Wiosna nad Balatonem

Przekazuję Wam relację z pierwszego dnia wiosny w Siófok. Dziś jest 17 st. C, słonecznie i bezwietrznie. A tak naprawdę przydałby się deszcz, bo ziemia strasznie sucha. Roślinki zaś rwą się do życia.

wiosna-balaton-helka-travel

Ta piękność to mirabelka.

wiosna-balaton-helka-travel

Morze forsycji.

wiosna-balaton-helka-travel

Morze węgierskie.

wiosna-balaton-helka-travel

W porcie lada moment ruszy sezon.

wiosna-balaton-helka-travel

Te krzewy nie wiem, jak się nazywają – podpowiadajcie!

wiosna-balaton-helka-travel

Już takie listki wypuściły bzy.

wiosna-balaton-helka-travel

Jókai park w Siófok powoli się zazielenia.

wiosna-balaton-helka-travel

Forsycja jest wszechobecna.

wiosna-balaton-helka-travel

A tak wygląda mirabelka w parku.

wiosna-balaton-helka-travel

Bajeczny widok – powoli wszystkie drzewa owocowe startują.

wiosna-balaton-helka-travel

Natomiast bratki są zimowe, jeszcze nie wykopane po sezonie.


Nocleg nad Balatonem – czego szukać?

Pytanie może się wydać oczywiste albo wręcz głupie. A wcale takie nie jest. Wiadomo, że są różne rodzaje noclegów na Węgrzech. Który będzie optymalny dla nas? Jakie ma wady i zalety? Skupiam się na Balatonie, bo tu w większości chcecie spędzać wakacje, ale odnosi się to do całych Węgier.

1. Apartamenty (pokoje, prywatne kwatery). Właściciel wynajmuje dom w części lub w całości, podzielony na niezależne części mieszkalne. Apartament studio w węgierskim nazewnictwie oznacza jeden pokój z kącikiem kuchennym. W „prawdziwym” apartamencie kuchnia jest osobno. Łazienka do własnej dyspozycji to standard. Jeśli łazienkę trzeba dzielić z sąsiadami, mówimy o pokojach do wynajęcia. Nie zapewniają wyżywienia. Przeważnie wynajem od soboty do soboty.

Zalety: mamy niezależne mieszkanie nad Balatonem, możemy przygotować posiłki we własnym zakresie (przynajmniej śniadania lub odgrzać to, co kupiliśmy na mieście), często do dyspozycji jest ogród, zamknięte podwórko.
Wady: mamy sąsiadów w postaci innych turystów i/lub właścicieli, podwórko/grill/miejsce do zabawy/basen jest do wspólnego użytku.

U Franka apartamenty mają osobne wejścia.

2. Dom. Oczywiście najlepiej wynająć cały dom nad Balatonem, ale to się opłaca przy 2-3 rodzinach, bo domy są dla ok. 10 osób. Właściciel przeważnie w takim domu nie mieszka, ale bywa, że mieszka na tej samej działce w osobnym budynku. Warto to sprawdzić – Helka Travel zawsze podaje takie informacje. Bez wyżywnienia. Wynajem od soboty do soboty to niemal norma. Dom do wynajęcia nad brzegiem Balatonu jest mżonką. Jeśli kogoś stać na taki dom, to z reguły nie musi go wynajmować. Nieliczne wyjątki potwierdzają regułę.

Zalety: cała nieruchomość wraz z ogrodem jest dla nas, więcej miejsca, pełnowymiarowa kuchnia. Przy grupach znajomych, przyjaciół cenowo to najbardziej opłacalne rozwiązanie.
Wady: domy przeważnie są w cichych zakątkach, dzielnicach mieszkalnych. Nawet jeśli właściciel tu nie mieszka, trzeba się liczyć z sąsiadami przez płot.

3. Kempingi. Wszystkie kempingi w ofercie Helka Travel są bezpośrednio nad brzegiem Balatonu. Można wynająć miejsce pod namiot, parcelę pod przyczepę kempingową, wyposażony namiot lub przyczepę albo domek kempingowy nad Balatonem. To najlepsza opcja, jeśli zależy nam na domku dla jednej rodziny, bo domki są 4-osobowe. Cena jest za domek. Tu brak zniżek dla dzieci. Dzieci do 14 lat mają zniżkę w przypadku parceli. Kempingi oferują nocleg bez wyżywienia, ale na terenie są bufety, restauracje. Minimalny czas rezerwacji w sezonie to 4 noce – dotyczy tylko domków, parcelę można wynająć na 1 noc.

Zalety: nocleg nad brzegiem Balatonu. Plaża, animacje, często też basen, zjeżdżalnia w cenie noclegu (to są niemałe oszczędności w kosztach urlopu). Dużo atrakcji na miejscu, międzynarodowe towarzystwo.
Wady: uproszczony standard, ograniczona powierzchnia domku/parceli. Bezpośredni kontakt z przyrodą – to oczywiście zaleta, ale warto podkreślić: żuczki, mrówki, pająki, muchy, osy, myszy polne, jeże, ptaki, jaszczurki są częścią balatońskiego ekosystemu. Tak, domki są sprzątane. Ale to całe towarzystwo po prostu na terenie kempingu żyje.

