulę i odrywając od niej po kawałku lepić nieco spłaszczone kulki wyglądem przypominające przepiórcze jajka. Potem dużymi kuchennymi nożyczkami pod sporym kątem nachylenia należy króliczkom wycinać uszy. Oczy lepiej robić zapałką niż wykałaczką (trzonkiem zapałki, nie główką z siarką!). Ogonki to moja prywatna inicjatywa – nacinałam dupkę nożykiem, a potem paluszkami formowałam kitkę. Jak wspominałam, trzeba się z tym trochę spieszyć, żeby zajączek nie rozpłynął nam się w rękach, ale generalnie ciasto jest wdzięczne to tego typu prac. Bardzo przypomina plastelinę i jeśli ma się samemu zdolności manualne albo zdolne manualnie dzieci – zabawa gwarantowana.

Wycinanie uszu wcale nie jest łatwe - pierwszy delikwent raczej przypominał spasionego kota.

Wycinanie uszu wcale nie jest łatwe – pierwszy delikwent raczej przypominał spasionego kota.

nyuszi pogácsa 4

Tu już udało się zbliżyć do pożądanego efektu.

nyuszi pogácsa 5

Zaczyna się praca taśmowa – im mniejsze „jajeczka”, z których się potem wyklują zajączki, tym tak naprawdę lepiej.

nyuszi pogácsa 6

Sylwia formowała kulki, ja nacinałam uszy, potem Sylwia robiła im oczka, a ja wycinałam ogonki.

nyuszi pogácsa 7

Jednak czasem złapać króliczka też dobrze.

nyuszi pogácsa 8

Zajęcze burdello bum-bum. Trochę z powodu braku miejsca trzeba było łączyć się w pary.

Pogacze wkładamy do rozgrzanego do 200 st. C piekarnika na 30 minut. Lepiej nastawić na grzanie góra-dół niż na termoobieg, żeby nam zające zbytnio nie wyschły. Dla amatorów tradycyjnych kieliszkowych kształtów wskazania są te same. Po 15 minutach powinny zacząć pachnieć i wtedy warto kontrolować stan przybrązowienia. Ciasto szybko nie jest surowe, tylko pogacze lepiej wyglądają i smakują, jak są ładnie przypieczone. Z mojego doświadczenia wynika, że górna blacha jest szybciej do wyjęcia, a dolną należy przełożyć w jej miejsce i jeszcze 10 minut dopiec.

Tu już towarzystwo posmarowane i częściowo posypane kminkiem, bo nie każdy lubi.

Tu już towarzystwo posmarowane i częściowo posypane kminkiem, bo nie każdy lubi.

A króliczki? Szczerze mówiąc, to myślałam, że będzie gorzej. Choć Sylwia się strasznie śmiała, że seks w solarium jest bardzo męczący…

Ryknęłyśmy śmiechem, bo choć urocze (i smaczne!) króliczki odbiegają od pierwowzoru.

Ryknęłyśmy śmiechem, bo choć urocze (i smaczne!) króliczki mocno odbiegają od pierwowzoru.

nyuszi pogácsa 11

Ten chłopaczyna najwyraźniej się trochę zmęczył i klapnięte uszko ma. Zdrożony z imprezy wraca.

nyuszi pogácsa 12

Co tam alkohol – popatrzcie jak seks wykańcza!

nyuszi pogácsa 13

A seks grupowy jakoś mniej – siły się rozkładają? Ja w każdym bądź razie mam pociąg do króliczków…

 


Między nami jaskiniowcami

Ileż ja to słyszałam o jeziorze jaskiniowym w Tapolca. No jest. Jaskinia. Kto nie wiedział jaskini??? W jaskini jest woda. To też rozumiem. Można tam sobie popływać łódkami. Co, ja łódką nie pływałam?! Pływałam – a jednak wszystko było inaczej.

Nie mam atencji do obiektów z gruntu turystycznych. Zawsze wydają mi się przereklamowane. I nie palę się, żeby je odwiedzać. A jak już dotarłam do Tapolcy to tylko ochy i achy. Przede wszystkim nie sądziłam, że to jest tak duże miasto. No ok, tylko 15 tys. mieszkańców, ale na węgierskie standardy to dość sporo. I nie sądziłam, że cała Tapolca jest dosłownie „zryta” kanałami podwodnych jaskiń. Zagłębiłam się zatem w te niezwykłe labirynty.

barlang 1

Na tym przekroju dobrze widać, jak pod miastem Tapolca rozpościera się miasto jaskiniowców.

