Monthly Archives: Styczeń 2016

Efekt Hollywood

Recenzja węgierskiego filmu „Syn Szawła” pióra mojej przyjaciółki Moniki Aniszewskiej, aktorki najstarszego teatru amatorskiego w Polsce im. Jaracza w Otwocku:

Kiedy czytam te wszystkie euforyczne, entuzjastyczne, ogniste wypowiedzi, nadużywające słów: „arcydzieło”, „fenomen”, „ majstersztyk” w stosunku do filmu „Syn Szawła”, to myślę, że chyba inny film ogladałam…
Klaustrofobiczny, ciężki, bardziej męczący (widza), niż przerażający. Patrzenie na jedną (JEDNĄ !) umęczona twarz przez 1 godzinę i 40 minut, to rzeczywiście do zniesienia tylko przez widza o silnych nerwach. Sam sposób opowiadania całej historii jest co najmniej kontrowersyjny. Ale zarzuty, co do artystycznych środków wyrazu, mogą być osobistym odczuciem.

Jednak faktów przemilczeć się nie da. Nie chce się czepiać prawdy historycznej, bo to nie film historyczny w zamyśle. Przytoczę zaledwie parę przykładów, które utrudniały mi właściwy odbiór tego arcydzieła. Przeżycie  komory gazowej w obliczu znanej nam wiedzy,  to delikatnie mówiąc dosyć naciagana historia. Biorąc pod uwagę skrupulatniość nazistów, raczej nie mam wątpliwości, że czas zgonu potrafili wyliczyć więcej niż precyzyjnie.
Swobodne przechadzanie się bohatera po obozie pod okiem Niemców oraz dołączanie się – ni z tego, ni z owego – do pracującej grupy więźniów, aby znależć rabina i przekonać go do uczestnictwa w pogrzebie tytułowego syna, to już szczyt nieprawdopodobieństwa. Członkowie Sonderkommando nie byli wyjęci spod praw obowiązujących innych więźniów. Inna sprawa, że tytułowy syn synem nie jest, a jedynie ma chyba legitymować ludzkie odruchy w przedstawianym piekle, sprawiać, że cała sytuacja wyda się… bardziej uzasadniona? No właśnie też nie.
W mojej ocenie zachowanie głównego bohatera jest do bólu egoistyczne. Wie, że czas Sonderkommando, którego jest członkiem, się kończy i za chwilę sami zostaną zlikwidowani, więc przygotowuje się do ucieczki. Jego współtowarzysze potrzebują prochu, aby zniszczyć krematoria. Główny bohater musi go dostarczyć. Dostaje od innego więźnia cudem zdobyty woreczek prochu i… gubi go, bo obsesja znalezienia rabina to jego piorytet.
Narażanie współwięźniów na śmierć , aby wcielić w życie pokrętny plan pochówku rzekomego syna, podczas gdy wokół giną miliony. Mocne. Moralnie naganne. I dla mnie po prostu nie do przyjęcia.
Podobno to według Amerykanów najlepszy film o Holokauście. Serio? Naprawdę nie widzieli lepszych? Współczuję.
Moim zdaniem zachwyt nad tym filmem to klasyczny efekt motyla. Ktoś się zachwycił,  może nawet szczerze (ale nie oszukujmy się , niektórym podoba się nawet „Pragnienie Śmierci 11”). A potem jeszcze ktoś . I jeszcze ktoś.  A potem innym już nie wypadało się nie zachwycać, bo przecież ci mądrzejsi wiedzą lepiej, co ma się podobać. I żeby nie wyjść na głupka, trzeba udawać w ciemniej sali kinowej, że to nie nas nudzi to arcydzieło, które opowiada przecież tak czy inaczej o ogromnej ludzkiej tragedii. I szczytem bohaterstwa pozostaje niesłyszenie chrapiącego sąsiada.