4. Hotel. Przynajmniej ze śniadaniem, a najczęściej z wyżywieniem HB (obiadokolacje) i nie można inaczej. Optymalne rozwiązanie, jeśli szukamy pokoju dla 2 osób lub 2+1. Rodzina z dwójką dzieci musi się często liczyć z koniecznością wynajmu 2 pokoi lub apartamentu, co znacznie podnosi koszty. Minimalne rezerwacje w sezonie to 3-4 noce. Pamiętajcie, że liczba gwiazdek nie równa się standard. Gwiazdki mówią o usługach dodatkowych (wellness, basen, parking podziemny, recepcja 24h, restauracja niezależna od pór posiłków). Można znaleźć świetny 3-gwiazdkowy hotel z przestronnymi, ładnie wyposażonymi pokojami. Nie przepłacaj za to, z czego nie skorzystasz!

Zalety: pełna obsługa, dużo usług dodatkowych (basen, wellness, bar, pokój zabaw dla dzieci), w pełni zapewnione wyżywienie. Często atrakcyjne zniżki dla dzieci.
Wady: spora anonimowość, powtarzalność posiłków, konieczność obcowania z większą liczbą gości.

Hotel Renegade oferuje śniadania i basen.

5. Pensjonat, hostel. Zazwyczaj bardziej kameralny niż hotel. Ale niekoniecznie o niższym standardzie czy tańszy. Mniejsza ilość gości pozwala obsłudze lepiej się Tobą zaopiekować. Przeważnie nocleg ze śniadaniem. Bardziej elastyczna polityka odnośnie terminów, ale za to słone dopłaty za nocleg na 1-2 noce. Z reguły pokoje z łazienkami, choć tańsze hostele oferują pokoje z łazienkami wspólnymi na korytarzu.

Zalety: dobra oferta „w połowie drogi” pomiędzy hotelem a apartamentem. Jest obsługa, śniadanie, pakiet dodatkowych możliwości.
Wady: mniej korzystne zniżki dla dzieci. Często ponadstandardowe usługi są ekstra płatne. Warto to dobrze przeanalizować. Helka Travel zawsze podaje, czy trzeba dodatkowo zapłacić za parking, klimatyzację, pobyt zwierzaka.

Masz pytania dotyczące konkretnego obiektu z oferty Helka Travel? Napisz do mnie na maila kociuba@helkatravel.pl


Red Bull doda Ci skrzydeł

Jest taka impreza, która nazywa się Red Bull Air Race. Opiera się na spektakularnych pokazach lotniczych i z góry przepraszam wszystkich znawców tematu, którzy słusznie zarzucą mi dyletanctwo. Ale ja nie o lotnictwie chciałam, ani nie zamierzam kwestionować talentów niewątpliwych mistrzów, którzy w tych zawodach startują.

Podziwiać można te wyczyny w dość egzotycznych krajach (Japonia, USA, Arabia Saudyjska) i… na Węgrzech. Wedle kalendarza na 2019 rok weekend 13-14 lipca zarezerwowany był dla Budapesztu. Był, bo miasto nie wydało zgody na organizację imprezy. Red Bull zwraca pieniądze za bilety lub prosi o cierpliwość i czas na znalezienie nowego miejsca.

Bez wątpienia zawody to efektowne i widowiskowe, przyciągające mnóstwo publiczności. Na żywo nigdy ich nie widziałam, ale krążą legendy o pilotach przelatujących pod budapesztańskimi mostami.

Budapeszt ma przestrzeń i warunki – spójrzcie, ile ludzi jest na nadbrzeżach. (fot. redbull.com)

Jako się rzekło, Budapeszt postawił veto, ale ratować ten wyrzucony tort natychmiast podjęły się nadbalotońskie miejscowości: Keszthely, Hévíz, Fonyód i Zamárdi. Każda ma swoje argumenty, choć trzeba przyznać, że do najbardziej stanowczej walki stanęło Zamárdi.

Ja Zamárdi bardzo podziwiam, bo ma 2,5 tys. mieszkańców i jest dokładnie 10 razy mniejsze od Siófok, które ma 25 tys. mieszkańców. Ale Zamárdi ma fajnego, prężnie działającego burmistrza, który jest mistrzem w organizacji imprez. Spektakularnym wydarzeniem na początku lipca jest festiwal Balaton Sound. Ok, jest w Zamárdi pole namiotowe, ale nawet ono nie jest z gumy, o całej reszcie infrastruktury nie wspominając (z ciekawości sprawdziłam: Jarocin ma 26 tys. mieszkańców). Zapleczem noclegowym jest Siófok, bo to tylko 10 km. Podobnie jest w przypadku każdej imprezy, która odbywa się w Zamárdi, bo ta miejscowość po prostu nie ma takiej bazy noclegowej.

Dla turystów to na pewno oznacza wzrost cen i dzikie tłumy wszędzie. Choć zaznaczam, że żadna decyzja jeszcze nie zapadła.

Bez względu na to, jaka by to nie miała być miejscowość nad Balatonem, to jak się to ma do strefy ciszy, ochrony przyrody i rezerwatów ptactwa? Nie znam w detalach węgierskiego prawa, ale jeśli na Balatonie nie można używać silników spalinowych – z wyjątkiem policji, Żeglugi Balatońskiej i specjalnych pozwoleń – to ktoś dostanie specjalne pozwolenie. Bo ktoś musi zarobić. A żeby było spektakularnie, to samoloty muszą latać nisko. Obawiam się, że sylwestrowe fajerwerki to dla balatońskich ryb i ptaków małe miki w porównaniu z taką dwudniową imprezą.

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Aż dziw, ale wyobraźcie sobie, że bratankowie nie znają tego powiedzenia – chociaż jak tłumaczę, to bardzo przyznają mu słuszność.

Jeśli mimo wszystko, a może właśnie dlatego, planujecie urlop w Zamárdi, rezerwujcie teraz Hotel Familia!