Wejście do jaskini w Tapolca jest dość niepozorne. Niebrzydki skądinąd obiekt jakoś ginie w tle otaczających go budynków. Już po wejściu wrażenia są o wiele ciekawsze. Nowoczesne kasy, wejścia, obsługa. Nawet zimą nie brak turystów i nie trzeba czekać więcej niż 5 minut na uformowanie się 15-osobowej grupy do zwiedzania.

vvv

Wystawa nie jest ogromna, ale bardzo ciekawie rozplanowana.

Część wystawienniczą zwiedza się z przewodnikiem. Wystawa jest interaktywna, bogata w eksponaty. Wszystko jest opisane po węgiersku, angielsku i niemiecku. Przewodnik mówił po węgiersku, na pewno można zamówić go w innych językach. Ale nie jest do końca potrzebny. Można sobie samemu dać radę. Znaczy bardzo profesjonalny, jednak próbuje przekazać milion informacji na minutę i znajomość danego języka obcego nie ma tu nic do rzeczy. W części wystawienniczej najfajniejsze są filmy w 3D.

kk

Świetna ekspozycja na europejskim poziomie. Węgrzy mają się czym chwalić i umieją to robić.

Chociaż zarządzający jaskinią od wejścia starają się ją przedstawić jako 8. cud świata, niezapomniane wrażenie robi dopiero zetknięcie się oko w oko z dziełem przyrody. Od interaktywnych eksponatów wędruje się w głąb w odmęty prawdziwej jaskini, pokonując schody, schody i schody. Napięcie rośnie, panie coraz bardziej kurczowo chwytają się panów. Aż do samych czeluści.

ááá

Moj Boże, Stefan, my naprawdę będziemy tym płynąć?!

Tu na grupę czekają łódki. I bezbrzeżnie czysta woda, którą wedle zapewnień przewodnika można pić, choć chyba tylko ja się odważyłam. Woda – kryształ. Wejście do łódek nie bez żartów. Znaczy jedni dowcipkują, że to balie. A inni wyraźnie stremowani dopytują o głębokość wody – najwyżej 30-50 cm. Temperatura oscyluje koło 20 st. C – tak wody, jak i powietrza, więc trudno mówić o nieprzyjemnych skutkach wywrotki.

kkk

Ciekawość bierze górę nad niepewnością i chce się wiosłować, byle zobaczyć , co dalej.

Pan przewodnik zapewnia, że w niedzielę wiosłują tylko panie – taki zwyczaj. Niespeszona siadam do sterów. Z racji wzrostu radzi uważać na głowę. Pal sześć wzrost – tu w ogóle należy uważać na głowę! Można ją łatwo stracić. Przepiękne sklepienia, lustro wody pełne refleksów, korytarze, niezwykłe oświetlenie. Po chwili manewrowania w czarownym labiryncie gubi się z oczu łódkę przed sobą, znika też ta za nami. I zostaje czysta magia.

Jeśli gdzieś na ziemi istnieją pełne energii miejsca na styku dwóch światów, Tapolca na pewno jest jednym z nich.

 

Na powierzchnię ziemi wychodzi się oszołomionym. Wszystko wydaje się nierzeczywiste. Ale warto zachować przytomność umysłu, bo jezioro jaskiniowe to nie koniec atrakcji. Dwie przecznice dalej jest jezioro na powierzchni – połączone z całym jaskiniowym systemem. Nad nim zabytkowy młyn, wokół pięknie zagospodarowany park, a w wodzie całe rzesze rybek. Zdjęcia dopowiedzą resztę.

barlang 7

Cztery pory roku. Od lewej: wiosna, lato, jesień.

barlang 8

Jezioro jak z bajki, domki jak z bajki. Można wręcz zwątpić w realność własnego istnienia.

barlang 9

Ryby – o ile dobrze zrozumiałam – mnożą się w jaskini, ale żyć już wolą bliżej słońca.

barlang 10

W krystalicznie czystej wodzie znaleźć można puszki po napojach, całe mnóstwo drobnych śmieci i nawet telefony komórkowe. Słów brak.

barlang 11

A to jest woda na młyn naszych możliwości.

barlang 12

Skojarzenia mam bardzo obok tematu i raczej niecenzuralne, więc nie napiszę nic.

barlang 13

Przy zdjęciu młyna mostek było widać w tle. Uroczy. Moda na kłódki dla mnie trochę niezrozumiała, ale na Węgrzech dość powszechna.