Monthly Archives: Luty 2019

Red Bull doda Ci skrzydeł

Jest taka impreza, która nazywa się Red Bull Air Race. Opiera się na spektakularnych pokazach lotniczych i z góry przepraszam wszystkich znawców tematu, którzy słusznie zarzucą mi dyletanctwo. Ale ja nie o lotnictwie chciałam, ani nie zamierzam kwestionować talentów niewątpliwych mistrzów, którzy w tych zawodach startują.

Podziwiać można te wyczyny w dość egzotycznych krajach (Japonia, USA, Arabia Saudyjska) i… na Węgrzech. Wedle kalendarza na 2019 rok weekend 13-14 lipca zarezerwowany był dla Budapesztu. Był, bo miasto nie wydało zgody na organizację imprezy. Red Bull zwraca pieniądze za bilety lub prosi o cierpliwość i czas na znalezienie nowego miejsca.

Bez wątpienia zawody to efektowne i widowiskowe, przyciągające mnóstwo publiczności. Na żywo nigdy ich nie widziałam, ale krążą legendy o pilotach przelatujących pod budapesztańskimi mostami.

Budapeszt ma przestrzeń i warunki – spójrzcie, ile ludzi jest na nadbrzeżach. (fot. redbull.com)

Jako się rzekło, Budapeszt postawił veto, ale ratować ten wyrzucony tort natychmiast podjęły się nadbalotońskie miejscowości: Keszthely, Hévíz, Fonyód i Zamárdi. Każda ma swoje argumenty, choć trzeba przyznać, że do najbardziej stanowczej walki stanęło Zamárdi.

Ja Zamárdi bardzo podziwiam, bo ma 2,5 tys. mieszkańców i jest dokładnie 10 razy mniejsze od Siófok, które ma 25 tys. mieszkańców. Ale Zamárdi ma fajnego, prężnie działającego burmistrza, który jest mistrzem w organizacji imprez. Spektakularnym wydarzeniem na początku lipca jest festiwal Balaton Sound. Ok, jest w Zamárdi pole namiotowe, ale nawet ono nie jest z gumy, o całej reszcie infrastruktury nie wspominając (z ciekawości sprawdziłam: Jarocin ma 26 tys. mieszkańców). Zapleczem noclegowym jest Siófok, bo to tylko 10 km. Podobnie jest w przypadku każdej imprezy, która odbywa się w Zamárdi, bo ta miejscowość po prostu nie ma takiej bazy noclegowej.

Dla turystów to na pewno oznacza wzrost cen i dzikie tłumy wszędzie. Choć zaznaczam, że żadna decyzja jeszcze nie zapadła.

Bez względu na to, jaka by to nie miała być miejscowość nad Balatonem, to jak się to ma do strefy ciszy, ochrony przyrody i rezerwatów ptactwa? Nie znam w detalach węgierskiego prawa, ale jeśli na Balatonie nie można używać silników spalinowych – z wyjątkiem policji, Żeglugi Balatońskiej i specjalnych pozwoleń – to ktoś dostanie specjalne pozwolenie. Bo ktoś musi zarobić. A żeby było spektakularnie, to samoloty muszą latać nisko. Obawiam się, że sylwestrowe fajerwerki to dla balatońskich ryb i ptaków małe miki w porównaniu z taką dwudniową imprezą.

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Aż dziw, ale wyobraźcie sobie, że bratankowie nie znają tego powiedzenia – chociaż jak tłumaczę, to bardzo przyznają mu słuszność.

Jeśli mimo wszystko, a może właśnie dlatego, planujecie urlop w Zamárdi, rezerwujcie teraz Hotel Familia!


Calineczka – domek z bajki

Wiele osób mnie pyta, czy mi w tym Siófok nie smutno i czy nie tęsknię za Polską. Nie smutno, bo mam bardzo wielu przyjaciół Węgrów, a nie tęsknię, bo Polska przyjeżdża do mnie. Chciałam Wam dzisiaj opowiedzieć o zupełnie magicznym miejscu.

Zaczęło się niewinnie (bo to się zwykle tak zaczyna…), jak przyjechałam 11 lat temu nad Balaton, to trzeba było gdzieś mieszkać. Przypadkowo znaleziony nocleg okazał się domkiem z bajki. Kto jest ciekaw tych pradawnych początków, może sobie o nich dokładnie poczytać w mojej pierwszej książce Rejs po Węgrzech

Właściciele domku z bajki to Karol i Marika. Przeuroczy ludzie, z którymi szybko się zaprzyjaźniłam. Dlaczego domek z bajki? Ano dlatego:

Ten dom liczy sobie ponad 90 lat (1927) – jest przepięknie zadbanym zabytkiem, któremu nie brakuje żadnych wygód.