Calineczka – domek z bajki

Wiele osób mnie pyta, czy mi w tym Siófok nie smutno i czy nie tęsknię za Polską. Nie smutno, bo mam bardzo wielu przyjaciół Węgrów, a nie tęsknię, bo Polska przyjeżdża do mnie. Chciałam Wam dzisiaj opowiedzieć o zupełnie magicznym miejscu.

Zaczęło się niewinnie (bo to się zwykle tak zaczyna…), jak przyjechałam 11 lat temu nad Balaton, to trzeba było gdzieś mieszkać. Przypadkowo znaleziony nocleg okazał się domkiem z bajki. Kto jest ciekaw tych pradawnych początków, może sobie o nich dokładnie poczytać w mojej pierwszej książce Rejs po Węgrzech

Właściciele domku z bajki to Karol i Marika. Przeuroczy ludzie, z którymi szybko się zaprzyjaźniłam. Dlaczego domek z bajki? Ano dlatego:

Ten dom liczy sobie ponad 90 lat (1927) – jest przepięknie zadbanym zabytkiem, któremu nie brakuje żadnych wygód.

Szybko dostał „bajkową” nazwę, a jak tylko pojawiła się taka możliwość, zaczęłam pośredniczyć w wynajmie calineczkowych apartamentów. I nagle okazało się, że nie tylko we mnie to miejsce budzi zachwyt. W zasadzie każdy, kto tu przyjeżdżał, zakochiwał się z miejsca. W ogrodzie, w gospodarzach, w tej atmosferze trochę jak na działce (w środku kurortu!). Karol i Marika stali się wujkiem i ciocią, dorabiając się w parę lat pokaźnej polskiej rodziny.

Z tą rodziną nie przesadzam, rekordziści spędzili tu 4-5 sezonów i ciągle wracają. Cały dom (4 apartamenty) może pomieścić 20 osób i co roku to miejsce staje się prawdziwym Domem Polskim. Przyjeżdżają przede wszystkim rodziny z dziećmi, więc mamy prywatne przedszkole. Dzieciaki się bawią, mają się gdzie wyszaleć, a niejednokrotnie i… zakochać. Nieświadomi rodzice dwulatków nagle stają się teściami i hasła „zięcia pilnuj” zaczynają być na porządku dziennym.

Raz w tygodniu organizowana jest kolacja węgierska. Marika gotuje zupy gulaszowej jak dla pułku wojska. Każdy przynosi wino, piwo, co kto lubi i mamy integrację na całego. I tu w sumie przechodzę do sedna sprawy. Turystyka łączy ludzi, bo każdy jeździ na wakacje. Przy jednym stole często siadają ludzie z bardzo różnych środowisk, skrajnie odmiennych zawodów, z odległych rejonów Polski (choć bywało i tak, że spotykali się sąsiedzi, mieszkający ulicę dalej).

Ja jestem urodzona warszawianka, więc wiadomo, że z góry mam przerąbane. Jeszcze dziennikarka, gorszego wstydu nie ma. Ale to właśnie ten dziennikarski zmysł każe mi się cieszyć, jak się rodacy spierają, przekomarzają, docinają sobie i żartują, mając przy tym duże poczucie jedności i otwartość na siebie. Także mimo odmiennych poglądów politycznych, które najczęściej sprowadzają się do lokalnych i indywidualnych potrzeb w postaci dotacji do wczasów czy przedszkola dla dziecka.

Ta Calineczka może dlatego jest magiczna, że tak łączy ludzi, że chce się tu być. I chce się tu wracać. A ja dzięki Wam mam kawałek Polski w Siófok. Takiej naszej i najlepszej.


Imperium kontratakuje

Na wstępie wypada mi się wytłumaczyć z przerwy w publikacjach. Nie porwali mnie obcy, a jedynie Wydawnictwo Pascal, dla którego napisałam przewodnik po Węgrzech, po Balatonie, Inspirator Turystyczny po Węgrzech. Zainteresowanym polecam:

Katarzyna Kociuba – Pascal

Jak się pisze przewodnik? Przyjemnie i strasznie trudno. Goni czas, terminy i wysoko ustawiona poprzeczka. Pascal ma renomę i dobrych redaktorów. Miałam wsparcie, ale wiedziałam, że muszę z siebie dać wszystko.

002

Satysfakcja jest, nie będę ukrywać.

Balaton znam co najmniej dobrze. Resztę Węgier – pobieżnie, choć zjeździłam je od Sopron po Sárospatak. Mam ogólną wiedzę, ale umówmy się: mało kto nawet własny kraj zna na wskroś. Oczywiście internet to ogromne dobrodziejstwo, choć weryfikacja informacji bywa żmudną robotą. Były miejsca, w które udałam się specjalnie (za rzecz jasna własną kasę), np. region winiarski Villány, żeby skonfrontować wiedzę z rzeczywistością. Odbyłam też dziesiątki rozmów z moimi węgierskimi przyjaciółmi, którzy mi niezawodnie podpowiadali, co koniecznie powinnam napisać o ich ojczyźnie.

Kto by dziś kupował przewodnik, jak wszystko jest w sieci. Jest – pod warunkiem, że znacie węgierski. Bo  takich informacji w żadnym innym języku nie znajdziecie. Jeśli więc lubicie Węgry i chcecie się naprawdę czegoś o tym kraju dowiedzieć, to na pewno Was nie zawiodę.

A poza tym? Rozstałam się z moim węgierskim wspólnikiem (nigdy nie byliśmy parą, jeśli ktoś ciekaw) i kontynuuję działalność pod szyldem Helka Travel. Znam język, znam właścicieli noclegów, mam stałych klientów z Polski i szkoda byłoby to wszystko zaprzepaścić. No i po tym pisaniu przewodników mogę spokojnie powiedzieć, że znam kraj – nieraz lepiej od samych Węgrów.

Helka Travel logo

Jak Wam się podoba nowe logo?

Cieszę się bardzo, że działam w pojedynkę, na własny rachunek i w końcu mogę Wam oferować takie domy, apartamenty i hotele, jakie lubicie, bez wiecznego słuchania, ile się na tym da zarobić. Obiecuję, że baza będzie się rozrastać, ale docelowo wolę mniej miejsc, ale naprawdę sprawdzonych.

Słowem, przechodzę do kontrataku!


Efekt Hollywood

Recenzja węgierskiego filmu „Syn Szawła” pióra mojej przyjaciółki Moniki Aniszewskiej, aktorki najstarszego teatru amatorskiego w Polsce im. Jaracza w Otwocku:

Kiedy czytam te wszystkie euforyczne, entuzjastyczne, ogniste wypowiedzi, nadużywające słów: „arcydzieło”, „fenomen”, „ majstersztyk” w stosunku do filmu „Syn Szawła”, to myślę, że chyba inny film ogladałam…
Klaustrofobiczny, ciężki, bardziej męczący (widza), niż przerażający. Patrzenie na jedną (JEDNĄ !) umęczona twarz przez 1 godzinę i 40 minut, to rzeczywiście do zniesienia tylko przez widza o silnych nerwach. Sam sposób opowiadania całej historii jest co najmniej kontrowersyjny. Ale zarzuty, co do artystycznych środków wyrazu, mogą być osobistym odczuciem.

Jednak faktów przemilczeć się nie da. Nie chce się czepiać prawdy historycznej, bo to nie film historyczny w zamyśle. Przytoczę zaledwie parę przykładów, które utrudniały mi właściwy odbiór tego arcydzieła. Przeżycie  komory gazowej w obliczu znanej nam wiedzy,  to delikatnie mówiąc dosyć naciagana historia. Biorąc pod uwagę skrupulatniość nazistów, raczej nie mam wątpliwości, że czas zgonu potrafili wyliczyć więcej niż precyzyjnie.
Swobodne przechadzanie się bohatera po obozie pod okiem Niemców oraz dołączanie się – ni z tego, ni z owego – do pracującej grupy więźniów, aby znależć rabina i przekonać go do uczestnictwa w pogrzebie tytułowego syna, to już szczyt nieprawdopodobieństwa. Członkowie Sonderkommando nie byli wyjęci spod praw obowiązujących innych więźniów. Inna sprawa, że tytułowy syn synem nie jest, a jedynie ma chyba legitymować ludzkie odruchy w przedstawianym piekle, sprawiać, że cała sytuacja wyda się… bardziej uzasadniona? No właśnie też nie.
W mojej ocenie zachowanie głównego bohatera jest do bólu egoistyczne. Wie, że czas Sonderkommando, którego jest członkiem, się kończy i za chwilę sami zostaną zlikwidowani, więc przygotowuje się do ucieczki. Jego współtowarzysze potrzebują prochu, aby zniszczyć krematoria. Główny bohater musi go dostarczyć. Dostaje od innego więźnia cudem zdobyty woreczek prochu i… gubi go, bo obsesja znalezienia rabina to jego piorytet.
Narażanie współwięźniów na śmierć , aby wcielić w życie pokrętny plan pochówku rzekomego syna, podczas gdy wokół giną miliony. Mocne. Moralnie naganne. I dla mnie po prostu nie do przyjęcia.
Podobno to według Amerykanów najlepszy film o Holokauście. Serio? Naprawdę nie widzieli lepszych? Współczuję.
Moim zdaniem zachwyt nad tym filmem to klasyczny efekt motyla. Ktoś się zachwycił,  może nawet szczerze (ale nie oszukujmy się , niektórym podoba się nawet „Pragnienie Śmierci 11”). A potem jeszcze ktoś . I jeszcze ktoś.  A potem innym już nie wypadało się nie zachwycać, bo przecież ci mądrzejsi wiedzą lepiej, co ma się podobać. I żeby nie wyjść na głupka, trzeba udawać w ciemniej sali kinowej, że to nie nas nudzi to arcydzieło, które opowiada przecież tak czy inaczej o ogromnej ludzkiej tragedii. I szczytem bohaterstwa pozostaje niesłyszenie chrapiącego sąsiada.

 


Nie o to chodzi, by zrobić króliczka…

…ale by dobrze bawić się. Bo akurat w tę niedzielę bawiłyśmy się z Sylwią doskonale, robiąc króliczki. Że efekt stał pod znakiem zapytania – wcale nam nie przeszkadzało. Ale zacznijmy od początku.

Czymś bardzo charakterystycznym dla Węgier są pogacze (pogácsa). Małe słone ciasteczka podawane jako przegryzka do wina czy palinki. W zasadzie obowiązkowo domowego wyrobu. Dlatego też tyle rodzai pogaczy, co gospodyń. Pogacze mogą być drożdżowe albo z kruchego ciasta czy francuskiego. Serowe, ziemniaczane, z pestkami dyni – fantazja nie zna granic. Można powiedzieć, że zanim świat wymyślił chipsy, Węgrzy mieli swoje pogacze.