Szybko dostał „bajkową” nazwę, a jak tylko pojawiła się taka możliwość, zaczęłam pośredniczyć w wynajmie calineczkowych apartamentów. I nagle okazało się, że nie tylko we mnie to miejsce budzi zachwyt. W zasadzie każdy, kto tu przyjeżdżał, zakochiwał się z miejsca. W ogrodzie, w gospodarzach, w tej atmosferze trochę jak na działce (w środku kurortu!). Karol i Marika stali się wujkiem i ciocią, dorabiając się w parę lat pokaźnej polskiej rodziny.

Z tą rodziną nie przesadzam, rekordziści spędzili tu 4-5 sezonów i ciągle wracają. Cały dom (4 apartamenty) może pomieścić 20 osób i co roku to miejsce staje się prawdziwym Domem Polskim. Przyjeżdżają przede wszystkim rodziny z dziećmi, więc mamy prywatne przedszkole. Dzieciaki się bawią, mają się gdzie wyszaleć, a niejednokrotnie i… zakochać. Nieświadomi rodzice dwulatków nagle stają się teściami i hasła „zięcia pilnuj” zaczynają być na porządku dziennym.

Raz w tygodniu organizowana jest kolacja węgierska. Marika gotuje zupy gulaszowej jak dla pułku wojska. Każdy przynosi wino, piwo, co kto lubi i mamy integrację na całego. I tu w sumie przechodzę do sedna sprawy. Turystyka łączy ludzi, bo każdy jeździ na wakacje. Przy jednym stole często siadają ludzie z bardzo różnych środowisk, skrajnie odmiennych zawodów, z odległych rejonów Polski (choć bywało i tak, że spotykali się sąsiedzi, mieszkający ulicę dalej).

Ja jestem urodzona warszawianka, więc wiadomo, że z góry mam przerąbane. Jeszcze dziennikarka, gorszego wstydu nie ma. Ale to właśnie ten dziennikarski zmysł każe mi się cieszyć, jak się rodacy spierają, przekomarzają, docinają sobie i żartują, mając przy tym duże poczucie jedności i otwartość na siebie. Także mimo odmiennych poglądów politycznych, które najczęściej sprowadzają się do lokalnych i indywidualnych potrzeb w postaci dotacji do wczasów czy przedszkola dla dziecka.

Ta Calineczka może dlatego jest magiczna, że tak łączy ludzi, że chce się tu być. I chce się tu wracać. A ja dzięki Wam mam kawałek Polski w Siófok. Takiej naszej i najlepszej.


Imperium kontratakuje

Na wstępie wypada mi się wytłumaczyć z przerwy w publikacjach. Nie porwali mnie obcy, a jedynie Wydawnictwo Pascal, dla którego napisałam przewodnik po Węgrzech, po Balatonie, Inspirator Turystyczny po Węgrzech. Zainteresowanym polecam:

Katarzyna Kociuba – Pascal

Jak się pisze przewodnik? Przyjemnie i strasznie trudno. Goni czas, terminy i wysoko ustawiona poprzeczka. Pascal ma renomę i dobrych redaktorów. Miałam wsparcie, ale wiedziałam, że muszę z siebie dać wszystko.

002

Satysfakcja jest, nie będę ukrywać.

Balaton znam co najmniej dobrze. Resztę Węgier – pobieżnie, choć zjeździłam je od Sopron po Sárospatak. Mam ogólną wiedzę, ale umówmy się: mało kto nawet własny kraj zna na wskroś. Oczywiście internet to ogromne dobrodziejstwo, choć weryfikacja informacji bywa żmudną robotą. Były miejsca, w które udałam się specjalnie (za rzecz jasna własną kasę), np. region winiarski Villány, żeby skonfrontować wiedzę z rzeczywistością. Odbyłam też dziesiątki rozmów z moimi węgierskimi przyjaciółmi, którzy mi niezawodnie podpowiadali, co koniecznie powinnam napisać o ich ojczyźnie.

Kto by dziś kupował przewodnik, jak wszystko jest w sieci. Jest – pod warunkiem, że znacie węgierski. Bo  takich informacji w żadnym innym języku nie znajdziecie. Jeśli więc lubicie Węgry i chcecie się naprawdę czegoś o tym kraju dowiedzieć, to na pewno Was nie zawiodę.

A poza tym? Rozstałam się z moim węgierskim wspólnikiem (nigdy nie byliśmy parą, jeśli ktoś ciekaw) i kontynuuję działalność pod szyldem Helka Travel. Znam język, znam właścicieli noclegów, mam stałych klientów z Polski i szkoda byłoby to wszystko zaprzepaścić. No i po tym pisaniu przewodników mogę spokojnie powiedzieć, że znam kraj – nieraz lepiej od samych Węgrów.

Helka Travel logo

Jak Wam się podoba nowe logo?

Cieszę się bardzo, że działam w pojedynkę, na własny rachunek i w końcu mogę Wam oferować takie domy, apartamenty i hotele, jakie lubicie, bez wiecznego słuchania, ile się na tym da zarobić. Obiecuję, że baza będzie się rozrastać, ale docelowo wolę mniej miejsc, ale naprawdę sprawdzonych.

Słowem, przechodzę do kontrataku!