W samych początkach naszej przygody z Węgrami dostałyśmy z Sylwią bardzo fajny, bo prosty przepis na pogacze od zaprzyjaźnionego księdza Pawła, z którym chodziłyśmy na kurs węgierskiego. Udanie robiłyśmy je w Warszawie. Jakiż był mój zachwyt, gdy parę dni temu natknęłam się w internecie na ten sam węgierski przepis, ale podany w o wiele ciekawszej oprawie. Dobrze nam znane pogacze w kształcie wielkanocnych zajączków.

nyuszi pogacsa

Źródło: finomreceptek.com

Sylwii nie musiałam długo namawiać. Robimy! Przepis oczywiście podaje, bo jest banalnie prosty:

25 dkg mąki

25 dkg twarogu

25 dkg masła

1 łyżeczka soli

Składniki wymieszać. Ser biały wszystko jedno czy w grudkach, czy zmielony. Ja lubię półtłusty i raczej w grudkach, on się i tak w cieście rozpływa, ale tworząc mniej jednolitą fakturę. Masło zastępuję margaryną, ale lepiej jej nie wyciągać wcześniej z lodówki, tylko pokroić w kostkę. Ciasto należy szybko wyrabiać, bo jak tłuszcz się zbyt rozgrzeje, to cała masa zacznie nam płynąć w rękach. Sól można dodać albo nie, nie ma to wpływu na proces pieczenia, a jedynie na smak. W przepisie nie ma błędu: nie dodaje się jajek, drożdży ani proszku do pieczenia.

Dopiero przy zagniataniu ciasta zdałam sobie sprawę, że pracują te mięśnie rąk, których zazwyczaj nie używam.

Dopiero przy zagniataniu ciasta zdałam sobie sprawę, że pracują te mięśnie rąk, których zazwyczaj nie używam.

Zagniatamy wszystko razem. Ciasto rozwałkować (na ok. 1 cm grubości), złożyć, znów rozwałkować. Powtórzyć proces trzy razy. Podsypywać mąką, ale bardzo oszczędnie, żeby nie zdominowała ona serowego smaku. Wszystko na tempo, bo przez obecność tłuszczu ciasto zaczyna się lepić do wałka, do stolnicy. Mnie wałkowanie trochę dziwiło (w sensie: po co?), ale rzeczywiście ciasto staje się bardziej aksamitne, pulchne.

Moją stolnicą jest kuchenny blat, a wałkiem butelka po winie. Ale przecież serce się liczy!

Moją stolnicą jest kuchenny blat, a wałkiem butelka po winie. Ale przecież  w każdej kuchni serce się liczy!

I teraz są dwie drogi. Z rozwałkowanego ciasta (na ten rzeczony 1 cm) można kieliszkiem do wódki wykrawać krążki. Chodzi o to, by po upieczeniu mieć ciasteczka na jeden kęs, a to ciasto wbrew pozorom urośnie, zwiększając swoją objętość mniej więcej o połowę. Na blachę kładziemy papier do pieczenia (z podanej ilości wychodzi ok. 60 pogaczy, po 30 na dwie blachy, w rzędach 5×6 – nie mogą być bliżej siebie, bo one naprawdę rosną), układamy pogacze, smarujemy żółtkiem rozrobionym z 1 łyżeczką śmietany, żeby się ładnie zbrązowiły. Można posypać kminkiem, makiem, tartym żółtym serem albo gruboziarnistą solą – jeśli nie posoliliśmy ciasta.

Jeśli jednak chcemy uzyskać króliczki jak z obrazka, należy po rozwałkowaniu ciasto znów uformować w kulę i odrywając od niej po kawałku lepić nieco spłaszczone kulki wyglądem przypominające przepiórcze jajka. Potem dużymi kuchennymi nożyczkami pod sporym kątem nachylenia należy króliczkom wycinać uszy. Oczy lepiej robić zapałką niż wykałaczką (trzonkiem zapałki, nie główką z siarką!). Ogonki to moja prywatna inicjatywa – nacinałam dupkę nożykiem, a potem paluszkami formowałam kitkę. Jak wspominałam, trzeba się z tym trochę spieszyć, żeby zajączek nie rozpłynął nam się w rękach, ale generalnie ciasto jest wdzięczne to tego typu prac. Bardzo przypomina plastelinę i jeśli ma się samemu zdolności manualne albo zdolne manualnie dzieci – zabawa gwarantowana.

Wycinanie uszu wcale nie jest łatwe - pierwszy delikwent raczej przypominał spasionego kota.

Wycinanie uszu wcale nie jest łatwe – pierwszy delikwent raczej przypominał spasionego kota.

nyuszi pogácsa 4

Tu już udało się zbliżyć do pożądanego efektu.

nyuszi pogácsa 5

Zaczyna się praca taśmowa – im mniejsze „jajeczka”, z których się potem wyklują zajączki, tym tak naprawdę lepiej.

nyuszi pogácsa 6

Sylwia formowała kulki, ja nacinałam uszy, potem Sylwia robiła im oczka, a ja wycinałam ogonki.

nyuszi pogácsa 7

Jednak czasem złapać króliczka też dobrze.

nyuszi pogácsa 8

Zajęcze burdello bum-bum. Trochę z powodu braku miejsca trzeba było łączyć się w pary.

Pogacze wkładamy do rozgrzanego do 200 st. C piekarnika na 30 minut. Lepiej nastawić na grzanie góra-dół niż na termoobieg, żeby nam zające zbytnio nie wyschły. Dla amatorów tradycyjnych kieliszkowych kształtów wskazania są te same. Po 15 minutach powinny zacząć pachnieć i wtedy warto kontrolować stan przybrązowienia. Ciasto szybko nie jest surowe, tylko pogacze lepiej wyglądają i smakują, jak są ładnie przypieczone. Z mojego doświadczenia wynika, że górna blacha jest szybciej do wyjęcia, a dolną należy przełożyć w jej miejsce i jeszcze 10 minut dopiec.

Tu już towarzystwo posmarowane i częściowo posypane kminkiem, bo nie każdy lubi.

Tu już towarzystwo posmarowane i częściowo posypane kminkiem, bo nie każdy lubi.

A króliczki? Szczerze mówiąc, to myślałam, że będzie gorzej. Choć Sylwia się strasznie śmiała, że seks w solarium jest bardzo męczący…

Ryknęłyśmy śmiechem, bo choć urocze (i smaczne!) króliczki odbiegają od pierwowzoru.

Ryknęłyśmy śmiechem, bo choć urocze (i smaczne!) króliczki mocno odbiegają od pierwowzoru.

nyuszi pogácsa 11

Ten chłopaczyna najwyraźniej się trochę zmęczył i klapnięte uszko ma. Zdrożony z imprezy wraca.

nyuszi pogácsa 12

Co tam alkohol – popatrzcie jak seks wykańcza!

nyuszi pogácsa 13

A seks grupowy jakoś mniej – siły się rozkładają? Ja w każdym bądź razie mam pociąg do króliczków…

 


Między nami jaskiniowcami

Ileż ja to słyszałam o jeziorze jaskiniowym w Tapolca. No jest. Jaskinia. Kto nie wiedział jaskini??? W jaskini jest woda. To też rozumiem. Można tam sobie popływać łódkami. Co, ja łódką nie pływałam?! Pływałam – a jednak wszystko było inaczej.

Nie mam atencji do obiektów z gruntu turystycznych. Zawsze wydają mi się przereklamowane. I nie palę się, żeby je odwiedzać. A jak już dotarłam do Tapolcy to tylko ochy i achy. Przede wszystkim nie sądziłam, że to jest tak duże miasto. No ok, tylko 15 tys. mieszkańców, ale na węgierskie standardy to dość sporo. I nie sądziłam, że cała Tapolca jest dosłownie „zryta” kanałami podwodnych jaskiń. Zagłębiłam się zatem w te niezwykłe labirynty.

barlang 1

Na tym przekroju dobrze widać, jak pod miastem Tapolca rozpościera się miasto jaskiniowców.

Wejście do jaskini w Tapolca jest dość niepozorne. Niebrzydki skądinąd obiekt jakoś ginie w tle otaczających go budynków. Już po wejściu wrażenia są o wiele ciekawsze. Nowoczesne kasy, wejścia, obsługa. Nawet zimą nie brak turystów i nie trzeba czekać więcej niż 5 minut na uformowanie się 15-osobowej grupy do zwiedzania.

vvv

Wystawa nie jest ogromna, ale bardzo ciekawie rozplanowana.

Część wystawienniczą zwiedza się z przewodnikiem. Wystawa jest interaktywna, bogata w eksponaty. Wszystko jest opisane po węgiersku, angielsku i niemiecku. Przewodnik mówił po węgiersku, na pewno można zamówić go w innych językach. Ale nie jest do końca potrzebny. Można sobie samemu dać radę. Znaczy bardzo profesjonalny, jednak próbuje przekazać milion informacji na minutę i znajomość danego języka obcego nie ma tu nic do rzeczy. W części wystawienniczej najfajniejsze są filmy w 3D.

kk

Świetna ekspozycja na europejskim poziomie. Węgrzy mają się czym chwalić i umieją to robić.

Chociaż zarządzający jaskinią od wejścia starają się ją przedstawić jako 8. cud świata, niezapomniane wrażenie robi dopiero zetknięcie się oko w oko z dziełem przyrody. Od interaktywnych eksponatów wędruje się w głąb w odmęty prawdziwej jaskini, pokonując schody, schody i schody. Napięcie rośnie, panie coraz bardziej kurczowo chwytają się panów. Aż do samych czeluści.

ááá

Moj Boże, Stefan, my naprawdę będziemy tym płynąć?!

Tu na grupę czekają łódki. I bezbrzeżnie czysta woda, którą wedle zapewnień przewodnika można pić, choć chyba tylko ja się odważyłam. Woda – kryształ. Wejście do łódek nie bez żartów. Znaczy jedni dowcipkują, że to balie. A inni wyraźnie stremowani dopytują o głębokość wody – najwyżej 30-50 cm. Temperatura oscyluje koło 20 st. C – tak wody, jak i powietrza, więc trudno mówić o nieprzyjemnych skutkach wywrotki.

kkk

Ciekawość bierze górę nad niepewnością i chce się wiosłować, byle zobaczyć , co dalej.

Pan przewodnik zapewnia, że w niedzielę wiosłują tylko panie – taki zwyczaj. Niespeszona siadam do sterów. Z racji wzrostu radzi uważać na głowę. Pal sześć wzrost – tu w ogóle należy uważać na głowę! Można ją łatwo stracić. Przepiękne sklepienia, lustro wody pełne refleksów, korytarze, niezwykłe oświetlenie. Po chwili manewrowania w czarownym labiryncie gubi się z oczu łódkę przed sobą, znika też ta za nami. I zostaje czysta magia.

Jeśli gdzieś na ziemi istnieją pełne energii miejsca na styku dwóch światów, Tapolca na pewno jest jednym z nich.

 

Na powierzchnię ziemi wychodzi się oszołomionym. Wszystko wydaje się nierzeczywiste. Ale warto zachować przytomność umysłu, bo jezioro jaskiniowe to nie koniec atrakcji. Dwie przecznice dalej jest jezioro na powierzchni – połączone z całym jaskiniowym systemem. Nad nim zabytkowy młyn, wokół pięknie zagospodarowany park, a w wodzie całe rzesze rybek. Zdjęcia dopowiedzą resztę.

barlang 7

Cztery pory roku. Od lewej: wiosna, lato, jesień.

barlang 8

Jezioro jak z bajki, domki jak z bajki. Można wręcz zwątpić w realność własnego istnienia.

barlang 9

Ryby – o ile dobrze zrozumiałam – mnożą się w jaskini, ale żyć już wolą bliżej słońca.

barlang 10

W krystalicznie czystej wodzie znaleźć można puszki po napojach, całe mnóstwo drobnych śmieci i nawet telefony komórkowe. Słów brak.

barlang 11

A to jest woda na młyn naszych możliwości.

barlang 12

Skojarzenia mam bardzo obok tematu i raczej niecenzuralne, więc nie napiszę nic.

barlang 13

Przy zdjęciu młyna mostek było widać w tle. Uroczy. Moda na kłódki dla mnie trochę niezrozumiała, ale na Węgrzech dość powszechna.

 


Grand Budapest Hotel – naprawdę grand!

Po prostu tego mi było trzeba. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odzyskałam wiarę w przemysł filmowy, w młodych twórców, świetnych aktorów i nawet w Oscary. Jeśli taki obraz zbiera 9 nominacji i dostaje 4 statuetki, to nawet pomyłkę z „Idą” wybaczę Akademii.

W „Grand Budapest Hotel” jest wszystko, czego oczekuję od kina. Śmiech, wzruszenie, magia. Brawurowo zbudowany klimat i historia na granicy jawy i snu. Kino jest bajką, powinno nią być. Trochę jak u Felliniego, choć twórców balansujących na krawędzi rzeczywistości wymieniać można długo.

Cały film jest tak apetyczny jak ten hotel przypominający truskawkowy tort.

Cały film jest tak apetyczny jak ten hotel przypominający truskawkowy tort.

Nie sięgnęłam nagle teraz po GBH (pozwólcie, że tak skrócę bohatera tego wpisu), bo rozsławiły go Oscary. W Siófok film grali bardzo krótko, umknął mi. I wtedy nie za bardzo żałowałam, bo choć moją uwagę przykuł tytuł – nie ukrywam – i imponująca obsada, to zwiastun ma mało przekonujący. Opisy fabuły były jeszcze mniej zachęcające. Ja rozumiem, że trudno opisać tak pokręconą historię, choć na węgierskim wydaniu dvd udało się to dość zabawnie.

Tak, film nabyłam w promocyjnej cenie w Tesco, m.in. z polskim lektorem i napisami, co mnie niezwykle ucieszyło, bo wyrafinowany humor w wersji węgierskiej nie zawsze jeszcze jest dla mnie w pełni czytelny. Do seansu zasiadłam z zaciekawieniem, ale bez przekonania. Inna rzecz, że w ogóle miałam marny humor i wydawało mi się, że nie jest to mój dzień. O, to zdecydowanie był mój dzień, a na pewno wieczór! Dawno się tak dobrze nie bawiłam.

Zobaczyć w opisie "lengyel" i to dwa razy, to niemal jak szóstka w totka.

Zobaczyć w opisie „lengyel” i to dwa razy, to niemal jak szóstka w totka.

Chciałabym chwalić wszystko i zaraz stanie się to nudne. Z plejady oczywistych zatem zachwytów powiem tylko, że scenografia to majstersztyk. Najbardziej mi się podoba górska kolejka. Zarówno linowa, jak i zębata. Wszystkie Oscary zasłużone, a nominacje uzasadnione, ale scenografia urzekła mnie najmocniej.

Hamując litanię achów, zastanawiam się, jak niezwykłym przedsięwzięciem było zgromadzenie na jednym planie filmowym tylu gwiazd. GBH mi się tak podobał, że jak nigdy obejrzałam wszystkie dodatki. Aktorzy mówią rzecz jasna o niezwykłej atmosferze, o wyjątkowości reżysera, ale najbardziej znamienna jest chyba wypowiedź Saoirse Ronan, młodziutkiej 20-letniej aktorki, która gra ukochaną jednego z bohaterów. Otóż przyznaje ona, że jak dostała scenariusz do ręki i zaczęła czytać, że Ralph Fiennes, Adrien Brody, Willem Dafoe itd., to pomyślała, że to kilka scenariuszy różnych filmów, że niemożliwe, żeby oni wszyscy brali udział w jednej produkcji. A potem, jak już została ustalona obsada, reżyser zaprosił ich na wspólną kolację. I dziewczyna miała okazję widzieć, jak przy jednym stole Bill Murray dyskutuje o filmach z Harvey Keitelem i w tym już była magia. Cóż się więc dziwić, że potem możemy ją czuć na ekranie?

Na jednym z portali społecznościowych wyraziłam opinię, że „Ida” to popłuczyny po polskiej szkole filmowej (miałam tu głownie na myśli sposób narracji znany z filmów „Pociąg” Kawalerowicza czy „Nóż w wodzie” Polańskiego). Zrugał mnie serdeczny przyjaciel, że popłuczyny to za mocne słowo. Czemu do tego wracam? Bo w GBH też znajduję inspirację albo odniesienia do innych tytułów. Najświeższe to „Anna Karenina” (reż. Joe Wright) – równie dekoracyjna, oparta na podobnej powtarzalności aktorskich ruchów, Jude Law prawie do nas z niej mruga. Na pewno w poetyce i humorze „Delicatessen”. Można też znaleźć podobne pomysły i spojrzenie na świat u Woody Allena. Dlaczego zatem GBH to nie są popłuczyny? Gdzie przebiega ta cienka linia?

 

Skojarzenia z "Anną Kareniną" same się nasuwają.

Skojarzenia z „Anną Kareniną” same się nasuwają.

Trudno dać na to pytanie jednoznaczną odpowiedź. Ale pokuszę się o tłumaczenie. Popłuczyny są wtedy, jak film nic nowego nie wnosi do sztuki filmowej, powiela klisze. Autor się naoglądał arcydzieł i myśli, że też tak umie. W przypadku „Idy” pewnie umie, tylko co z tego? Inspiracją jest oglądać arcydzieła i kombinować, jak można to jeszcze inaczej, mądrzej, bardziej pomysłowo rozegrać. Przyjąć punkt wyjścia, a pójść w innym kierunku, szukać wciąż nowych ścieżek. A wręcz rozwinąć formułę i przerosnąć prekursorów.

GBH się to udało zdecydowanie. „Anna Karenina” bardzo mi się podoba i powątpiewałam, czy coś mi ją w tej konwencji przebije. A tu taka niespodzianka! GBH jest inny, mniej teatralny, dowcipniejszy, bardziej dynamiczny. Ale nie umiem powiedzieć, czy pierwsze było jajko czy kura.


Poznaj swój kraj, czyli wycieczka za miasto

Wciąż budzi zdziwienie fakt, że ja nie chcę jeździć do Polski. Powodów jest wiele, ale jednym z nich jest to, że ja naprawdę Polskę dobrze znam. A Węgry wciąż bardzo słabo. Jak więc trafi się wolna chwila, chętnie wypuszczam się z Siófok, by lepiej poznać okolicę. Dzisiejsza moja trasa to Sifok-Zamárdi-Tab-Daránypuszta-Iregszemcse-Nagyszokoly-Magyarkeszi-Felsőnyék-Szabadhídvég-Mezőkomárom-Lajoskomárom-Enying. Powrót: Enying-Dég-Lajoskomárom-Mezőkomárom-Szabadhídvég-Nagyberény-Som-Ságvár-Siófok.

Zrobiłam 150 km. Pogoda słoneczna, ale mgliście na horyzoncie, +10 st. C. Żałuję, że nie wszędzie tam, gdzie okolica aż się prosiła o zdjęcie, mogłam się bezpiecznie zatrzymać. Mam jednak nadzieję, że klimat wycieczki moim foto-story oddam.

W pola, na łono przyrody - byle dalej od miasta.

W pola, na łono przyrody – byle dalej od miasta.

wycieczka 2

Za małym dzielnym Peugeotem w tle charakterystyczna sylwetka wieżowego zbiornika na wodę.

wycieczka 3

Węgierskie wioski są zadbane, ale bez austriackiego porządku, a przez to urokliwe.

wycieczka 4

Nawet w najmniejszej mieścinie są dwa kościoły: katolicki i reformowany. Na wieży tego drugiego dostrzec można zazwyczaj gwiazdę lub buławę.

wycieczka 5

Wciąż z górki i pod górkę. Malowniczo.

wycieczka 6

Wszędzie już bardzo czuć wiosnę. Przyroda tylko czeka, żeby pożegnać się ostatecznie z zimą.

wycieczka 7

W okolicach Balatonu jest mnóstwo stawów rybnych, a wokół nich nie brak charakterystycznych wędkarskich budek.

 

Takie Mazury. Tylko fajniejsze przez tę pagórkowatość.

Takie Mazury. Tylko fajniejsze przez tę pagórkowatość.

wycieczka 9

Czasem można spotkać nieco wolniejszych użtkowników drogi.

wycieczka 10

Czasem trzeba zboczyć za potrzebą i ma się toaletę z widokiem.

wycieczka 11

Według mnie to owoce dzikiej róży.

wycieczka 12

Zbiornik z wodą zapewnia jednakowe ciśnienie wody dla całej okolicy.

wycieczka 13

W mojej wyprawie przekroczyłam też Sió, czyli rzekę wypływającą z Siófok, a ściślej mówiąc – z Balatonu.

wycieczka 14

Znów widok na dwa kościoły, tym razem w Mezőkomárom.

Widok na Sió w stronę Balatonu.

Widok na Sió w stronę Balatonu.

wycieczka 16

A po drugiej stronie mostu jest już Szabadhídvég. Dzielny Peugeot przycupnął na zakręcie.

wycieczka 17

To już droga na szczyt Nagyberény, gdzie jest źródło wody termalnej. Na wyżej położonych stokach wciąż leżą resztki śniegu.

wycieczka 18

Leczniczą wodę z Nagyberény dostarcza się beczkowozami m.in. do Parku Wodnego Galérius w Siófok.

wycieczka 19

Na horyzoncie najlepsza na świecie palinkarnia w Daránypuszta.

wycieczka 20

Co i rusz na drzewach widać było ptasie drapieżniki, ale żadnego nie udało mi się „upolować”.

wycieczka 21

Że to popularne tereny łowieckie, najlepiej świadczą liczne ambony.

wycieczka 22

A w Siófok tłumy – dobrze, że stamtąd dziś uciekłam.

wycieczka 23

Na parkingu w porcie z trudem można było znaleźć wolne miejsce.